Dyplomatyczny spór szybko zaszkodzi gospodarce 2,7-milionowego kraju.
Reklama
BLISKI WSCHÓD
Wczorajsze zerwanie przez sześć państw arabskich stosunków dyplomatycznych z Katarem jest nie tylko karą za domniemane wspieranie terrorystów, lecz także próbą przywołania do porządku kraju, którego ambicje są nieadekwatnie duże w stosunku do potencjału. Wszystko wskazuje na to, że Katar mocno to odczuje.

Reklama
Już od kilku tygodni wyczuwalne było napięcie w regionie. Jako pierwszy stosowną notę wysłał wczoraj rano Bahrajn. W ślad za nim uczyniły to: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Jemen i Libia. Tym, co zaogniło stosunki między Katarem a sąsiadami, była depesza Katarskiej Agencji Prasowej omawiająca przemówienie, które pod koniec maja miał wygłosić emir Tamim bin Hamad al-Thani. Miał on m.in. skrytykować USA, antyirańskie nastawienie pozostałych państw w regionie, potwierdzić poparcie dla Hamasu i Bractwa Muzułmańskiego oraz zapewnić o dobrych stosunkach z Izraelem. Władze w Katarze przekonują, że tę depeszę wysłali hakerzy, a słowa zostały wymyślone. Problem w tym, że dość dobrze oddają one politykę Kataru.
Pozostałe kraje regionu od dawna miały obiekcje co do jego politycznych sojuszy i przyjaźni, np. do wspierania Hamasu, który przez wiele państw jest uznawany za organizację terrorystyczną, czy zakazanego w kilku innych Bractwa Muzułmańskiego, utrzymywanie stosunków z Iranem i Izraelem. Z kolei USA, mimo współpracy wojskowej z Katarem (mieści się tam amerykańska baza), mają za złe władzom tego kraju, że wpływowa stacja telewizyjna Al-Dżazira prezentuje zbyt islamistyczną perspektywę oraz że tolerują wsparcie finansowe udzielane przez bogatych obywateli terrorystom, w tym Państwu Islamskiemu.
Nieporozumienia z sąsiadami, zwłaszcza w kwestii domniemanego wsparcia dla terrorystów, już się w przeszłości zdarzały i nawet dochodziło do wycofywania ambasadorów. Jednak teraz, zachęcone słowami wygłoszonymi przez Donalda Trumpa podczas majowej wizyty w Arabii Saudyjskiej, kraje arabskie podjęły bardziej zdecydowany krok. Także z tego powodu, że sąsiadom Kataru nie podobają się jego nadmierne ambicje (najdobitniejszym ich przykładem jest organizacja piłkarskich mistrzostw świata w 2022 r.) i to, że chce odgrywać rolę szarej eminencji regionu. A trzeba pamiętać, że choć jest światowym liderem, jeśli chodzi o PKB na mieszkańca, to jego populacja liczy zaledwie 2,7 mln osób.
Utemperowanie tych ambicji prawdopodobnie się uda, bo Katar bardzo szybko zacznie odczuwać gospodarcze skutki zerwania stosunków. Już zawieszono loty między Ad-Dauhą a pozostałymi stolicami, które dodatkowo zamknęły swoją przestrzeń powietrzną. Największym przegranym będą – mające globalne ambicje – linie Qatar Airways. Ich samoloty będą musiały nadkładać co najmniej dwie godziny lotu na większości tras. Problem może też dotyczyć zaopatrzenia, bo przez zamkniętą teraz granicę z Arabią Saudyjską (jedyną lądową granicę Kataru) dostarczane jest ok. 40 proc. całej spożywanej żywności.
Na dodatek jeśli Egipt zdecyduje się na zamknięcie Kanału Sueskiego dla katarskich statków, kraj ten będzie miał problem ze sprzedażą gazu ziemnego, a jest jego największym producentem na świecie. To też istotne z punktu widzenia Polski. Z Kataru do gazoportu w Świnoujściu dostarczane jest ok. 1,5 mld m sześc. surowca rocznie. Dostawy mają się zwiększyć od 2018 r. do ponad 2,9 mld m sześc. LNG rocznie. – Nie wiem, jaką inną drogą tankowce mogłyby się przedostać do Europy, jeśli nie Kanałem Sueskim – zastanawia się Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.
Jak podkreśla Andrzej Sikora, prezes Instytutu Studiów Energetycznych, realne jest zagrożenie płynności dostaw katarskiego LNG do Polski. W razie zablokowania dostępu do Kanału Sueskiego, jeśli transport będzie przebiegał innym szlakiem, tankowce mogą mieć opóźnienia. – Droga się wydłuży, co wpłynie na zmniejszenie opłacalności dostaw od katarskiego dostawcy – mówi Sikora.