Bez danych satelitarnych nowoczesna obrona nie istnieje. Europa próbuje nadrobić zaległości wobec USA, budując wspólny system IRIS². Jednocześnie Niemcy inwestują we własne rozwiązania, pokazując, że w kluczowych kwestiach bezpieczeństwa zaufanie w UE ma swoje granice.
Kraje, które poważnie myślą o bezpieczeństwie, muszą mieć dostęp do rozpoznania satelitarnego. To truizm, który nie wymaga w dzisiejszym świecie dodatkowego uzasadniania. Bez amerykańskich danych satelitarnych ukraińska obrona nie byłaby tak efektywna, a groźba pozbawienia możliwości uzyskiwania tych danych była w 2025 roku bardzo poważnym narzędziem wpływu na prezydenta Wołodymira Zełenskiego. Dane satelitarne przekazuje Rosja Iranowi, poważnie zwiększając jego możliwości walki z dwoma o wiele silniejszymi przeciwnikami. Trudno przypuszczać, żeby bez takich danych ajatollahowie mogli podjąć próbę ataku na bazę Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Wcześniej otrzymywali je z Rosji Huti, którym służyły do przeprowadzania terrorystycznych ataków na statki handlowe na Morzu Czerwonym, co było elementem planu prowadzenia wojny hybrydowej z Zachodem.
Dlaczego dane satelitarne są kluczowe dla bezpieczeństwa państw
W amerykańskiej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa, która pokazuje, w jaki sposób Amerykanie zamierzają wycofać się z bezpośredniej obrony swoich sojuszników (w tym Europy), używane jest sformułowanie-klucz, że wsparcie ze strony Ameryki będzie „limited but critical” – ograniczone, lecz zasadnicze. Pod taką definicję podpadają trzy główne, wymienione z nazwy elementy: sprzedaż broni, współpraca przy produkcji broni i dzielenie się informacjami wywiadowczymi. To ostatnie może być rozumiane szeroko, ale niewątpliwie chodzi w wielkiej mierze o wykorzystanie ogromnej floty satelitów wojskowych, których Stany Zjednoczone mają około półtora tysiąca.
Europa – obudzona w brutalny sposób z sympatycznej kilkudekadowej drzemki, w czasie której korzystała z amerykańskich zdolności wojskowych i wywiadowczych, żyjąc w dobrobycie i pokoju – stara się gwałtownie nadgonić czas. W grudniu 2024 r. Komisja Europejska zawarła umowę z konsorcjum poważnych firm z branży satelitarnej na budowę systemu 290 satelitów o nazwie IRIS², który ma zapewnić krajom członkowskim bezpieczną łączność i rozpoznanie. System ma być gotowy do roku 2030, czyli jak na inwestycje tego typu dość prędko, a jego wartość to prawie 11 mld euro. Ogłaszając jego powstanie, Komisja nie omieszkała uderzyć w wysokie tony, podkreślając, że program „tworzy fundamenty pod strategiczną autonomię Europy w zdigitalizowanym świecie”.
Biorąc pod uwagę, że czołowe kraje europejskie posiadają niewielką liczbę satelitów wojskowych, zaś rozpoznanie NATO opiera się na Amerykanach, których możliwości wielokrotnie przewyższają europejskie, może to być element bardzo poważnej zmiany i słowa o „strategicznej autonomii” – po wielekroć nadużywane na naszym kontynencie – mogą tym razem mieć realne znaczenie. Konstelacja 290 satelitów na niskiej i średniej orbicie, pokrywająca obszar od Arktyki po Afrykę Północną, może dać poważne narzędzie do komunikacji dla europejskich rządów i rozpoznania dla wojskowych. Może być też dowodem na to, że UE traktuje poważnie swoje zobowiązania sojusznicze. W tle jest oczywiście także brak zaufania do tego, czy Wielki Sojusznik zechce zawsze i w każdych warunkach dzielić się informacjami ze swoich satelitów.
