XXI wiek ma być czasem mikroelementów. Ich niedobory odbijają się na stanie zdrowia ponad połowy Polaków. Pytanie, ile nam ich brakuje i jak to zmienić.
Reklama
Magazyn 4.08 / Dziennik Gazeta Prawna/Inne
Od kilku lat krąży po ministerialnych gabinetach pomysł, by pójść w ślady Finlandii i zacząć dodawać mikropierwiastki do żywności. Tak, byśmy jedząc np. chleb lub warzywa, przyjmowali solidne dawki tego, czego obecnie przyjmujemy za mało. Bo w tej chwili wielu z nas niedobory witamin lub mikroelementów próbuje – jeśli w ogóle – uzupełniać suplementami diety. Przyjmuje je regularnie 48 proc. Polaków. Kolejnych 20 proc. przyznaje zaś, że bierze je okazjonalnie. Tak wynika z niedawnego raportu „Polacy a suplementy diety” z badania przeprowadzonego przez SW Research. W samym 2016 r. do głównego inspektora sanitarnego przedsiębiorcy zgłosili 7 tys. nowych suplementów diety. Wartość polskiego rynku przekracza 3 mld zł rocznie. I ma rosnąć o ok. 7 proc. rocznie.
Czy to oznacza, że jesteśmy uratowani? Że większości z nas nie będzie brakowało magnezu, żelaza czy selenu, które – jak wynika z badań – mają istotny wpływ na nasze codzienne życie? – Niestety, to tak nie działa. Łykanie tabletek, choć może być dobrym uzupełnieniem w codziennej diecie, zawsze pozostanie jedynie właśnie tym uzupełnieniem. I to też pod warunkiem, że kupujemy je z pewnego źródła, a nie np. w internecie od firmy krzak. Wówczas możemy wyrządzić sobie więcej szkody niż pożytku. No i pamiętajmy o tym, że problem jest nie z tymi, którzy zdają sobie sprawę z niedoborów w swym organizmie, lecz z tymi, którzy o tym nie mają pojęcia – wyjaśnia prof. Iwona Wawer, kierownik Zakładu Chemii Fizycznej na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, przewodnicząca Rady Naukowej Federacji Suplementów.

Reklama
Jak to robią Finowie
Na początku lat 80. XX w. w Finlandii zebrał się zespół naukowców, którzy otrzymali od rządu zadanie: znaleźć sposób na poprawę stanu zdrowia obywateli. Zostali poinformowani, że są na ten cel pieniądze zabezpieczone w budżecie. Głównym problemem był wysoki odsetek chorób nowotworowych w porównaniu z wieloma innymi państwami na świecie. Fińscy decydenci głowili się, jak to możliwe, skoro przeciętny mieszkaniec Helsinek spożywa żywność znacznie lepszej jakości niż przeciętny Europejczyk. – I wtedy powstał selen – żartuje dr Timo Nykänen, biochemik związany z Uniwersytetem Helsińskim. W ramach poszukiwania rozwiązania przeprowadzono wiele badań: na ludziach, zwierzętach i glebie. Z jednej strony okazało się, że nordyckie gleby są ubogie w selen. Z drugiej strony wyszło, że niedobór tego pierwiastka chemicznego z grupy niemetali przypominającego siarkę, dramatycznie zwiększa ryzyko zachorowalności na niektóre nowotwory, głównie wśród mężczyzn.
– Decyzja była prosta: postanowiono dodawać selen do wszystkiego, do czego można. Trafił zarówno do nawozów, jak i do pasz dla zwierząt. Już po kilkunastu miesiącach w jedzonej przez Finów wołowinie było sześciokrotnie więcej selenu niż wcześniej, w wieprzowinie dwukrotnie, a w mleku trzykrotnie – opowiada dr Nykänen.
I znów kilka razy rocznie przeprowadzano badania na ludziach, zwierzętach i glebie. Bardzo szybko poprawił się stan zdrowia zwierząt, które jadły więcej selenu. W ciągu dekady zauważono spadek zachorowań na nowotwory wśród ludzi. Postawiono diagnozę, z którą zgadza się wielu ekspertów do dziś: oprócz czynników genetycznych oraz trybu życia najistotniejszym czynnikiem wpływającym na to, czy zachorujemy na raka, czy go unikniemy, jest to, ile jest w nas selenu.
