Obserwuje i prezentuje Rafał Woś | To przykre, ale Hillary Clinton nie wejdzie do historii Stanów Zjednoczonych jako wyjątkowo wyemancypowana i bystra Pierwsza Dama, która zdołała zbudować swoją własną polityczną markę. Pani Clinton zostanie zapamiętana jako osoba, która dokonała niemożliwego. Przegrała z teoretycznie niewybieralnym i skrajnie niekompetentnym Donaldem Trumpem. Przyczyn tej bolesnej porażki demokratki było wiele. A jedna z nich to bez wątpienia jej anachroniczny feminizm.
Reklama
Takiego zdania są filozof Aaron Jaffe (Juilliard School) i politolog Francisco Fortuno Bernier (City University of New York). A swój argument wykładają w artykule opublikowanym w lewicowym magazynie „Jacobin”. Przypomnijmy, że hasło „wreszcie czas na kobietę” było jedną z ważnych osi kampanii prezydenckiej demokratów w roku 2016. Nikt nie ma wątpliwości, że był to postulat autentyczny. Bo pani Clinton w swoim zawodowym życiu faktycznie zdołała przełamać wiele patriarchalnych barier. Najpierw w czasie ośmiu lat prezydentury Billa uniknęła wejścia w rolę uśmiechniętej żony, której szczytem ambicji jest troska o ogród w Białym Domu. Wytrwała podczas afery z Moniką Lewinsky. A potem – już działając na własną rękę – została senatorem z Nowego Jorku i wreszcie sekretarzem stanu w administracji Obamy. W pewnym sensie Clinton przeszła więc drogę typową dla wielu ambitnych kobiet ze swojego pokolenia, które mozolnie wspinają się po szczeblach korporacyjnej kariery. Na każdym kroku dowodząc, że są co najmniej tak dobre jak konkurujący o to samo stanowisko mężczyźni.

Reklama
To życiowe doświadczenie stało się jednak w pewnym momencie przekleństwem Clinton. Uczyniło z niej bowiem klasyczny przykład „korpofeminizmu”. Lub – jak to nazywają Jaffe i Bernier – „neoliberalnego feminizmu 1 procenta”. Jest więc Clinton przykładem osoby, która osiągnęła sukces, biorąc udział (i wygrywając) w grze o władzę na szczytach amerykańskiej polityki i biznesu sprzed kryzysu 2008 r. Cena za to była jednak ogromna. Aby wygrać, Clinton musiała upodobnić się do innych graczy. Stać się żeńską wersją samca alfa. Jego wierną kopią, a nie autentyczną alternatywą. To sprawiło jednak, że ten specyficzny korpofeminizm Clinton nie dawał szans, by mogło się z nim zidentyfikować pozostałe 99 proc. amerykańskich kobiet. Na dodatek był to feminizm anachroniczny, ślepy na kwestie klasowe i rasowe.
To był właśnie moment decydujący o porażce z obrażającym wszystkich dookoła i znienawidzonym przez republikański establishment niekompetentnym pyszałkiem Trumpem. Milioner miał wszakże jedną ważną zaletę. Jako outsider nie miał problemu z wyprowadzeniem republikanów na zupełnie nowe wody. Trump zmusił na przykład swoją partię do zerwania z tradycją reaganomiki. A zamiast tego nazwał (niestety bez konkretów) cały zestaw problemów, które wyszły na jaw w ostatnich latach po upadku neoliberalnej ortodoksji. Zaczął krytykować wolnorynkową globalizację oraz fatalne skutki deindustrializacji amerykańskiej prowincji, co było jego asem atutowym w wyborczym roku 2016.
Pani Clinton nie potrafiła zrobić tego samego z demokratami. Nie umiała się skutecznie odciąć od tradycji „nowej lewicy” lat 90. A więc czasów, gdy jej partia postanowiła być bardziej probiznesowa, probankowa i prorynkowa od drużyny Reagana. Jej kulturowe zaczepienie w życiowym doświadczeniu ówczesnego korpofeminizmu jej na to nie pozwoliło – dowodzą Jaffe i Bernier. A na koniec stawiają mocną tezę: bardzo prawdopodobne, że z Trumpem w roku 2016 wygrałby każdy inny demokrata (o nominację walczyli w prawyborach jeszcze Bernie Sanders i Martin O’Malley). Tylko nie pani Clinton. Z feministycznego punktu widzenia to oczywiście smutne. Ale niestety bardzo prawdziwe.
Bardzo prawdopodobne, że z Trumpem wygrałby każdy inny demokrata (o nominację walczyli w prawyborach jeszcze Bernie Sanders i Martin O’Malley). Tylko nie pani Clinton. Z feministycznego punktu widzenia to smutne. Ale niestety bardzo prawdziwe.