Sprawa kredytów frankowych budzi ostatnio wielkie emocje związane ze wzrostem kursu franka szwajcarskiego. Trwają debaty nad tym, czy wina za zaistniałą sytuację spoczywa na kredytobiorcach, czy na bankach i nadzorze finansowym. W moim przekonaniu problem polega na tym, że w całej tej sytuacji kredytowej naiwność spotkała się z bezwzględnością i pazernością. Naiwność tych, którzy uwierzyli, że będzie już tylko lepiej, z bezwzględnością tych, którzy nauczyli się na niej zarabiać. Mnie jednak interesuje wspomniana sytuacja jako znak czegoś bardziej generalnego. Idzie mi o to, że dramat frankowiczów wynika w ogromnej mierze z przyjętej przez nas w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat ideologii neoliberalnej jako jedynie słusznej, zaś dzisiejszy problem z kredytami frankowymi jest moim zdaniem elementem bolesnego budzenia się z owego neoliberalnego snu, w który popadliśmy na początku naszej transformacji. Sen ten kazali nam śnić ci, którzy uważali, że nie ma żadnej trzeciej drogi w rozwoju gospodarczym, i przestawili nasze życie ekonomiczne i społeczne na tory ortodoksyjnego kapitalizmu sterowanego dogmatycznym przywiązaniem do idei neoliberalnych.
Jednym z elementów tego snu było marzenie o tym, abyśmy stali się społeczeństwem posiadaczy. Każdy miał mieć coś na własność. Najlepiej mieszkanie albo dom jako ostoję swojego małego świata pojmowanego przez neoliberałów jak małe przedsiębiorstwo, którym należy zarządzać zgodnie z zasadami racjonalności ekonomicznej wyznaczonej przez ideologię wolnego rynku. Idee te nasi neoliberałowie zaczerpnęli od Margaret Thatcher, która wyniosła swój drobnomieszczański światopogląd posiadaczki małego sklepiku do rangi doktryny ekonomiczno-społecznej, która powinna obowiązywać wszystkich. Uznaliśmy zatem, że nie ma to jak własność prywatna, a wszystkich tych, którzy uważali, że choć jest ona istotna i cenna, ale przecież niejedyna, uznaliśmy za przeżytki starego, które nie nadążają za Jedynie Słuszną Doktryną. Trochę tak jak kiedyś władze komunistyczne uznały zwolenników prywatnej własności za przeżytki upadłego świata, które nie rozumieją konieczności dziejowej. W konsekwencji postawiliśmy na własność prywatną jako jedyną, która zapewni nam ów wyśniony dobrobyt thatcherowskiej proweniencji. Oto teraz każdy miał sam zadbać o swój los i zdobyć środki na godne życie, bez pomocy innych, bez pomocy państwa; miał mieć to, na co zasłużył. Jeśli chciał mieć mieszkanie, powinien je sobie kupić (stąd program kredytowania mieszkań jako jedyny sposób na uzyskanie własnego mieszkania), jeśli chciał przeczytać książkę, powinien sobie ją kupić (stąd likwidacja prawie dwóch tysięcy bibliotek), jeśli chciał wychowywać dziecko, to powinien sam o nie zadbać (stąd likwidacja setek przedszkoli i żłobków), jeśli chciał dla niego lepszej edukacji, to powinien za to zapłacić (stąd kariera szkół prywatnych), jeśli chciał wygodnie podróżować, to powinien sobie ten komfort podróży zapewnić (stąd kult samochodu i zaniedbania w komunikacji zbiorowej) itd. Sam dla siebie ze swoim, oto cel ludzkiego życia wedle naszych neoliberałów, którzy potrafili do niego przekonać miliony rodaków. Społeczeństwo posiadaczy żyjących obok siebie, ale nie dla siebie, tkwiących w przekonaniu, że wszyscy inni są jedynie rywalami w walce o dobra, których nie może starczyć dla wszystkich (widomym znakiem tej tendencji do separacji są osiedla grodzone). Spełniona utopia amerykańskich libertarian, tak jak Ayn Rand czyniących z egoizmu najwyższą cnotę (popatrzmy na komentarze na temat frankowców w mediach i internecie, ile w nich ledwo skrywanej satysfakcji, że komuś innemu się nie udało).
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.