– Przy czym trzeba uczciwie powiedzieć, że z roku na rok coraz więcej osób mówi o szarlatanerii. Bo obok badań, z których wynika, że selen jest w zasadzie najważniejszym pierwiastkiem dla ludzkiego zdrowia, nie brakuje też takich z wnioskami przeciwnymi. Stwierdza się w nich, że znacznie groźniejsze jest nadmiarowe przyjmowanie selenu przez ludzi niż jego niedobór – zaznacza fiński biochemik. Ale nikt w Helsinkach nie myśli o odjęciu selenu Finom od ust. Decydenci są zadowoleni z niskiego odsetka zachorowań na nowotwory. To dla nich obecnie znaczy więcej niż jakiekolwiek badania.
Dobrowolnie czy obowiązkowo
– Pytanie wcale nie brzmi, czy Polakom brakuje selenu. Bo to, że brakuje, jest oczywiste. Przyjmujemy go o wiele za mało. Pytania, które należy postawić, to ile go nam brakuje i jak to zmienić – twierdzi prof. Iwona Wawer.
Polskie gleby są ubogie nie tylko w selen, lecz także w wiele innych mikroelementów. Przyjmuje się, że winę za to ponosi ostatnie zlodowacenie. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, wypłukało, wręcz wyjałowiło gleby. I odbudowanie ich pełnej żyzności to perspektywa kilkudziesięciu tysięcy lat. Jesteśmy więc w zupełnie innej sytuacji niż większość krajów UE oraz choćby Stany Zjednoczone. Bliżej nam pod tym względem do połaci Chin. – Dlatego warto byłoby pójść za przykładem fińskim. Ktoś sprawdził na własnym organizmie, czy metoda działa. Okazało się, że tak. I z tego, co wiem, nikt z rodzimych decydentów tego nie kwestionuje. Po prostu zarazem temat jest na tyle interdyscyplinarny, że nikt nie jest władny podjąć decyzji – twierdzi prof. Wawer.
Kilka lat temu do wprowadzenia ogólnopolskiego programu pilotażowego selenizacji gleby niewiele zabrakło. Była na to zgoda w Ministerstwie Rolnictwa, o ile koszty spadną nie na rolników, lecz przynajmniej na początku pokryje je Skarb Państwa. Potrzebne było jednak jeszcze poparcie ze strony Ministerstwa Gospodarki. I tego zabrakło. Ponoć nie dlatego, że ktokolwiek w resorcie był temu rozwiązaniu przeciwny. Powód był bardziej prozaiczny: pismo trafiło na któreś biurko, a następnie do szuflady. Urzędnicy od gospodarki woleli zajmować się projektami, które szły na ich konto, a nie innego ministra.
Po zmianie rządów nie jest wcale lepiej. Ustalenie tego, kto zajmuje się tematyką zmian w regułach nawożenia gleb i suplementowania pasz, to wyzwanie. Ministerstwo Rolnictwa? Pudło. To odsyła do resortu zdrowia. Zatem Ministerstwo Zdrowia? Ono odsyła do Instytutu Żywności i Żywienia. Ten już uważa, że może temat skomentować. Z zastrzeżeniem, że odnosi się wyłącznie do kwestii wpływu wzbogacania żywności przez pryzmat ludzkiego zdrowia. A nie choćby ekonomicznej zasadności wprowadzenia takiego programu w Polsce. O tym powinno decydować Ministerstwo Rolnictwa. Albo Rozwoju.
Profesor Katarzyna Stoś z Instytutu Żywności i Żywienia zastrzega, że trzeba rozróżniać dwa rodzaje wzbogacania żywności: obowiązkowe oraz dobrowolne. To pierwsze w Polsce jak najbardziej jest stosowane i wręcz stanowi element polityki zdrowotnej kraju. W naszym przypadku jego zasady określa rozporządzenie ministra zdrowia z 16 września 2010 r. w sprawie substancji wzbogacających dodawanych do żywności. Zgodnie z nim obowiązkowe jest dodawanie witamin A i D do margaryn o normalnej i obniżonej zawartości tłuszczu, masła o obniżonej zawartości tłuszczu oraz mieszanin masła i oleju, a także dodawanie jodu do soli kuchennej, przeznaczonej do spożycia w gospodarstwach domowych. – Dodatek witamin A i D do wymienionych tłuszczów stosowany jest w celu upodobnienia składu tych produktów do masła. Pozwala to na zapobieganie powstawaniu ewentualnych niedoborów tych witamin u osób zastępujących w diecie masło tłuszczami roślinnymi. Z kolei obowiązek jodowania soli kuchennej wprowadzony został z uwagi na zbyt małe spożycie tego składnika z dietą i występowanie związanych z tym objawów niedoborów, które stwierdzone zostały w badaniach epidemiologicznych, i jest elementem profilaktyki niedoboru jodu w Polsce – wyjaśnia prof. Stoś.