Europa buduje IRIS², ale Niemcy idą własną drogą
Czy jednak Europa ufa sama sobie? Podobną kwotę – 10 mld euro – zamierzają wydać na konstelację 100 satelitów wojskowych Niemcy. Częściowo zdolności tych dwóch systemów będą się duplikować, o czym mówią otwarcie parlamentarzyści niemieccy cytowani przez agencję Reuters. Zasadnicza różnica między projektowanymi systemami europejskim i niemieckim będzie taka, że europejski będzie używany także w celach cywilnych i komercyjnie, zaś niemiecki będzie ściśle wojskowy. Jednak najważniejsza różnica będzie polegała na suwerenności zarządzania systemem. Minister obrony Niemiec zarówno w rządzie Olafa Scholza, jak i Friedricha Merza, Boris Pistorius wypowiedział w 2025 r. znamienne słowa: „Gdy satelity milkną, państwa tracą wzrok – a Niemcy zamierzają zachować swój”. Chodzi więc po prostu o to, kto będzie decydował o wykorzystaniu danych, o kierunkach rozpoznania i o wielu kwestiach pozornie technicznych, a tak naprawdę dotykających istoty suwerenności państwa.
Decyzja o podjęciu poważnej inwestycji w budowę osobnego systemu rozpoznania satelitarnego w sytuacji, gdy Unia inwestuje także poważne pieniądze w budowę systemu do wspólnego użytku, może oznaczać, że niemieccy wojskowi uznali, że system europejski po prostu nie spełnia ich oczekiwań technicznych. Ale to nie wojskowi podejmują ostateczną decyzję. Zresztą, gdyby to zależało od generałów, mieliby oni zawsze wszystko do swojej wyłącznej dyspozycji, co jest całkowicie naturalne i nie należy mieć do nich o to pretensji. Tak mają rozpisaną rolę. Ostateczną decyzję podejmują politycy, którzy biorą pod uwagę wiele czynników niekoniecznie czysto militarnych. W tym przypadku zdecydowali się wydać duże pieniądze na system, który w dużej części – w jakiej, tego zapewne się nie dowiemy – duplikuje zdolności systemu wspólnego. I będą musieli stawić czoła publicznym oskarżeniom właśnie o duplikowanie zdolności i marnowanie pieniędzy.
Reuters cytuje przedstawiciela rządu niemieckiego, który ocenia, że system IRIS² „ma potencjał, by tam, gdzie to możliwe, uzupełniać narodowe inicjatywy w realizowaniu suwerennych zadań”. Zaraz potem dodaje, że system niemiecki będzie „całkowicie odmienny”. W to ostatnie trzeba uwierzyć na słowo, natomiast użycie przez rzecznika słowa „suwerenny” jest charakterystyczne i świadczy o głębokich korzeniach niemieckiej decyzji. W sytuacji zagrożenia państwa zarówno wojskowi, jak i politycy tego kraju chcą mieć pewność, że to oni i tylko oni kontrolują kluczowe dla obronności zasoby. Co interesujące, decyzję o równoległym do Unii Europejskiej zainwestowaniu we własne zasoby satelitarne poparł przedstawiciel Alternatywy dla Niemiec (AfD). Rzecznik tej partii ds. obronnych, Rüdiger Lucassen, powiedział, że nie widzi w tej inwestycji marnowania pieniędzy, a „odpowiedzialną narodową politykę bezpieczeństwa”.
We współczesnym, coraz bardziej dzielącym się świecie, zaufanie jest walutą. Widać to choćby po intensywnej współpracy Ameryki z Izraelem, ale też po rozchodzeniu się starej Europy z Ameryką. Budowa europejskich zdolności satelitarnych, nota bene wymuszona przez erozję zaufania transatlantyckiego, pokazuje, że ta waluta traci swoją wartość także w obrębie samej UE. Słowo „suwerenność” odzyskuje swój blask, gdy przychodzi do kwestii o znaczeniu egzystencjalnym.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu