Protekcjonizm. Tym przerażającym słowem straszono nas długo. Zdecydowanie zbyt długo. Jednym z największych przekleństw minionych dekad było to, że handel międzynarodowy traktowano jak ulicę jednokierunkową. Co ja mówię ulicę?! Autostradę! Na której nie można się ani zatrzymać (bo rozjadą albo, w najlepszym wypadku, wyprzedzą), ani z niej zawrócić.
Barier handlowych (taryfowych i pozataryfowych) mogło być więc tylko mniej. Temu miały służyć kolejne umowy handlowe. Czy to negocjowane bilateralnie, czy też większe układy w ramach reżimu WTO albo organizacji regionalnych (EWG, NAFTA). Głosy sprzeciwu były zazwyczaj traktowane jako anachronizm i ekonomiczny bezsens. A gdy tu i ówdzie pojawiał się polityk postulujący trochę więcej ochrony najbardziej wrażliwych części rodzimego rynku, szybko padało straszliwe słowo „protekcjonizm”. Za którym szedł zestaw skojarzeń: nacjonalizm, Hitler, Stalin, wojna atomowa. Albo jeszcze gorzej. Negocjowane w ostatnich latach wielkie układy o wspieraniu handlu i inwestycji (TTIP, TTP i CETA) to jakby spadek po tamtej epoce zadowolonego z siebie neoliberalizmu. Przeświadczonego, że wszystkie badania empiryczne wskazują, że więcej wolnego handlu to zawsze dobre rozwiązanie. Otóż, nie wszystkie.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.