Jakiś czas temu opinią publiczną wstrząsnęły przypadki uchyleń wyroków wymierzających kary pozbawienia wolności wobec osób skazanych za najcięższe przestępstwa. Jako przyczynę takich uchyleń wskazywano fakt, że wyrok wydał tzw. „neosędzia”, a zatem taki, który miał zostać wadliwie powołany i który w związku z tym pozbawiony miałby być przymiotu niezawisłości.
Pozorna zależność kontra realne gwarancje niezawisłości
Znamienne jest jednocześnie to, że szermujący hasłem „braku niezawisłości” nigdy nie wskazują, od kogo wyklinani przez nich „neosędziowie” mieliby być „zawiśli”. Skoro bowiem gremialnie kwestionuje się niezawisłość liczącej dobrze ponad tysiąc osób grupy sędziów, to należałoby wskazać również tego bądź tych, od których sędziowie ci pozostają w stanie zależności. Nie czyni się tego jednak z bardzo prostej przyczyny, takiej mianowicie, że nie istnieje żaden podmiot, z którymi sędziów tych wiązałaby sieć jakichkolwiek zależności mogących wpływać na ferowane przez nich orzeczenia.
Piszący te słowa na przestrzeni ostatnich lat miał okazję kilkukrotnie zapoznawać się z wpływającymi do sądu wnioskami o wyłączenie jego samego jak również innych sędziów powołanych bądź też awansowanych w tej samej procedurze nominacyjnej. W oparciu o ich lekturę stwierdzić można, że poza dobranymi pod tezę wniosku stanowiskami takiego czy innego trybunału żaden z owych wniosków nie zawierał nawet cienia uprawdopodobnienia, że w konkretnej sprawie relacje sędziego z jego otoczeniem rodzić mogą potencjalne choćby obawy o to, jak zachowa się ów sędzia, gdy przyjdzie mu rozstrzygnąć spór sądowy. Uzasadnienia powyższych wniosków, niezależnie od tego, czy formułowała je strona pragnąca jedynie przeciągnąć spór, czy też czynił to prawnik motywowany pobudkami politycznymi, sprowadzały się zawsze do powielania gotowych tez bez próby wykazania śladowego chociażby zagrożenia tym, że zapadające w danej sprawie decyzje mogłyby potencjalnie okazać się nieobojętne dla szeroko pojętej sfery interesów podejmującego je sędziego, a tym samym, że z przyczyn pozaprawnych jakieś konkretne rozstrzygnięcie sprawy sędziemu takiemu może bardziej „odpowiadać” niż inne.
Formułowane w taki sposób wnioski dalece odbiegają od tego, co wynika z tezy wielokrotnie przywoływanej uchwały połączonych Izb SN z 23 stycznia 2020r. Wyrażone w niej stanowisko, którego powtórzeniem jest w istocie wyrok TSUE w sprawie C-521/21, należy do kanonu wypowiedzi SN szczególnie hołubionych przez środowisko prawniczych radykałów w zakresie praworządności, jest w nim bowiem mowa o nienależytej obsadzie sądu, w składzie którego zasiada osoba powołana na urząd sędziego na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej w trybie określonym przepisami ustawy z 8 grudnia 2017 r. o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Równie konsekwentnie te same osoby pomijają ciąg dalszy wypowiedzi SN zawężającej nienależytą obsadę takiego sądu do sytuacji, w których z uwagi na konkretne okoliczności wadliwość procesu powoływania sędziego jednocześnie naruszony miałby zostać standard niezawisłości i bezstronności w rozumieniu art. 45 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, art. 47 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej oraz art. 6 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Ta druga część zdania jest już skwapliwie pomijana, jako niepasująca do forsowanego na siłę stanowiska, wedle którego dokonane we wskazanym trybie powołania bądź awanse sędziowskie miałyby same przez się pozbawiać sędziego niezawisłości. To tylko jeden z przykładów selektywnego i wybiórczego odczytywania, a następnie nagłaśniania wypowiedzi przeróżnych gremiów i ciał, których głos wykorzystywany jest później w dyskusji o powołaniach sędziowskich.
