Autopromocja

W wolnej chwili: Rap-rave z RPA i usypiające, ambientowe gitary

muzyka
muzykaShutterStock
5 października 2016

Wibrujące, z wolna lejące się odgłosy odbierane na słuchawkach w nocnym, spokojnym entourage’u mogą uwieść. Ale dla tych, którzy nie czują ambientu i wolą piosenki zwrotka-refren, będą trudne do przebrnięcia.

2678259-i02-2016-190-196000800.jpg
2678265-i02-2016-190-196000800.jpg

Czwarta płyta rap-rave’owych szaleńców z RPA może budzić kontrowersje i skrajne emocje, jak zresztą niemal wszystko, co ukazało się do tej pory z logo Die Antwoord. „Mount Ninji and da Nice Time Kid” przepełnione jest tym, do czego Yolandi Visser i Ninja przyzwyczaili nas na swoich poprzednich płytach. Jest gęsty rap i krzykliwe przekleństwa. Agresywne dźwięki z rave’owej imprezy („Banana Brain”) oraz zabawy elektroniką i samplami („Peanutbutter + Jelly”). A do tego złowieszcze, które pasowałyby na ścieżkę dźwiękową filmu Tima Burtona („Alien”). Są także goście: Sen Dog z Cypress Hill, Jack Black, gwiazda burleski Dita Von Teese i klnący jak szewc tajemniczy sześciolatek o pseudonimie Lil Tommy Terror. Niestety brakuje solidnych singlowych hitów, jak „Enter the Ninja” czy „Pitbull Terrier” z poprzednich płyt. Agresywny muzyczny styl Die Antwoord na „Mount Ninji and da Nice Time Kid” szybko się nudzi. To danie wyłącznie dla ich wyznawców. Czyżby wyczerpywała się formuła tego szalonego duetu?

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.