Staniszkis nie moralizowała. Fascynowało ją, jak naprawdę działa władza. Do dziś wszyscy mówimy jej językiem. Poważnie traktowała Kaczyńskiego, ceniła Schetynę. I do końca wymykała się prostym politycznym etykietom – mówi Krzysztof Katkowski, autor biografii słynnej socjolog.
Po co lewicowiec w 2026 roku wydaje biografię Jadwigi Staniszkis?
Bo wygrała. A ja też, kurczę, chciałbym wygrywać.
Wygrała?
Tak, wszyscy mówimy dziś językiem Staniszkis, czego najlepszym przykładem jest powszechność terminu „postkomunizm”. To była matka chrzestna III RP.
Co masz na myśli?
Z jednej strony, w myśl inteligenckiego marzenia, spędziła całe dorosłe życie na uczelniach – Uniwersytecie Warszawskim i Polskiej Akademii Nauk. Wiodła przy tym tradycyjnie naukowe życie, nie dorabiając na boku, jak wielu akademików dziś. Z drugiej strony, na jej wykłady uczęszczali nie tylko przedstawiciele nieistniejącej już inteligencji, ale także biznesmeni i menedżerowie – późniejsza wyższa klasa średnia, prawdziwe dzieci nowej Polski.
Ale ważniejszy niż biograficzny jest wątek intelektualny, od którego zacząłem. Debata publiczna przyswoiła wiele stworzonych przez nią kategorii. Zauważ, że to Staniszkis pisała o pozorności władzy w Polsce. Do dziś myślimy tymi kategoriami, gdy twierdzimy, że mamy „państwo z kartonu”. Napisałem biografię pani profesor paradoksalnie nie dlatego, że jakoś szczególnie interesowała mnie jako osoba – mimo że wielokrotnie opowiadała o swoim bogatym życiu romantycznym – ale jako człowiek pełen sprzeczności.
Da się jakoś całościowo zaklasyfikować poglądy Jadwigi Staniszkis?
Właściwie nie. Widać to już na poziomie towarzyskim. Z jednej strony miała dobre relacje z ludźmi Prawa i Sprawiedliwości, bardzo poważnie traktowała Jarosława Kaczyńskiego, z drugiej zaś – była też blisko Jana Rokity w pierwszych latach istnienia Platformy Obywatelskiej. Angażowała się w Solidarność, ale jednocześnie, jak mówili mi byli działacze PZPR, była jedną z niewielu opozycyjnych intelektualistek, która przyjmowała od nich zaproszenia.
Dla lewicowca też coś się znajdzie?
Są w jej dziełach elementy nacechowane w ten sposób. Choćby fakt, że interesowała się procesem przekazania władzy, który w latach 90. miał charakter klasowy – dawni pracownicy Służby Bezpieczeństwa i partyjni dygnitarze, czyli ta nasza rodzima biurokratyczna drobna i niedrobna burżuazja, zachowują swoje pozycje. Chociaż Staniszkis przyjmowała istnienie klas społecznych, nie pisała nigdzie, że pracownicy powinni być wyemancypowani. Nie sądzę, że mogłaby inspirować lewicowy ruch; już bardziej prawicowy, co w sumie miało miejsce. Co do zasady jednak Staniszkis raczej opisuje rzeczywistość niż mówi, co trzeba robić, aby ją zmienić. To nie jest autorka, która powiedzie cię na barykadę.
To skąd właściwie u niej ta łatka prawicy? Obyczajowo chyba nie była konserwatywna.
To prawda. Staniszkis szybko wyszła za mąż, po czym się rozwiodła i miała wielu partnerów. Popierała kompromis aborcyjny, nie była radykalnie przeciw imigracji, krytykowała ataki na osoby LGBT.
Klasyfikuje się ją w ten sposób, bo krytykowała transformację. Dużą rolę z pewnością odegrał tutaj jej konflikt z „Gazetą Wyborczą”, która w latach 90. była organem apologetów wolnorynkowych zmian. Ludzie, którzy nie zgadzali się z tą linią, siłą rzeczy trafiali na prawicę.
Żeby było jasne – wtedy bracia Kaczyńscy nie byli żadnymi lewicowcami, wręcz przeciwnie – domagali się, by zmiany w Polsce przeprowadzać szybciej, co przypomina w książce sam Leszek Balcerowicz. Później – jak doskonale wiemy – ten ich stosunek do reform uległ zmianie. I powodem nie była głęboka lektura Thomasa Piketty’ego, ale fakt, że ominęły ich frukta.
