Autopromocja

100 lat polskiego prawa: Siła kobiecego lobby, czyli pośliny w Sejmie

kobiety
W pierwszych dwóch kadencjach parlamentarnych niepodległej RP skromna reprezentacja kobiet, które różniły lojalności partyjne, zawiązała nieformalną koalicję, aby prezentować wspólny front w walce z dyskryminującymi je przepisamiShutterStock
5 października 2018

Do 1996 r. wykaz prac, do których zgodnie z prawem nie można było najmować kobiet, liczył przeszło 90 pozycji.

"Poślina czy poślica?" – pyta zafrasowany czytelnik redakcję „Poradnika Językowego” w 1919 r., po tym, kiedy w pierwszych wyborach do Sejmu w niepodległej Polsce pięć kobiet zdobywa mandaty. Przez jakiś czas spotka się jeszcze „posełkinię” i „posełkę”. Ale w 1923 r., kiedy problem wraca na łamach fachowego pisma, redakcja stanowczo odpowiada, że powoli przyjmuje się określenie „posłanka”. Wielu językoznawców sądzi, że w miarę powiększania się grona absolwentek uniwersytetów jest tylko kwestią czasu, kiedy do szerokiego użytku wejdzie „profesorka”, „adiunktka”, „doktorka”, a może nawet „adwokatka”. Paniom, które wolą tradycyjne nazwy, lingwiści zarzucają „brak cywilizacyjnej odwagi” w ujawnianiu swojej płci i chowanie się pod męskim płaszczykiem.

Świeży elektorat

W początkach niepodległej Polski przewidywania językoznawców brzmią całkiem dorzecznie, bo dynamika wydarzeń w całej Europie sugeruje, że za emancypacją kobiet stoją siły dziejowej konieczności. W 1918 r. marszałek Piłsudski wydaje dekret, który przyznaje im pełne prawa wyborcze. Kilka miesięcy później zarządza też, że adwokatem może zostać obywatel polski bez względu na płeć. W 1922 r. tę samą zasadę wprowadza ustawa odnosząca się do urzędników państwowych. Nie są to tylko dowody uznania dla zaangażowania kobiet w działalność konspiracyjną i umacnianie tradycji narodowej w czasach zaborów, lecz także wyraz trzeźwego osądu politycznego. Opinia publiczna jest nadal sceptyczna wobec dopuszczania pań na sejmowe ławy czy stanowiska resortowe, a politycy endecji nawet nie ukrywają swojej dezaprobaty wobec tych wynalazków nowoczesności. Chęć pozyskania świeżego elektoratu, który na niektórych terenach nowej Polski przeważa liczebnie nad tradycyjnym typem wyborcy, ostatecznie jednak zwycięża w zderzeniu z moralnymi rozterkami. Pierwsze wybory parlamentarne na fali niepodległościowej euforii przyciągają do urn 66,9 proc. Polek uprawnionych i 71,5 proc. Polaków. Masowa mobilizacja to przede wszystkim wotum zaufania dla budowanej na nowo państwowości, a nie świadectwo silnych partyjnych tożsamości.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.