Autopromocja

Bąk: Hej, John, gdzie twoje cojones?

Łukasz Bąk
Łukasz BąkDGP
6 maja 2016

Równo tydzień temu telewizja CNN poinformowała, że rosyjski myśliwiec Su-27 wykręcił beczkę nad amerykańskim samolotem zwiadowczym RC-135 spokojnie patrolującym Morze Bałtyckie. Wówczas bardzo mądrzy ludzie w bardzo drogich garniturach siedzący w Pentagonie natychmiast zmarszczyli wysokie czoła, pokiwali groźnie palcami i uznali ten manewr za „niebezpieczny i nieprofesjonalny”. Oraz zasugerowali, że może on doprowadzić do niepotrzebnej „eskalacji napięcia”. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że ci sami ludzie za „nieprofesjonalne” uznają także serwowanie w McDonaldzie coca-coli w kubkach mniejszych niż dwulitrowe, a za „niebezpieczną” uważają jazdę po pustej i szerokiej jak Droga Mleczna autostradzie z prędkością wyższą niż 5 mil na godzinę. Zaś „eskalacja napięcia” najczęściej oznacza u nich sytuację, w której ważący 300 kg mleczarz zakleszcza się w swoim meleksie i na ratunek mu rusza sześć brygad strażackich w asyście psychiatry, negocjatora i kuratora.

Takie zdarzenia jak to z myśliwcem uświadamiają mi, że USA wcale nie są niezłomnym, odważnym, pewnym siebie, trochę szalonym i nonszalanckim mocarstwem, jakiego obraz zwykli nam przedstawiać amerykańscy reżyserzy kina akcji. W tamtejszej policji nie ma żadnych McLane’ów, a w siłach powietrznych – Mavericków i Goose’ów. Szczerze mówiąc, to wydaje mi się, że od czasów Pustynnej Burzy i wojny w Wietnamie Amerykanom zwyczajnie odpadły jaja. Bo gdybym to ja w miniony piątek pilotował RC-135 nad Bałtykiem i jakiś ruski palant kilka metrów ode mnie wykręciłby beczkę, najpierw szczerze bym się do niego uśmiechnął, następnie pokazał mu środkowy palec, a później połączył się z najbliższą bazą lotnictwa. Po 15 sekundach na miejscu byłyby F-16, które wykręciłyby wokół Su-27 tyle piruetów, że jego pilot poczułby się jak w wirującej pralce. To byłby jasny sygnał wysłany w kierunku potencjalnego wroga: „Chcecie się bawić? Nie ma sprawy. Jesteśmy w tym naprawdę świetni”. Ale zamiast tego Amerykanie woleli wysłać Rosjanom wiadomość pt. „Jesteśmy małą dziewczynką i nie lubimy, jak ciągnie się nas za warkocze. Następnym razem poskarżymy się mamusi”.

Trochę szkoda mi amerykańskich żołnierzy, którzy mają do dyspozycji wspaniały sprzęt, ale nie mogą go wykorzystać choćby do popisania się. Nie mogą nastroszyć piórek i naprężyć muskułów. Innymi słowy, nie mogą być facetami. Gdy nad ich okrętem przelatują samoloty wroga, wolno użyć tylko jednej broni – smartfona, za pomocą którego nakręcą filmik o tym, jak ktoś gra im na nosie. To trochę tak, jakby kupić sobie porsche 911 turbo S, a następnie jeździć nim całkowicie zgodnie z przepisami, zmieniać biegi przy 2 tys. obrotów, a na tylnej szybie przykleić zielony listek sugerujący, że przesiedliście się tu prosto z nissana micry.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.