Związki zawodowe złapały wiatr w żagle – pogotowie strajkowe ogłoszono w najważniejszych branżach, a na kwiecień Solidarność zapowiada manifestację w Warszawie – jednak za demonstracją siły nie musi kryć się prawdziwa przewaga. Tak jest w przypadku organizacji działających w Skandynawii.
Choć polscy pracownicy na tle europejskich kolegów nie są rozpieszczani – pracują dłużej, a zarabiają mniej – nie garną się do związków zawodowych. Należy do nich zaledwie co dziesiąty pracownik. Polacy zrzeszać się nie lubią, a jeśli już zdecydują się założyć związek, piętrzą się przed nimi przeszkody prawne. Pierwszy wymóg: żeby założyć organizację zakładową, trzeba uzbierać co najmniej 10 pracowników. W małych firmach związków więc brak. Drugi wymóg: umowa o pracę. Tymczasem kilka milionów pracujących Polaków takiej umowy nie ma. Międzynarodowa Organizacja Pracy od lat wytyka nam, że takie przepisy są sprzeczne z ratyfikowaną przez Polskę konwencją MOP i ograniczają swobodę zrzeszania się. Ponaglane przez europejski Komitet Wolności Związkowych Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej dopiero w 2013 r. wystąpiło o pomoc techniczną, czyli wskazówki, jak zmienić prawo na zgodne z konwencją. Co więcej, nasze przepisy ograniczają nie tylko prawo do zrzeszania się, ale i do strajku. Nie mają go pracownicy służby publicznej. Innym grupom strajkowania nie odmawia się, ale za to utrudnia – nie wolno wszczynać sporów zbiorowych wobec władzy publicznej, więc nauczyciele, pracownicy szpitali i uniwersytetów nie mogą się spierać ze swoim faktycznym pracodawcą, który decyduje o ich pensjach, a co najwyżej z dyrektorem szkoły czy szpitala. Ustawa nie przewiduje również możliwości strajku generalnego. Wszystkie te kwestie poruszyła Solidarność w swojej skardze na polski rząd złożonej do MOP pod koniec stycznia.
Całkiem inaczej
Skandynawowie nie bardzo rozumieją te polskie osobliwości. Malin Ackholt ze szwedzkiego Związku Hotelarstwa i Gastronomii HRF zapewnia, że oni przyjmą każdego, kto pracuje w branży, choćby jedną godzinę tygodniowo. Poza tym – nie ma ograniczeń liczbowych, nawet w firmie zatrudniającej jedną osobę pracownik może się zapisać do związków. W Skandynawii należy do nich ok. 70 proc. zatrudnionych. Ale model działania różni się od polskiego praktycznie wszystkim. Począwszy od tego, że tym skandynawskim źródłem prawa pracy nie jest kodeks, jak w Polsce, lecz układ zbiorowy dla danej branży podpisany przez związki zawodowe i pracodawców. Ustawa zawiera jedynie ogólne regulacje – przepisy BHP czy minimalny czas urlopu. W praktyce nawet i to mogą zmienić związki – byle na korzyść pracujących. I tak np. według norweskiej ustawy pracuje się 40 godzin tygodniowo, ale większość Norwegów spędza w pracy 37,5 godziny – zgodnie z układami zbiorowymi. To właśnie w układach, które obejmują około 90 proc. pracowników, ustala się minimalną pensję, określa płacę za nadgodziny, chorobowe i emeryturę.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.