W przypadku wzbogacania dobrowolnego, np. w selen, decyzja o jego zastosowaniu nie leży już w gestii Instytutu Żywności i Żywienia. Dlatego prof. Stoś ogranicza się do przyznania, że może mieć ono korzystny wpływ na stan odżywienia organizmu. I że z teoretycznego punktu widzenia jak najbardziej jest możliwe do wprowadzenia w zasadzie z miesiąca na miesiąc, jeśli tylko pojawiłaby się wola ustawodawcy. – Ale warto zwrócić uwagę na to, że ta sama witamina czy składnik mineralny mogą być wprowadzone do organizmu z żywnością konwencjonalną, produktami wzbogaconymi, suplementami diety oraz lekami. Może to stwarzać ryzyko nadmiernego ich spożycia, a nawet wystąpienia związanych z tym niekorzystnych efektów zdrowotnych – zaznacza ekspertka.
W przypadku wielu pierwiastków przedawkowanie jest niegroźne. Organizm w naturalny sposób nadmiarowe ilości wydala. Inaczej jest jednak z tym, który uważany jest za kluczowy, czyli selenem. Jego nadmiar powoduje m.in. wypadanie włosów, próchnicę zębów, drętwienie kończyn czy zaburzenia łaknienia. – Nie ma powodu do obaw. Pomiędzy tym, ile Polacy przyjmują selenu obecnie, a jaka jest dawka graniczna, istnieje przepaść. Szacuje się, że dorosły człowiek powinien przyjmować ok. 70 mikrogramów selenu na dobę. Przyjmujemy go zaś ok. 25-30 mikrogramów, niewiele więcej niż Chińczycy. Dawka graniczna? 400 mikrogramów. Znacznie szkodliwszy jest niedobór tego pierwiastka – przekonuje prof. Iwona Wawer. Potwierdzają to dziesiątki badań, głównie tych pokazujących korelację pomiędzy niedoborem selenu a zachorowalnością na nowotwory.
Oczywiście selen to tylko jeden z mikropierwiastków, którego dodawanie zdaniem ekspertów powinno zostać wprowadzone powszechnie obowiązującym aktem prawnym. Innymi – poza jodem, który już jest narzucony odgórnie – są chociażby żelazo, wapń i magnez. Szczególnie istotny jest ten ostatni. A to dlatego, że w Polsce jest bardzo dobra woda. Miękka, lecz w związku z tym uboga w magnez. Z czysto zdrowotnego punktu widzenia znacznie lepsza jest woda twarda. Rzecz w tym, że szeroka suplementacja magnezem czy żelazem mogłaby wywołać społeczny opór. Tak jak bowiem selen dodawany w pożywieniu jest dla człowieka niewyczuwalny, tak już znaczne zwiększenie ilości niektórych innych pierwiastków da się odczuć w smaku. – Podobno przeprowadzano u nas próby dodawania wielu mikroelementów do żywności, nie tylko selenu. Ale, o ile dobrze wiem, zakończyło się to ogromną porażką. Nikt nie chciał tego jeść. A żadna władza nie zgodzi się przecież na to, aby ludzie jej przypisali pogorszenie smaku chleba czy mięsa – spostrzega dr Timo Nykänen.
Komu służą suplementy
Nie brakuje też osób, które uważają pogląd o potrzebie dodawania mikropierwiastków do nawozów i paszy za szkodliwy. Twierdzą tak głównie lekarze. Odwraca to bowiem ich zdaniem uwagę Polaków od tego, co jest naprawdę istotne w walce o dłuższe i lepsze życie. – Najnowsze rzetelne badania naukowe pokazują, że nie ma związku przyczynowo-skutkowego między suplementacją selenem a spadkiem ryzyka zachorowania na nowotwory. Być może istnieje między nimi korelacja, lecz jest to korelacja pozorna – twierdzi dr n. med. Joanna Didkowska z Centrum Onkologii, kierownik Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów oraz kierownik Krajowego Rejestru Nowotworów.
To znaczy?
– Korelacja istnieje na przykład między liczbą utonięć w basenach a liczbą filmów, w których występuje Nicolas Cage. A także między spożyciem sera mozzarella a przyznanymi doktoratami z inżynierii lądowej. Jednak w jednym i drugim przypadku nie można mówić o związku przyczynowo-skutkowym – wyjaśnia Didkowska. I dodaje, że nie ma zatem podstaw naukowych, by selen był dodawany do żywności. Choćby dlatego, że większość badań, w których stwierdza się jego właściwości w walce z chorobami nowotworowymi, bazuje właśnie na wykazywaniu korelacji, a nie związku przyczynowo-skutkowego. Być może więc z jednej strony Finlandia wprowadziła politykę dodawania mikropierwiastków do żywności. A z drugiej stan zdrowia Finów się poprawił. Ale od tego do wniosku, że drugie wynika z pierwszego, z naukowego punktu widzenia droga daleka.
