To nie Hanoch Levin jest najważniejszym bohaterem wieczoru z „Jakobim i Leidentalem” w warszawskim Teatrze Powszechnym, ale świetni aktorzy – Edyta Olszówka, Michał Sitarski, a przede wszystkim Jacek Braciak, bo śmieszy i chwyta za gardło jednocześnie.
Po niedawnej premierze „Dziwki z Ohio” pisałem na tych samych łamach, że Hanoch Levin przyjął się w Polsce nadzwyczajnie, triumfalny pochód przez nasze sceny odbywają coraz to inne jego sztuki. „Jakobiego i Leidentala” pokazywały teatry w Krakowie i Katowicach, Warszawa dotychczas tego akurat dramatu autora „Kruma” nie poznała. Przyznajmy, że tak wiele znowu nie straciła. Nie żeby Levin nie trzymał poziomu – wciąż widać jego nieprawdopodobną zdolność mieszania dobrze znanych składników w idealnych proporcjach. Śmiech, nostalgia za przemijającym, próba odkrycia smaku życia, zakończona wcale nie piękną porażką. Namacalna cielesność i poczucie bezsensu egzystencji. Nie od rzeczy wskazuje się na duchowe pokrewieństwo izraelskiego pisarza z Czechowem i Beckettem. Tyle że na tyle dobrze już poznaliśmy Levina, że „Jakobi i Leidental” nie ma już dla nas powabu świeżości. Po prawdzie też – podobnie zresztą jak wspomniana „Dziwka z Ohio” – nie należy do jego najbardziej znaczących utworów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.