Od chwili gdy iPhone zadebiutował na rynku w 2007 r., miałem każdą generację tego telefonu. I przez wszystkie te lata broniłem go przed antagonistami niczym rycerz pasowany osobiście przez Steve'a Jobsa. Często słyszałem, że produkty Apple’a to tak naprawdę dzieło speców od marketingu, a nie wybitnych wizjonerów i naukowców. Ja jednak twierdziłem, że jest inaczej. Że Apple wyznacza standardy i zawsze jest o krok przed konkurencją, która próbuje choćby liznąć jego wizjonerskie pięty.
A teraz ad rem. W rzeczywistości telefony Apple’a to straszny szajs i gówno. Mój 5S po miesiącu używania wyglądał, jakby pies go pogryzł, zjadł, a potem zwrócił. Ludzie z serwisu wzięli go do ręki, pooglądali, pocmokali i doszli do wniosku, że tak ma być i że się czepiam. Ale przecież nie zmienia się żony tylko dlatego, że raz zdarzyło się jej przesolić zupę. Dlatego zacisnąłem zęby, wybaczyłem i kupiłem następny model – 6 plus. Ten po kilku miesiącach używania nie wygląda, jakby zjadł go pies. A to dlatego, że jest tak beznadziejny, że nawet mój pies omija go szerokim łukiem. Regularnie odgina się jakaś taśma wyświetlacza, przez co ekran przestaje reagować na dotyk, a w serwisie mówią to samo: że tak ma być i że się czepiam. Obawiam się, że zarówno pod względem jakości wykonania, jak i parametrów technicznych najnowsze iPhone’y to dziadostwo. Za irracjonalnie duże pieniądze dostajecie produkt wart w rzeczywistości tyle, ile – nomen omen – nadgryzione jabłko. Szczerze mówiąc, nadszedł najwyższy czas, by Amerykanie lekko zretuszowali swoje logo. Powinien nim być ogryzek.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.