Trudno dziwić się takiemu podejściu, jak bowiem wykazać, że w konkretnej sprawie fakt, że KRS, która przegłosowała kandydaturę danego sędziego i przedstawiła ją następnie Prezydentowi RP, składała się z sędziów wybranych nie przez innych sędziów, lecz z posłów wybranych na Sejm RP, zaważyć miałby na niezawisłości takiego sędziego w konkretnej sprawie? Jak wykazać, że ta właśnie jedna tylko okoliczność, a rzekomo to wyłącznie ona stanowić ma źródło problemu, rzutować ma na sposób rozstrzygnięcia najbardziej typowych spraw zalegających w polskich sądach, takich jak spory pomiędzy bankami a ich kontrahentami, sprawy rozwodowe, o podział majątku, o alimenty, sprawy pomiędzy członkami rodziny o zachowek bądź dział spadku, sprawy pomiędzy przedsiębiorcami, sprawy odszkodowawcze, czy też sprawy pracownicze? Otóż nie da się przeprowadzić rozumowania, wedle którego wybór zasiadających w KRS sędziów dokonany przez Sejm RP, nie zaś przez samych sędziów, w którejkolwiek ze wskazanych kategorii spraw, rzeczywiście pozbawia strony prawa do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd (art. 45 Konstytucji RP) w sytuacji, gdy nie potrafi się jednocześnie wyjaśnić, jak rzekoma wada procesu nominacyjnego odbić miałaby się w danej sprawie na niezależności, bezstronności i niezawisłości takiego sądu.
Jeśli bowiem sąd taki rzeczywiście pozbawiony miałby być wskazanych wyżej przymiotów, to nie powinno jednocześnie nastręczać trudności wskazanie, od kogo faktycznie w danej sprawie sąd ten jest zależny, czy też „zawisły” w sposób mogący potencjalnie choćby wpłynąć na treść wydawanych przez niego rozstrzygnięć. Podobnie rzecz się ma z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, w którym mowa jest o prawie każdego do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony uprzednio na mocy ustawy, jak również z art. 6 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Skoro zatem przeprowadzenie rozumowania dowodzącego, że wybór sędziów głosujących kandydaturę sędziego sądzącego którąkolwiek ze wskazanych wyżej rodzajów spraw, dokonany nie przez sędziów, lecz przez posłów na Sejm RP, rzeczywiście zaważyć może przy decydowaniu o tym, komu przyznać rację w sporze o kredyt frankowy, kogo obarczyć winą za rozpad małżeństwa, w jakiej wysokości zasądzić alimenty, czy też odszkodowanie za wypadek komunikacyjny, komu i z jaką spłatą przyznać składnik majątku dorobkowego, bądź też, który spośród procesujących się przedsiębiorców ma rację, a któremu racji tej odmówić (to, przykładowe jedynie, wyliczenie ciągnąć można jeszcze długo) jest niemożliwe, to jak zatem w ogóle bronić stanowiska o wadliwości dokonanych w kwestionowanym trybie powołań? W sytuacji, w której krytyka owego trybu oparta na twierdzeniu o rzekomej sprzeczności z Konstytucją nie wytrzymuje konfrontacji z art. 187 ust. 1 tejże Konstytucji, jedynym merytorycznym argumentem mającym uzasadnić taką krytykę jest zarzut brak niezawisłości. Finalnie jednak również ten zarzut okazuje się chybiony, jeśli bowiem zaprzeczeniem niezawisłości miałby być stan dający się określić jako „zawisłość” czy też zależność, to należałoby jednocześnie móc wskazać, wobec kogo owa zależność ma się realizować. Jeśli u jej podstaw miałoby leżeć milcząco przyjęte przekonanie o zależności od polityków, którzy zadecydowali o składzie KRS, to wszelkie mogące wynikać z tego obawy rozwiewać winien art. 180 ust. 1 Konstytucji RP gwarantujący nieusuwalność sędziów sądów powszechnych. Oznacza to ni mniej ni więcej, że z chwilą dokonanego na czas nieoznaczony powołania danego sędziego przez Prezydenta RP ów sędzia nie musi przejmować się takim czy innym zapleczem, któremu zawdzięcza swoje wyniesienie. Nawet