– Powinno się raczej zmierzać w kierunku przeciwnym niżeli wzbogacanie żywności mikropierwiastkami, czego najlepszym przykładem jest jod, który nadal jest dodawany do soli. Dlaczego? Nie wiadomo. Było to potrzebne 100 lat temu, ale obecnie nie mamy problemów z niedoborem jodu – zwraca uwagę Joanna Didkowska. – Za to kłopot mają ci, którzy nie mogą go przyjmować w pożywieniu – mówi. Zdarzają się bowiem nieliczne, choć występujące w praktyce niemal każdego lekarza, przypadki osób, które są na jod uczulone. U wielu z nich pojawia się trądzik. Groźniejsze jest jednak to, że brak świadomości co do uczulenia może doprowadzić nawet do hospitalizacji.
Z takimi wnioskami prof. Iwona Wawer się nie zgadza. Jej zdaniem kluczowe jest to, gdzie przeprowadza się badania. – Większość tych, w których kwestionuje się właściwości selenu, jodu czy żelaza, przeprowadzanych jest w krajach z bogatymi w te mikropierwiastki glebami. Naukowcy łapią się lewą ręką za prawe ucho, tworzą teoretyczne modele, z których wyciągają następnie wnioski. Podczas gdy z badań przeprowadzanych w krajach, w których gleby są ubogie w mikropierwiastki, wynika, że to naprawdę jest problem – przekonuje chemiczka.
Może więc należy wszystko pozostawić, tak jak jest? I wystarczy zażywanie przez tych, którzy uważają, że wskutek niedoborów pierwiastków w organizmie są narażeni na raka, kilku tabletek rano i kilku kolejnych wieczorem?
– Przyjmowanie suplementów może być korzystne, ale pod jednym warunkiem – mówi dr Joanna Didkowska. – Tym warunkiem jest prowadzenie firmy farmaceutycznej – dodaje szybko, zwracając uwagę na zyski, jakie generuje rynek suplementów. Jedyny wyjątek, jak zapewnia, to witamina D, na której niedobór rzeczywiście w okresie jesienno-zimowym jesteśmy narażeni.
Zdaniem kierowniczki Krajowego Rejestru Nowotworów trzeba zrozumieć, że państwo nie zrobi za nas czegoś, co musimy zrobić sami. Nie ma bowiem prostego sposobu na zredukowanie ryzyka zachorowania na nowotwór. A najskuteczniejszymi narzędziami dysponuje każdy z nas, a nie państwo. Ani koncerny farmaceutyczne. – Nie jest tak, że będziemy siedzieli w fotelu, jedli niezdrowo, odpalali papieros od papierosa, ale brali kilkanaście pigułek dziennie i dzięki temu nie zachorujemy. Trzeba się ruszać, zdrowo odżywiać, nie palić papierosów. W Polsce w ostatnich latach poprawiły się statystyki zachorowalności na nowotwory, ale to efekt spadającej liczby osób palących papierosy – tłumaczy dr Didkowska.
Niedawno zresztą została opublikowana czwarta edycja Europejskiego Kodeksu Walki z Rakiem. Znajduje się w niej 12 zasad zmniejszenia ryzyka choroby nowotworowej. Ta naczelna brzmi: nie używaj tytoniu w żadnej postaci. Tu zresztą ekspertki, które różnią się w wielu kwestiach, są zgodne. Profesor Iwona Wawer przyznaje, że najważniejsze jest to, co robimy na co dzień. I że, rzecz jasna, najważniejsze są wykluczenie palenia i zdrowy tryb życia.
– Z tym zastrzeżeniem, że już wpływ odpowiedniej diety wielu lekarzy przecenia. To prawda, że jest ona kluczowa. I że powinniśmy jeść produkty bogate w pierwiastki, których nam brakuje. Ale to proste tylko w teorii. Bo raz, że łatwo jest powiedzieć, aby jeść np. tylko wołowinę, wielu jednak na to nie stać. A dwa – choćby brokuły w założeniu mają w
sobie dużo selenu. Tylko co z tego, skoro uprawia się je na glebie, w której potrzebnych nam pierwiastków nie ma? – zaznacza.
Selen to tylko jeden z mikropierwiastków, którego dodawanie powinno zostać obowiązkowo wprowadzone. Innymi – poza jodem, który już jest narzucony – są chociażby żelazo, wapń i magnez.