Kidawa-Błońska: Jak oglądam archiwalne wypowiedzi Urbana, to on przy Jacku Kurskim wypada jak amator [WYWIAD]

Małgorzata Kidawa-Błońska Fot. Maksymilian Rigamonti
Małgorzata Kidawa-Błońska, Fot. Maksymilian RigamontiDziennik Gazeta Prawna / Maksymilian Rigamonti
19 września 2019

- Jeśli ktoś złamał prawo, trzeba go z tego rozliczyć. Zemsta to oznaka słabości. A my jesteśmy silni. Z dnia na dzień coraz silniejsi - mówi w wywiadzie dla DGP Małgorzata Kidawą-Błońska.

Proszę bardzo. Nie wiem tylko, czy się uda, bo pani jest spięta.

Sytuacje z życia wzięte. Ludzie do mnie podchodzą, obejmują, chcą tym gestem pokazać, że wiele nas łączy.

Częściej zanim zdążę wyciągnąć, już jestem przytulona.

Tulenie, polityczne korzenie rodzinne, tradycja, prawnuczka – na tym zbudowana jest pani kampania.

Kampanię opieramy na kwestiach merytorycznych, na zacieśnianiu wspólnoty idei i wartości. Każdy z nas ma korzenie i rodzinną historię. Dokonania moich pradziadków, prezydentura jednego i premierostwo drugiego w II RP to z jednej strony szczęście, z drugiej obciążenie. Czuję ciężar odpowiedzialności za ich dobre imię i presję, by swoim działaniem nie narazić go na szwank. Prawość i honor to dla mnie ważne słowa.

Przede wszystkim element mojego życia. Pierwszoplanowy element. Obserwuję, co się dzieje w Polsce, widzę, że wielu ludzi ma poczucie straty i tęskni za przynależnością do wspólnoty. Bywa, że sąsiadki mają inne poglądy polityczne, nie rozmawiają, nie uśmiechają się do siebie...

Nie, z moją sąsiadką rozumiemy się, rozmawiamy, uśmiechamy. Jest otwartym człowiekiem. Mówię o relacjach sąsiedzkich w ogóle. Ludzie się podzielili, skłócili się i w ich relacje zaczyna się wkradać nienawiść.

Czy inne kraje żyją w takiej atmosferze?

Ameryka taka nie jest.

Tego nie byłabym taka pewna.

Bardzo bym chciała, ale do wyborów niewiele czasu. Wiem, że Polonia bardzo się zmieniła, że duża część ma świadomość, jak źle się teraz u nas dzieje. Jeżdżę po kraju. Podczas jednej z ostatnich podróży przechodziliśmy przez park. Na ławce siedziały dwie panie. Jedna podeszła i spytała, czy mogłaby zrobić sobie ze mną zdjęcie, a druga podpowiadała: nie rób sobie z nią zdjęć, wiesz, że to Platforma. Okazało się, że to siostry, z których jedna popiera PO, a druga PiS. A przecież przyjechały wspólnie wypocząć w Kołobrzegu – i gdy tylko pojawił się wątek polityczny, poróżniły się. Słyszałam, że dochodzi do sytuacji, kiedy rodzice nie pozwalają dzieciom odwiedzać kolegów i koleżanek, bo rodzice tych dzieci są za PiS, a tych drugich za PO. Słyszałam też, jak starsza pani powiedziała do mnie: „No i co, złodziejko”. Odpowiadam: „Dzień dobry, czy może mi pani powiedzieć, co pani ukradłam?”. I zaczynamy rozmawiać, okazuje się, że można i spokojnie, i merytorycznie.

Od tamtej pory moje zdanie się nie zmieniło.

Nie, nie mam zapędów w kierunku wodzostwa. To pojęcie wydaje się dzisiaj archaiczne, niedemokratyczne, sugeruje sytuacje nadzwyczajne, zagrożenia zewnętrznego, brak dialogu i dominację jednej słusznej opcji.

Premierem.

Premierem i premierką zarazem, który doprowadzi do tego, że w Polsce zaczniemy zasypywać podziały i Polacy o różnych poglądach będą chcieli mieszkać ze sobą w jednym kraju. Znam młodych ludzi w wieku mojego dorosłego już syna, którzy rozważają wyjazd, jeśli wzajemna wrogość będzie się pogłębiać. Polska jest naznaczona emigracjami – kiedyś to były ucieczki przed zaborcą i wyjazdy za chlebem, dziś to ucieczka przed brakiem tolerancji, akceptacji, brakiem wolności osobistych.

Powtórzę, idea wodza przywołuje najgorsze skojarzenia. Mnie się fatalnie kojarzy. Zdecydowanie nie jestem kandydatką na wodza.

Zawsze stawiam na działanie zespołowe, od dziecka fascynował mnie teatr, a tam właśnie wszystko polega na pracy zespołowej.

Bycie reżyserem bardziej mi odpowiada niż bycie wodzem.

Trzymając się literackich pojęć, to dobrze byłoby, gdyby to, co się teraz dzieje w Polsce, też było fikcją. Żeby w Polsce nie było wodza, który wychodzi na mównicę...

Donald Tusk był premierem, Grzegorz Schetyna jest przewodniczącym partii. Używajmy właściwych słów.

Tak, język jest potężnym narzędziem. Kiedyś sądziłam, że to niemożliwe, a jednak, dzisiaj wiem, że złe słowa kierowane do ludzi mogą mieć niszczycielską moc. Nie spodziewałam się, że w XXI w. słowa pielęgnowanej przez pokolenia polszczyzny będą używane z premedytacją do dzielenia kraju. Słowom nadaje się odwrotne od przyjętego znaczenie, nieodpowiedzialnie używa się wielkich słów, podbijając społeczne emocje.

To jest to, o czym rozmawiałyśmy. Jest osoba, która wydaje polecenia premierowi, marszałkowi Sejmu, głównym osobom w państwie, jednocześnie nie ponosząc za nic osobistej odpowiedzialności.

Grzegorz Schetyna został wybrany na przewodniczącego PO w demokratycznych, wewnętrznych wyborach. Jest przewodniczącym, który z nami współpracuje. To jest demokratyczna struktura oparta na zaufaniu, na partnerstwie, również na sporze.

Znam sytuację Jacka Wojciechowicza i pamiętam moment, kiedy się rozstał z Platformą. Uważam, że popełnił błąd i powiedział kilka słów za dużo. W rozgoryczeniu i w emocjach ludzie mówią różne słowa, których później najczęściej żałują.

O nie, nie. Ubiegam się o ten urząd, ale na razie jestem wicemarszałkiem Sejmu.

Tak, zgadza się.

Nie. To nie jest potrzebne. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mną dyrygował czy przymuszał do działań, do których nie mam przekonania. Takiej możliwości nie ma.

Czy nie jest zastanawiające, że gdybym była mężczyzną, to nikt by mi takiego pytania nie zadał?

Tam premier się zmienia w zależności od politycznych planów prezesa PiS. Był Kazimierz Marcinkiewicz, Beata Szydło, teraz jest Mateusz Morawiecki. Mnie się pyta o to tylko dlatego, że jestem kobietą, że zachowuję się spokojnie, kulturalnie, szukam porozumienia. Prawda jest taka, że nigdy nie zdarzyła się sytuacja, abym pozwoliła komuś na podejmowanie za mnie decyzji.

Nie muszę, bo ci, którzy ze mną pracują, wiedzą, że potrafię postawić na swoim. Już wspomniałam o tym, że mamy do siebie zaufanie i nie musimy podpisywać umowy cywilnoprawnej, aby mieć pewność, że nasze ustalenia są obowiązujące.

Jesteśmy razem od powstania partii, ale wydaje mi się, że przez te ostatnie cztery lata, przez ten burzliwy i trudny czas działania w opozycji, poznaliśmy się jeszcze lepiej.

Nie boi się odważnych decyzji. Cenię sobie naszą współpracę.

Bez względu na zajmowaną pozycję polityka to ponoszenie współodpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Ja mam przekonanie, że to, co robię, ma sens – i to jest moja tarcza. Oczywiście na pewno lepiej, gdy koło siebie ma się kogoś, z kim można podzielić się zadaniami, a więc także odpowiedzialnością.

Chcę, żebyśmy te wybory wygrali, chcę przekonać ludzi, żeby poszli na wybory, a potem, krok po kroku, będziemy działać tak, by Polska stała się bezpiecznym krajem dla Polek i Polaków.

Kolejki do lekarzy i brak leków w aptekach to naruszenie bezpieczeństwa obywateli. Chaos w edukacji również. Dochodzi do tego urządzanie ludziom życia na siłę, ingerowanie w wolność podejmowania wyboru, wchodzenie z polityką tam, gdzie nie powinno jej być.

Nie poruszamy w tej kampanii tego tematu. Mówimy, że należy uregulować sprawę związków partnerskich.

Musimy rozmawiać o tym, czym są związki partnerskie. Taka debata powinna poprzedzać prace legislacyjne. Ale od lat mówię o tym, że powinny zostać uregulowane.

Adopcja dzieci to poważny temat, nie chciałabym, by był wykorzystywany w kampanii, kiedy temperatura dyskusji publicznej jest znacznie wyższa. Trzeba mieć przede wszystkim na sercu dobro dziecka.

Ktoś, kto jest rodzicem, wie, że to nie zabawki. Kilka dni temu byłam w ośrodku opiekuńczo-rehabilitacyjnym dla dzieci chorych oddanych przez rodziny. Znajdowały się tam dzieci o dużej rozpiętości wieku, od kilkumiesięcznych do siedemnastoletniego chłopca. Czy ktoś, kto decyduje się na adopcję takiego dziecka, będzie je traktował jak zabawkę? Takie adopcje są powodowane miłością. Wszelkie tematy wrażliwe i ważne społecznie omawiamy wspólnie, bo poszukiwanie rozwiązań dla niełatwych, kompleksowych spraw jest możliwe tylko dzięki zespołowej pracy i wzajemnemu zaufaniu.

Zatelefonował, poprosił o spotkanie. I przedstawił propozycję, bym stanęła na czele listy kandydatów z Warszawy. Potrzebowałam kilku dni na jej przemyślenie.

To była niecodzienna sytuacja, bo nie było mnie wtedy w Polsce.

Propozycji startu z pozycji jedynki na liście nie nazwałabym upokorzeniem. W ogóle znalezienie się na liście to docenienie pracy i zaangażowania. Przyjmując propozycję startu z Warszawy, musiałam wziąć pod uwagę, że zmieni się moje życie, zresztą już się zmieniło, że odpowiedzialność, którą i tak czuję, będzie jeszcze większa. Przecież zasada jest taka, że warszawska jedynka zostaje premierem. Zdaję sobie sprawę, że znajdujemy się w pewnym dziejowym momencie. Patrząc na nadchodzące wybory w szerszym kontekście, mam też świadomość, że jest to walka o najważniejsze wartości, jakimi chcemy kierować się w naszym życiu publicznym i społecznym, walka o fundamentalne sprawy ustrojowe. Wiem, że musimy dać z siebie wszystko, by uzyskać jak najlepszy wynik wyborczy. W przeciwnym razie trudno będzie wytłumaczyć się przed rodziną, przyjaciółmi, wyborcami. Z tych właśnie powodów gdy Grzegorz Schetyna złożył mi propozycję koalicyjnej kandydatury na premiera w wyborach, potrzebowałam dłuższej chwili do namysłu.

Odpowiedzialność za listy wyborcze bierze na siebie zawsze szef. I zawsze wymaga to kompromisu, bo trzeba pogodzić wiele stron. Spotkaliśmy się z przewodniczącym powtórnie na jeszcze jedną, głębszą rozmowę, i ostatecznie podjęłam decyzję, że podejmę się tego zaszczytnego, ale przede wszystkim odpowiedzialnego zadania.

Grzegorz Schetyna jest szefem Platformy Obywatelskiej, więc nie chowa się w cień.

Przewodniczący jeździ po Polsce, mobilizuje struktury.

Proszę kierować to pytanie do niego. Jestem przekonana, że rozważał taką możliwość od dłuższego czasu. Jest przecież politykiem doświadczonym, odpowiedzialnym i dalekowzrocznym, poszukującym skutecznych rozwiązań, stosownych do politycznych czasów.

Pojawiały się sygnały od niektórych wyborców, że oczekują zmiany.

Trudno powiedzieć. Przez te cztery lata jako przewodniczący największej partii opozycyjnej odbudował zaufanie do Platformy, doprowadził do powstania koalicji w wyborach samorządowych i europejskich. Dziś mamy zjednoczony Klub Parlamentarny PO-KO.

Ponad 5 mln głosów uzyskanych w wyborach europejskich trudno nazwać przegraną. To duży kapitał. Czujemy zobowiązanie, by ciężko pracować na wygraną w nadchodzących wyborach.

Niektóre media mówiły o nim negatywnie. To ludzie zapamiętują. Ja też często na spotkaniach słyszałam pytania o przewodniczącego, które były pochodną informacji zasłyszanych w mediach. Moim zdaniem próbowano wmówić ludziom, że Schetyna nie jest dobrym liderem, że chodzi mu tylko o władzę, a on właśnie udowadnia, że to nieprawda. I jednym z dowodów jest to, jak wygląda warszawska lista.

Myślę, że jeśli stan zdrowia mu pozwoli, to pomyśli o tym, by jednak zostać premierem. A ja zamierzam mu w tym przeszkodzić. Przejrzałam program PiS, który tak naprawdę jest opisowy, przedstawiający to, kogo i czego Prawo i Sprawiedliwość nie lubi. To jest chyba pierwszy program, w którym są nazwiska konkurentów politycznych.

Ale jest Donald Tusk.

Tak, symbol klęsk Jarosława Kaczyńskiego. W tym programie PiS proponuje plan przebudowy państwa. To już się zaczęło. Chaos w edukacji, upolitycznione media, sądy. Ja wprowadziłam do kampanii, do programu to, co dla mnie ważne. Od dawna mówiłam, że jeśli chcemy zasypywać te podziały, to edukacja i kultura powinny być spoiwami.

Ma duże doświadczenie w dyplomacji kulturalnej. Punktuje ministra kultury Piotra Glińskiego, proponuje rozwiązania.

Mam już swoje wyobrażenia na temat składu gabinetu, ale nie chcę dziś mówić o nazwiskach. Celem są wygrane wybory, na tym się skupiam.

Chciałam dalej pracować w Sejmie. To była moja decyzja, bo wiedziałam, że mam zadania jako wiceprzewodnicząca klubu parlamentarnego i chcę je realizować.

Każdy ma swój czas i ważne, żeby tego czasu nie przegapić.

Nigdy nie zależało mi na tytułach, na stanowiskach. Chciałam być tam, gdzie rozwiązuje się realne problemy, gdzie mam wpływ na zmiany.

Funkcja potrzebna jest wtedy, kiedy inaczej się czegoś nie da rozwiązać. Wiele razy się nie dawało.

I do tej pory nie jest.

Obawiam się, że sprawa taśm nigdy nie zostanie rozwiązana. Myślę, że wiele rzeczy mogło zostać zniszczonych, celowo poukrywanych.

Jesteśmy.

Spotkania odbywaliśmy przez całą kadencję, a nie tylko w kampanii. Plakaty są i będzie ich więcej.

Mamy mniej niż PiS, a do tego nie mamy mediów. Działamy na tyle, na ile pozwala nam prawo i limity finansowe.

Nie wiem, czy PiS przestrzega prawa, czy mieści się w tych limitach. To powinna sprawdzać Państwowa Komisja Wyborcza. Po wyborach powinno być gotowe sprawozdanie na ten temat.

W tej kampanii dzieje się coś takiego, że ludzie dzwonią do naszego sztabu, zgłaszają chęć zaangażowania się w kampanię, pomoc, proszą o materiały wyborcze.

Nie, to świadczy o tym, że ludzie chcą się zaangażować. Czują, że to są ważne wybory. Jeżdżę po Polsce i wiem, że nie jest tak, iż w mniejszych miasteczkach wszyscy chcą głosować na PiS. Byłam na przykład w Brzeszczach.

Mam już swoje wyobrażenia na temat składu rządu, ale dziś nie o tym. Celem są wygrane wybory, na tym się skupiam.

Na pewno będę współpracowała z Grzegorzem Schetyną, bo jest szefem Platformy.

Ja nie jestem Mateuszem Morawieckim, a Grzegorz Schetyna na pewno nie jest prezesem Kaczyńskim. I na pewno by nie chciał nim być.

Władza dla władzy to zła rzecz. W polityce musi chodzić o coś więcej, o pozytywne zmiany i odpowiedzialność za państwo. Ludzie zapamiętują to, co było mądre, dobre.

Za 50 czy 100 lat w podręcznikach do historii znajdą się informacje, że w XXI w. w Polsce łamana była konstytucja i że upolityczniono wymiar sprawiedliwości.

