Ze zdumieniem obserwuję rozpowszechniającą się w motoryzacyjnym świecie modę na dodawanie do nazw samochodów słowa „sport”. W ten sposób producenci starają się zasugerować wam, że oto stoicie przed niepowtarzalną szansą wyjechania z salonu odpowiednikiem Usaina Bolta – czyli czymś smukłym, bardzo szybkim i niebywale zwinnym.
Na przykład toyotą auris touring sports z silnikiem o mocy 99 koni mechanicznych, którą w wolnych chwilach możecie ścigać się spod świateł z matkami pchającymi wózki z dziećmi (i za każdym razem przegrywać). Albo oplem insignią sports tourer, który w najtańszej wersji przyspiesza tak, jakby ciągnął za sobą kotwicę z lotniskowca USS Nimitz. Ewentualnie volkswagenem golfem sportsvanem 1,2 TSI dysponującym 85 końmi, w których jest tyle życia i wigoru, ile w uschniętej paprotce. Jest też ssamgojongonogoja action sports – koreańska wyścigowa półciężarówka. Podobno żyje na świecie człowiek, który postanowił udowodnić, że jest ona w stanie osiągnąć podawane przez producenta 163 km/h. Było to w lipcu 2014 r. Aktualnie ma już na liczniku 117,5 km/h.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.