Jeszcze w przeddzień zakończenia spotkania dyplomatów klimatycznych z całego świata w Bonn nie miało formalnej agendy i wisiało nad nim widmo totalnego fiaska. Z punktu widzenia przygotowań do kolejnego szczytu – COP28 w Dubaju – dorobek dwutygodniowej sesji mógł trafić na śmietnik.
Frustracji dał wyraz jeden z przewodniczących obrad, pakistański dyplomata Nabeel Munir, który porównał obecnych do uczniów szkoły podstawowej i wzywał ich do opamiętania. Ostatecznie czarnego scenariusza udało się uniknąć. Grę w cykora wygrały kraje rozwijające się, które nie pozwoliły na włączenie do porządku obrad punktu dotyczącego działań łagodzących zmiany klimatu, o ile nie zostanie podkreślone znaczenie ich finansowania.
Groźba fiaska będzie wisiała także nad konferencją w Dubaju. Rozwiązać konflikt interesów pomiędzy głównymi interesariuszami będzie trudniej niż kiedykolwiek. Z jednej strony kraje zamożne są na straconej pozycji w obliczu wciąż niespełnionej obietnicy zmobilizowania co najmniej 100 mld dol. rocznie na wsparcie transformacji krajów globalnego Południa i rekordowych środków na zielone inwestycje na własnym terenie. Z drugiej wiele państw przechodzi kosztowny kryzys energetyczny, a część ma przed sobą perspektywę chudych lat. Ich skłonność do składania hojnych obietnic jest zatem mizerna. Nie do końca ufają też, że bez bardzo jasno sprecyzowanych celów i terminów partnerzy z Południa zrezygnują z łatwiejszej opcji, jaką jest napędzanie rozwoju węglem i ropą. Z kolei kraje rozwijające się nie chcą składać wiążących deklaracji bez obietnicy ich sfinansowania przez kraje bogatsze. Na wypracowanie kompromisu jest jeszcze rok, bo do 2024 r. powinien zostać określony nowy cel na kolejne lata.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.