zatem, gdyby owi politycy uznać mieli, że ze strony powołanego bądź awansowanego „dzięki nim” sędziego należy się „wdzięczność za oddaną przysługę”, to i tak otrzymując od Prezydenta RP akt powołania sędzia taki definitywnie „urywa się ze smyczy” uwikłania politycznego. O ile przy tym w odniesieniu do polityków z racji kadencyjności Sejmu, a tym samym wymuszonych tym częściowych przynajmniej rotacji osób mogących decydować o obsadzie KRS, niebezpieczeństwo zbudowania relacji bazującej na owym „poczuciu wdzięczności” jest naprawdę znikome, to nieco inaczej rzecz przedstawiać może się w przypadku dokonywania wyboru składu KRS przez samych sędziów, w tej bowiem sytuacji szansę na utrwalenie relacji typu „patron – klient” są zdecydowanie większe. Decyduje o tym zasadniczy czynnik odróżniający nieusuwalnych co do zasady sędziów od o wiele łatwiej „wymienialnych” polityków. Jeśli bowiem politycy, zależnie od zmieniających się okoliczności, przychodzą i odchodzą, to w odniesieniu do sędziów regułą jest nieprzerwane pełnienie przez nich urzędów na stanowiskach, na które raz już zostali powołani. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że ten drugi układ znacznie bardziej sprzyja powstawaniu personalnych klik i sitw. Nie trzeba szczególnie bujnej wyobraźni, by dostrzec, że podejmowane w ramach owych nieformalnych struktur decyzje kadrowe (w tym również o nowych powołaniach i awansach) niekoniecznie opierać muszą się kryteriach merytorycznych. Zapadające w takich wąskich, nieoficjalnych gremiach decyzje, dyktowane z reguły doraźną grą interesów osób zaangażowanych w ich podejmowanie, nie muszą mieć wiele wspólnego z prawem obywateli do sprawiedliwego procesu, o który tak bardzo ponoć troszczą się samozwańczy obrońcy praworządności.
Nie jest intencją piszącego te słowa przekonywanie o wyższości takiego bądź innego modelu wyboru sędziów mających decydować o tym, kto ostatecznie przedstawiony zostanie Prezydentowi RP jako kandydat do objęcia urzędu sędziego, a jedynie uzmysłowienie, że wbrew oficjalnie lansowanej narracji nie mamy do czynienia z prostym i oczywistym wyborem, w którym jedno z rozwiązań obarczone byłoby wyłącznie wadami, drugie zaś skupiać miałoby same zalety. Kwestii tej, zdecydowanie bardziej skomplikowanej aniżeli usiłuje się to przedstawić, nie da się zredukować do prostego wyboru pomiędzy złem w czystej postaci a nieskalanym dobrem, bo każdy z nich oferując pozytywy obciążony jest jednocześnie takimi czy innymi mankamentami. Ich zbilansowanie wymagałoby jednak pogłębionej dyskusji, której uczestnicy zainteresowani musieliby być nie doraźnym pognębieniem adwersarza, lecz wypracowaniem rozwiązań, które służąc ogółowi najlepiej budowałyby autorytet sądów. Rzecz w obecnych warunkach nieosiągalna.
Spory o status sędziów a „chleb powszedni” obywatela
Ponieważ zdrowy rozsądek nie daje zbyt dużo możliwości ku temu, aby na gruncie spraw stanowiących „chleb powszedni” polskich sądów rzeczywiście zakiełkować miało podejrzenie co do rzekomego wpływu sposobu powołania KRS na faktycznie zapadające w sądach decyzje, dlatego też owemu zdrowemu rozsądkowi wydać należało wojnę jako śmiertelnemu wrogowi, który ośmielił się stanąć na drodze do „uzdrowienia” sądownictwa. Niczemu więcej, jak próbie stłumienia owego rozsądku, nie służy mobilizacja prawniczych celebrytów z tytułami profesorskimi prowadzona w oczekiwaniu, że aura „profesorskości” onieśmieli i przywoła do porządku potencjalnych oponentów. Zanegowanie facecji prawionych przez tak szacowne grono postrzegane może przecież być jako sprzeniewierzenie się „demokracji” czy też „praworządności” a zatem wartościom oficjalnie przez to środowisko wyznawanym.