To jednak trochę niesprawiedliwe. Sam piszesz w książce, że „około roku 2009 do środowiska Prawa i Sprawiedliwości dołączają osoby, które do tej pory krytykowały neoliberalną transformację ustrojową”. Oni wszyscy się nabrali na ten cynizm?
To nie cynizm, tylko bardziej złożony opis. Środowisko prawicy nie korzysta tak, jak pozostali, więc się buntuje. Nie jest jednak tak, że każdy, kto budował środowisko PiS, był cynikiem. Takie przykłady to właśnie Jadwiga Staniszkis, ale i działalność chociażby Ryszarda Bugaja, który nigdy nie przestał być lewicowcem. Jednocześnie Bugaja trudno posądzać o cynizm – to samo się tyczy Henryka Domańskiego, ale też Zdzisława Krasnodębskiego… W Koalicji Obywatelskiej też jest wiele osób, które mówią o obronie „praworządności” instrumentalnie, ale też wiele osób serio wierzy, że to kwestia kluczowa: i będą to zarówno Adam Bodnar, jak i Magdalena Filiks.
Wracając do wątku, Staniszkis wyrzucała naszej transformacji, że wpędza Polskę w peryferyjność – także intelektualną. W tym sensie również była na kontrze do „Wyborczej”, która wprowadziła do Polski dyskurs, że „na Zachodzie”, „w normalnym kraju” to czy owo wygląda inaczej. Wszyscy tak dziś mówią, nawet ta niby tak postępowa Partia Razem, która bezustannie odnosi się do zmitologizowanej Skandynawii. Te jej poglądy sprawiały, że wiele osób jej nie cierpiało – choćby ze środowiska Agory. Innym z kolei – jak Magdalenie Środzie – zapatrywania Staniszkis kojarzyły się z teoriami spiskowymi.
Jak ty oceniasz ten zarzut?
Prawdą jest, że Staniszkis bardzo lekko podchodziła do pojęć, których używała. Stosowała je czasem w różnych znaczeniach – jak pojęcie pozoru. Czasem bierze je od Hegla, a innym razem od Kanta (u obu jest to oczywiście zupełnie inne rozumienie). Jeden z prawicowych intelektualistów, w odpowiedzi na moją prośbę o rozmowę do książki, odparł, że on jako historyk filozofii nie rozumie, co Staniszkis pisała; jej wywody były dla niego mętne. Faktycznie, deep state, który opisywała, jest naukowo nieweryfikowalny. Swoją drogą, to, jak Staniszkis się mu przyglądała, pokazuje skalę jej makiawelizmu.
Makiawelizmu?
Tak. Nawet gdy Jadwiga Staniszkis pisała o zakulisowych mechanizmach władzy, to nie moralizowała. Jeśli porównać jej prace z „Demokracją peryferii” Zdzisława Krasnodębskiego, to jego książka jest bardzo moralizująca – my jako Polacy (skądinąd, kim do końca są ci mityczni „Polacy”?) jesteśmy lekceważeni przez Berlin, Brukselę... U Staniszkis tego nie ma – fascynował ją za to deep state. Nigdzie nie pisała, że posiadanie służb na telefon czy manipulowanie jest złe. Uznawała właściwie, że to niezbędne do utrzymania władzy. Sądzę, że ten jej pogląd miał duży wpływ na polską prawicę, która – z jednej strony – dopowiedziała sobie wartościującą warstwę jej prac, a z drugiej – przejęła część tej fascynacji. Pamiętasz aferę po ostatnim wywiadzie, którego udzieliła na krótko przed śmiercią?
Tak. Rozmowa z Aleksandrą Pawlicką w „Newsweeku” z 2021 r.
Podnoszono wtedy, że Staniszkis nie była w pełni świadoma, mimo że wywiad autoryzowała. Pani profesor w sumie broniła w nim „demokratury”, twierdząc, że demokracja nie jest wartością ostateczną. Wbrew pozorom, odkładając na bok kwestie psychologiczne, takie postawienie sprawy jest konsekwentne w jej przypadku. Staniszkis po prostu nie moralizowała.
Na jakiej zasadzie pani profesor wybierała sobie partie, które wspierała? Nazywasz ją w książce „matką chrzestną AWS-u”.
Bo ona od zawsze – jeszcze w czasach Solidarności – lubiła namaszczać, błogosławić. Miała zawsze swoich ulubieńców, jak Kazimierz Michał Ujazdowski czy Krzysztof Szczerski. Nie była przy tym podatna na medialne mody, interesowała się tym, kto realnie pociąga za sznurki w danym ugrupowaniu.
Kogo jeszcze sobie upodobała?
Wysoko ceniła intelekt Grzegorza Schetyny, czyli osoby absolutnie pozbawionej charyzmy, ale obdarzonej wybitnym umysłem politycznym, planerskim. Zarazem Staniszkis mniej zajmowała się personaliami – raczej tworzyła dla partii politycznych pewne ideologiczne fundamenty. Dla PiS-u – postkomunizm, dla PO – integracja europejska. A z kolei modernizacja w różnych okresach pasowałaby w sumie do obu tych ugrupowań. Pani profesor wspierała różne ruchy, a później się wycofywała. Dość powiedzieć, że po 2015 roku Staniszkis chodziła na wydarzenia KOD-u, czyli najbardziej radykalnych przeciwników partii Kaczyńskiego. Mówiąc językiem naszego pokolenia – była edgy.
Musisz to wyjaśnić.
Lubiła być niezależna. Piotr Gliński mówi mi w rozmowie, że proponował jej stanowisko eksperckie w ramach grupy doradczej, którą budował jako kandydat na premiera kilkanaście lat temu. Nie zgodziła się, mimo że mogłaby dostać, co tylko by chciała. Myślę, że Staniszkis zawsze chciała być przede wszystkim autonomiczną intelektualistką, a nie ma partii politycznej, która spełniałaby marzenia kogoś takiego.
Na ile przez pryzmat jej historii da się opowiedzieć stosunki PiS-u z profesurą? To relacja miłości i nienawiści jednocześnie. Książki o politycznej kuchni – jak „Kulisy PiS” Kamila Dziubki – kazałyby wierzyć, że Jarosław Kaczyński bardzo ceni zdanie intelektualistów, ale z drugiej strony wycofuje Ryszarda Legutkę z szefa delegacji PiS w EKR (ugrupowania, do którego należą w Parlamencie Europejskim posłowie PiS), zastępując krakowskiego filozofa Dominikiem Tarczyńskim.
Znowu: PiS to nie jest monolit i jak każda organizacja zawiera w sobie wiele sprzeczności, nierozwiązywalnych napięć. Widać to także w mediach podporządkowanych tej partii. Z jednej strony, w „Naszym Dzienniku” masz ataki na „neomarksistowskie” środowiska akademickie, a później – aż do granic komizmu – podkreślanie tytułów naukowych zapraszanych „ekspertów”. Jednym z nich był przecież profesor Bogusław Wolniewicz, który w polskiej historii zasłynął przecież obrzydliwymi wręcz obronami PZPR – np. w marcu 1968 r.
Sam Kaczyński jest jednak cyniczny, tak samo zresztą jak szefostwo „Naszego Dziennika” – ale, w odróżnieniu od nich, jest przez to naprawdę wybitnym politykiem. Wie, że Tarczyńskim ugra więcej niż Legutką. Poza tym, szczerze – ten drugi już dawno poszedł w niskiej jakości publicystykę, a szkoda, bo mógł zostać klasykiem, również pewnego dnia zasługującym na swoją biografię.
Piotr Gliński mówi ci też w książce, że Jadwiga Staniszkis to „pani socjolog wyklęta”.
Bez przesady. Staniszkis była raczej pod pewnymi względami wykluczona: jako kobieta musiała funkcjonować w środowisku zdominowanym przez facetów. Jednocześnie – tu kolejny paradoks – ona w żadnym stopniu nie stała się częścią polskiego feminizmu. Wydawałoby się to dość naturalne, skoro jako kobieta była zapraszana do telewizji, żeby komentować politykę. Przedzwoniłem więc do Agnieszki Graff z pytaniem, czy dla niej, jako liberalno-feministycznej intelektualistki, Staniszkis jest jakimś punktem odniesienia. Była bardzo zdziwiona, że coś takiego mi w ogóle przyszło do głowy – a z Agnieszką akurat znamy się od lat. Staniszkis też nie zostawiła przy Karowej (Wydział Socjologii UW – red.) własnych uczniów.
Paweł Śpiewak pozostawił po sobie Kulturę Liberalną.
Właśnie, Staniszkis takiego środowiska nie zbudowała. Była wycofana towarzysko, nie szukała poklasku. Mogła sobie pozwolić na bycie publiczną intelektualistką bez oglądania się na to, co reszta powie – także w sensie klasowym. Jej wielkim hobby było kupowanie sobie nieruchomości, miała ich kilka w różnych miejscach Polski. Źle się jej nie żyło, niezależnie od tego, co powiedziała wieczorem w telewizji.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu