Madryt nie pozwoli na secesję, Barcelona nie zaakceptuje status quo. Po referendum możliwości kompromisu radykalnie się zmniejszyły. Po użyciu siły wobec uczestników niedzielnego referendum niepodległościowego w Katalonii napięte już wcześniej relacje między władzami w Madrycie i Barcelonie zeszły do poziomu, z którego raczej nie będzie odwrotu. Co nie znaczy, że droga Katalonii do secesji będzie prosta, a rząd centralny nie spróbuje jej zablokować.
Reklama



– W tym dniu nadziei i cierpienia nasi obywatele wywalczyli prawo do niepodległego państwa w formie republiki – oświadczył w niedzielę wieczorem w przemówieniu telewizyjnym szef katalońskiego rządu Carles Puigdemont. Za oderwaniem się od Hiszpanii zagłosowało 90 proc. uczestników plebiscytu, przeciwnych było prawie 8 proc., a reszta oddała nieważne głosy. Przy próbach zablokowania referendum przez hiszpańską policję oraz funkcjonariuszy Guardia Civil obrażenia odniosło prawie 900 osób. Puigdemont nie powiedział jednak, czy i kiedy proklamowana zostanie niepodległość regionu, choć wcześniej mówił o 48 godzinach od ogłoszenia wyników.
– Mój rząd w ciągu najbliższych dni prześle wyniki dzisiejszego głosowania do katalońskiego parlamentu, któremu nasz naród powierzył władzę, tak aby mógł działać zgodnie z ustawą o referendum – powiedział tylko.
Choć te słowa zostawiają pewną furtkę do negocjacji, to po ostatnich wydarzeniach władze w Barcelonie raczej nie liczą na jakiekolwiek rozmowy. – Dziś świat zobaczył to, o czym mówiliśmy od dawna. Że hiszpański rząd jest demofobiczny – mówił późnym wieczorem na konferencji prasowej odpowiadający za sprawy zagraniczne Raül Romeva.
Przed natychmiastowym proklamowaniem niepodległości Katalończyków powstrzymywać mogą trzy sprawy. Pierwsza to frekwencja, która wyniosła tylko 42 proc. (choć 700 tys. osób, czyli 13 proc. uprawnionych, nie mogło zagłosować), co trochę osłabia argument o powszechnym poparciu dla secesji. Po drugie groźba braku uznania międzynarodowego, choć w tej kwestii liczą na zmianę. – Mamy nadzieję, że po tym, jak świat zobaczył, w jaki sposób hiszpańskie władze potraktowały pokojowo nastawionych uczestników referendum, rządy innych państw opowiedzą się po stronie demokracji – powiedział DGP wicepremier katalońskiego rządu Oriol Junqueras. Wreszcie – obawa przed następnymi krokami Madrytu. A tamtejszy rząd nie zamierza się ugiąć. – Mogę wam teraz powiedzieć najmocniej, jak tylko można, to, co już wiecie i widzieliście przez cały dzień. Nie ma żadnego referendum o samostanowieniu Katalonii – mówił w niedzielę wieczorem w przemówieniu telewizyjnym hiszpański premier Mariano Rajoy.
Zgodnie z art. 155 konstytucji mówiącym o tym, że rząd może podjąć adekwatne kroki, jeśli którykolwiek z regionów działa wbrew interesowi kraju, gabinet Rajoya może zawiesić autonomię Katalonii, a nawet aresztować członków jej władz. Ale w obecnej sytuacji byłoby to dolewaniem oliwy do ognia, zwiększającym poparcie dla secesji.
Rozwiązaniem mniej radykalnym mogłoby być rozpisanie przedterminowych wyborów w całym kraju, co pozwoliłoby ocenić, jakie realnie jest w Katalonii poparcie dla niepodległości. (Wyniki referendum nie są miarodajne, bo jej przeciwnicy w zdecydowanej większości zbojkotowali głosowanie). Jeśliby się okazało, że partie opowiadające się za secesją nie mają wyraźnej większości, Rajoy mógłby zaproponować Barcelonie rozmowy o zwiększeniu autonomii czy przekształceniu Hiszpanii w państwo federacyjne
Problem w tym, że Katalończycy uważają, że na takie rozmowy jest już za późno, a dla Puigdemonta zamiana niepodległości na rozmowy o zwiększonej autonomii byłaby utratą twarzy. Jedyne, na co Barcelona mogłaby się zgodzić, to oferta jeszcze jednego referendum w zamian za rezygnację z ogłoszenia niepodległości – ale tym razem usankcjonowanego przez Madryt i z gwarancjami np. Unii Europejskiej, że jeśli większość opowie się za secesją, rozpoczną się rozmowy o warunkach rozwodu. Na razie nie wygląda jednak na to, by Madryt był gotowy na taki krok. Dochodzi to tego przeszkoda prawna w postaci tego, że rozwiązanie nie jest przewidziane w hiszpańskiej konstytucji.
Eskalacja w kierunku przekształcenia w konflikt zbrojny na razie nie wchodzi w grę. Co nie znaczy, że nie ma ludzi gotowych chwycić za broń. – W Barcelonie się urodziłem i mieszkam całe życie. Jestem jednocześnie Hiszpanem i Katalończykiem, ale Hiszpania to mój kraj i nie pozwolę, by Puigdemont rozbijał go swoimi kłamstwami. Jestem gotowy walczyć – mówi Samuel, który w niedzielny wieczór szedł wraz ze swoją dziewczyną po głównym pasażu miasta, La Rambla, nieco prowokacyjnie wymachując hiszpańską flagą.