Historia ocenia, jakie posunięcia polityczne zmieniły życie ludzi na lepsze albo na gorsze. Jeśli PiS nadal byłby przy władzy, to 500+ za dwa lata nie będzie miało większego znaczenia. Inflacja zje te pieniądze. Za to będziemy negatywnie odczuwać reformę edukacji, sądownictwa, służby zdrowia.

Pamięta pani, że Solidarność powstała z powodu doraźnych, codziennych problemów, a pamięta się o wielkiej idei, o rewolucji. Moim zdaniem prezes Kaczyński myśli tylko o władzy. I tak zostanie zapamiętany.

Chciałabym, by odbudowana została wspólnota. To jest mój plan.

Pamiętam, że przed wyborami w 2007 r. różnica w sondażach na korzyść PiS była bardzo duża i też wszyscy mówili, że już wszystko wiadomo. A wygraliśmy. Przypominam sondaże w kampanii prezydenckiej w 2010 r., z których wynikało, że Bronisław Komorowski przegra. Wygrał. Polityk, który tylko patrzy na sondaże, niczego nie zrobi. Ja wolę działać. Sondaże to barometr. A potem przychodzi burza i wszystko się zmienia.

W najnowszym 30 proc. Zdaję sobie sprawę, że sondaże mogą poprawiać samopoczucie rządzących. Jednocześnie wiem, że strasznie osłabiają czujność.

Nie pracowałam już wtedy z prezydentem Komorowskim. Odpowiadałam za jego kampanię pięć lat wcześniej.

Nie zgodzę się.

Jeździliśmy w ramach akcji POrozmawiajmy. Mieliśmy jechać zupełnie inną trasą, ale był wypadek na drodze, objazd. Zjechaliśmy z głównej drogi, patrzę, drogowskaz Brzeszcze. Zaproponowałam, żebyśmy zajechali. I okazało się, że ludzie fajnie reagują, że chcą rozmawiać i to wcale nie jest tak, że wszyscy są wyborcami PiS. Znają Szydło, to ich sąsiadka, ale nie wszyscy głosują na jej partię. Ludzie opowiadali, czego potrzebują, było naprawdę życzliwie i konstruktywnie. I to bez banerów.

Na pewno. I mówię kolegom, że musimy się spotykać ze wszystkimi. Wiem, że Podkarpacie to nie tylko PiS. Trzeba jeździć tam, gdzie są ludzie, którzy nie mają szansy zdobycia informacji, bo telewizja publiczna przedstawia zakłamany obraz. Dlatego ważne jest, by bezpośrednio się spotykać, odpowiadać na pytania, nawet te najtrudniejsze. Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto ogląda tylko TVP, może wierzyć, że tak wygląda Polska, a to nie jest prawda. Trzeba o tym mówić.

Trzeba pomyśleć o TVP...

Stworzymy media publiczne, w których będą pracować ludzie, którzy spełniają standardy dziennikarskie i mają kwalifikacje. Są wiarygodni.

Wiarygodni w robieniu propagandy. Podejrzewam, że nie będą chcieli pracować w mediach, w których będą musieli być obiektywni. Teraz nie ma informacji, są komentarze okraszone dużą porcją kłamstw i pomówień. A propaganda to przestępstwo, za które trzeba ponieść odpowiedzialność.

Trybunał Stanu sądzi najwyższych urzędników państwowych. Jacek Kurski nim nie jest, choć realizuje program polityczny.

To osoba odpowiedzialna za zniszczenie telewizji publicznej. Wprowadził do niej propagandę w najbardziej obrzydliwej formie. Wiemy z historii, że ludzie za robienie takich rzeczy ponosili odpowiedzialność.

4320702-.png

Jak oglądam archiwalne wypowiedzi Urbana, to on przy Jacku Kurskim wypada jak amator.

To nie zemsta. To poniesienie konsekwencji. Zemsta jest najohydniejszą rzeczą, bo mścimy się w sytuacji bezradności i nieradzenia sobie. Nie wolno się mścić, trzeba rozliczyć. Jeśli ktoś złamał prawo, zrobił coś złego, to musi za to zapłacić, a nie słuchać, że nic się nie stało. Zemsta to oznaka słabości. Mszczą się ludzie słabi. My jesteśmy silni. Z dnia na dzień coraz silniejsi.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.