Z podanych wcześniej przyczyn nie jest kwestią przypadku, że w powodzi spraw zalewających polskie sądy wnioski o wyłączenie sędziów z racji ich rzekomo wadliwego powołania, wbrew oczekiwaniom najbardziej zacietrzewionej grupy prawników, składane są naprawdę sporadycznie i stanowią absolutny margines. Można wręcz uznać, że nagonka medialna, mimo udzielanego jej wsparcia, spotkała się ze śladowym odzewem ze strony społeczeństwa żyjącego zupełnie innymi problemami, niż rozterki części środowiska prawniczego daremnie usiłującego swoją histerią zarazić całą resztę. Osiągnięte efekty ocenić należy jako mniej niż skromne, wręcz niewspółmiernie małe w stosunku do skali zaangażowanych środków, zupełnie tak, jakby adresaci owych działań przejrzeli fałsz kryjący się za fasadą troski o „dobro obywateli” i zdali sobie sprawę z tego, że poddawani są manipulacji mającej sprowokować ich do podjęcia działań nie we własnym bynajmniej, lecz cudzym interesie.
Owo intuicyjne zrozumienie, że efektowanie brzmiące argumenty skrywają pustkę i nicość, zderzyło się z oczekiwaniami części sędziów nie mogących ścierpieć nikłości społecznego zainteresowania i braku „adekwatnej” reakcji. Aby ją sprowokować, konieczne stało się naprawdę „mocne uderzenie” o dużo większej „sile rażenia” które mało kogo zdoła pozostawić obojętnym. Samo tylko rytualne utyskiwanie, że ciemne i nieokrzesane pospólstwo nie chce podążyć ścieżką specjalnie wytyczoną dla niego przez osoby namaszczone na mędrców, uznano za niewystarczające. Niewystarczające do tego, aby wewnątrzśrodowiskowej kłótni o lepsze stanowiska i etaty nadać pozór czegoś bardziej wzniosłego niż banalna w gruncie rzeczy awantura wywołana frustracją, że przez pewien czas awansowani byli „nie ci, co trzeba”. Tym właśnie tłumaczyć należy serię uchylonych orzeczeń, jakie zapadły w wyjątkowo drastycznych sprawach karnych. Aby lepiej zilustrować mechanizm, który zadziałał w tym przypadku, zacytować należy fragment artykułu autorstwa psychologa Tomasza Witkowskiego pod tytułem „Poszukiwacze chaosu”, jaki ukazał się na łamach gazety Rzeczpospolita Plus Minus 8 (1718). Autor artykułu, znany psycholog, omawiając wyniki poświęconego dezinformacji projektu badawczego wskazał na odkrycia zaangażowanych w projekt naukowców, wedle których „poszukiwaczami chaosu są osoby, które spostrzegają i czują, że tracą status. I nie muszą to być ludzie bez środków do życia. W rzeczywistości mogą być bardzo dobrze sytuowani, ale na postrzeganą stratę reagują próbami stworzenia kłopotów wszystkim innym. Dla nich sam fakt, że nie są na szczycie, może być powodem frustracji.(…)W ten sposób nawet osoby bardzo zamożne czy o wysokiej pozycji społecznej i sporej władzy mogą odczuwać utratę pozycji i statusu oraz próbować odzyskać ją poprzez chaos. Ich napędem jest własne ego.”
„Poszukiwacze chaosu” i koszty radykalizmu w sądownictwie
Czytając te słowa przecierałem oczy ze zdumienia, jak ulał opisywały one bowiem niezdrowe emocje targające wpływową częścią środowiska prawniczego. Jasne stało się, skąd wzięły się sytuacje, o jakich wspominam na wstępie artykułu. W zamierzeniu inicjatorów działań miały one wstrząsnąć opinią publiczną i dlatego też decyzje o tym, aby uchylać orzeczenia sądów karnych, nie mogły dotyczyć spraw o charakterze błahym czy też bagatelnym, lecz wyłącznie takich, które gwarantować miały rozgłos, na jaki ich zdaniem zasługiwać ma „przywracania praworządności”. Finalnie zatem uczyniono to, co uczyniono, bez oglądania się na koszty, te bowiem przerzucone zostały na ofiary przestępstw i ich bliskich. Cóż, nikt przecież nie twierdził, że „przywrócenie praworządności” odbędzie się bez przypadkowych ofiar. Być może wystarczyło samo tylko założenie, że ludzie dotknięci takimi orzeczeniami zamiast „we właściwym” czasie walczyć o „wolne sądy”, bez skrupułów konsumowali „500+” albo też, nie daj Boże, w takich czy innych wyborach nie głosowali na „właściwych” kandydatów. W optyce prezentowanej przez sędziowskich radykałów prawdopodobnie wystarczy to do przyjęcia, że osoby takie „same są sobie winne”. Dające wyrazić się w ośmiu gwiazdkach ideologiczne zacietrzewienie, podszyte niejednokrotnie osobistym interesem, sięga tak daleko, że prezentująca je część środowiska gotowa jest realizować swoje cele po trupach rozumianych niekoniecznie jako przenośnia.
Sędziowie gotowi postawić resztę społeczeństwa w roli zakładników gwarantujących spełnienie żądań grupy „praworządnościowych” ultrasów niewątpliwie sprzeniewierzyli się ślubowaniu sędziowskiemu. Składając je zobowiązali się przecież stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według swojego sumienia, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości. Jak tymczasem pogodzić wymierzanie sprawiedliwości zgodnie z przepisami prawa z jednoczesnym upartym ignorowaniem części z nich, jak choćby art. 107 ust. 1 pkt 3 Prawa o ustroju sądów powszechnych traktującego kwestionowanie stosunku służbowego sędziego czy też skuteczności powołania sędziego jako przewinienie dyscyplinarne. Czy fakt, że przepis w takim brzmieniu uchwalony został przez ówczesną nielubianą większość parlamentarną, może usprawiedliwiać odmowę jego stosowania? Jeśli odpowiedź na tak udzielone pytanie miałaby być twierdząca, to skąd czerpać gwarancję, że na tej samej zasadzie nie uznają się za zwolnionych z obowiązku stosowania innych jeszcze przepisów rangi ustawowej, bo dojdą do przekonania, że w konkretnej sytuacji im one nie pasują, a zatem, że zgodnie ze swoim specyficznie rozumianym sumieniem nie muszą ich stosować. Czy działania takie dają się jeszcze zakwalifikować jako stanie na straży prawa, czy też – wpisując się w mało chwalebną tradycję „liberum veto” - oznaczają wkroczenie na ścieżkę chaosu i anarchii, w ramach której sędziom roszczącym sobie prawo do czegoś w rodzaju „klauzuli sumienia” całkiem pomyli się stosowanie prawa z jego stanowieniem, choć do tego drugiego nie są uprawnieni? A przecież w demokracji, która ponoć sędziowskim aktywistom jest tak bliska, władza ustawodawcza i wykonawcza powinny być rozdzielone. Już ten tylko argument uznać należy za wystarczający do tego, aby na postawione wcześniej pytanie udzielić kategorycznej i jednoznacznej odpowiedzi. Trudno uniknąć w takiej sytuacji pytania, jak bardzo odmieniane obecnie przez wszystkie przypadki pojęcie praworządności zredukować można było do instrumentu ochrony interesów wąskiej grupy ludzi, aby o rozróżnieniu tym zapomnieć.
Niewątpliwie propozycje rozwiązań tego problemu zgłoszone przez Prezydenta RP służą ponownemu wytyczeniu coraz bardziej zacieranej granicy pomiędzy tworzeniem prawa a jego stosowaniem, dzięki nim bowiem nie mogąca oprzeć się pokusie czynnego angażowania się w spory polityczne część środowiska sędziowskiego zmuszona będzie definitywnie wybrać, po której stronie owej granicy chce się znaleźć. W tym sensie proponowane rozwiązania, jako kładące kres niezdrowej sytuacji, w której faktyczni uczestnicy życia politycznego zasłaniając się sędziowskimi przywilejami nie ponoszą jednocześnie wpisanego w aktywność polityczną ryzyka, rzeczywiście przywracają praworządność w jej dawnym znaczeniu, zanim jeszcze termin ten wskutek jego permanentnego nadużywania obrósł w negatywne skojarzenia. Będąca reakcją na wskazane w artykule patologie inicjatywa prezydencka słusznie stawia zagubioną w polityce część środowiska sędziowskiego przed wyborem, czy nadal pragnie „naprawiać” Polskę, czy też gotowa jest ograniczyć swoje ambicje do samego „tylko” mało efektownego rozstrzygania sporów w oparciu o obowiązujące przepisy. Podatnicy płacą sędziom jedynie za to drugie i do tego też drugiego rodzaju działań chcący pozostać w zawodzie sędziowie winni się ograniczyć.
Eryk Dąbrowski – sędzia Sądu Apelacyjnego w Łodzi, związany ze Stowarzyszeniem Sędziów „Aequitas”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu