450 Belgów walczy w szeregach Państwa Islamskiego. To, że kolejną ofiarą zamachu terrorystycznego padła Belgia, nie jest zaskoczeniem, bo kraj ten od dłuższego czasu ma problem z dżihadystami. Zdziwienie może budzić najwyżej to, że nie doszło do tego wcześniej. Poważne zaniepokojenie zaś – że atak przeprowadzono zaledwie cztery dni po zatrzymaniu w Brukseli głównego podejrzanego o zorganizowanie listopadowych zamachów w Paryżu.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Belgia staje się słabym ogniwem w walce z organizacjami terrorystycznymi. Jej struktury bezpieczeństwa są niewydolne, a od 2012 r. aż 450 obywateli tego kraju zasiliło szeregi ISIS (to aż 41 osób na milion mieszkańców, podczas gdy we Francji odsetek ten nie przekracza 20). Zabójcy słynnego afgańskiego dowódcy Ahmada Szaha Masuda w 2001 r. posługiwali się belgijskimi paszportami i przed wyjazdem do Kabulu przebywali w brukselskiej dzielnicy Molenbeek. Tej samej, w której zorganizowano listopadowe zamachy w Paryżu. Tu też działała belgijska komórka terrorystyczna, która odegrała znaczącą rolę w zamachu w Madrycie w 2004 r.

Reklama
– Dzisiejszy dzień jest wielkim sukcesem w walce z terroryzmem – mówił w piątek wieczorem premier Belgii Charles Michel, po tym, jak zostało potwierdzone, że aresztowanym mężczyzną jest Salah Abdeslam. Wprawdzie dwa dni później dodawał, że walka z islamskimi radykałami nie skończyła się wraz z jego schwytaniem, ale zapewne nikt się nie spodziewał tak szybkiej odpowiedzi z ich strony. Na razie nie wiadomo, czy wczorajsze zamachy były przygotowywane wcześniej, czy aresztowanie Abdeslama wpłynęło na termin ich przeprowadzenia, lecz tak czy inaczej efekt propagandowy został osiągnięty. A przy okazji jeszcze raz się potwierdziło, że Belgia jest jednym z najsłabszych ogniw w walce z terroryzmem.
To, co premier Michel określił wielkim sukcesem, w rzeczywistości nie zasługuje na takie miano. To, że najbardziej poszukiwany terrorysta w Europie przez ponad cztery miesiące się ukrywał w brukselskiej dzielnicy Molenbeek, w której mieszkał, a policja wpadła na jego trop przez przypadek, jest raczej dowodem słabości belgijskich służb niż ich profesjonalizmu. Ta jest pokłosiem wszystkich chorób tego kraju.
Eksperci zajmujący się walką z terroryzmem zwracają uwagę, że w podzielonej językowo i kulturowo Belgii działania policji czy służb specjalnych są z kilku powodów mniej skuteczne niż np. we Francji. Skoro w Belgii francusko- i niderlandzkojęzyczni policjanci czasem nie mogą się porozumieć między sobą, nic dziwnego, że tym bardziej mają problem z działaniem w środowisku arabskojęzycznym. We Francji, która prowadzi politykę asymilacji, nawet dla potomków imigrantów francuski jest pierwszym językiem, natomiast w Belgii funkcjonowanie bez znajomości francuskiego lub niderlandzkiego jest łatwiejsze.
Z tym z kolei wiążą się problemy z tożsamością. Skoro nawet we Francji – uznającej, że Francuzami są wszyscy mający obywatelstwo, i wpajającej od dziecka republikańskie wartości – potomkowie imigrantów z Afryki Północnej nie czują żadnego związku z tym krajem, tym bardziej widać to w Belgii. Sami rdzenni Belgowie w coraz większym stopniu określają się jako Flamandowie czy Walonowie, a potomkowie imigrantów z krajów arabskich, z Turcji czy Afryki – którzy stanowią ok. 10 proc. całej populacji – nie są ani jednymi, ani drugimi. A ponieważ na ten problem z samookreśleniem nakłada się też sprawa braku pracy, nic dziwnego, że towarzyszy im poczucie osób drugiej kategorii, nikomu niepotrzebnych.
To z kolei wykorzystują werbownicy z Państwa Islamskiego i innych organizacji dżihadystycznych, którzy oferują im obietnicę sensu w życiu. Nie jest przypadkiem, że odsetek tych, którzy wyjechali walczyć do Syrii i Iraku, w stosunku do liczby ludności jest w Belgii wyższy niż w jakimkolwiek innym państwie Unii Europejskiej. Jak się szacuje, od 2012 r. szeregi Państwa Islamskiego zasiliło ok. 450 obywateli Belgii, co oznacza 41 osób na milion mieszkańców – dla porównania we Francji, skąd pochodzi najwięcej europejskich dżihadystów, ten odsetek nie przekracza 20.
Zresztą belgijskie związki z radykalnym islamem mają znacznie dłuższą historię niż ostatnie trzy lata. Zabójcy słynnego afgańskiego dowódcy i polityka Ahmada Szaha Masuda w 2001 r. posługiwali się belgijskimi paszportami i przed wyjazdem do Afganistanu przebywali w brukselskiej dzielnicy Molenbeek. Belgijska komórka terrorystyczna odegrała istotną rolę w organizacji zamachu terrorystycznego w Madrycie w 2004 r., Belgijka Muriel Degauque zaś, która przeszła na islam, była w 2005 r. sprawczynią pierwszego znanego zamachu samobójczego przeprowadzonego przez rdzenną Europejkę.
Tym, co utrudnia walkę z radykalnym islamem w Belgii, jest także zbyt skomplikowany ustrój kraju. Oprócz rządu i parlamentu federalnego istnieje jeszcze kilka innych szczebli władzy – trzy wspólnoty językowe, trzy regiony, które dodatkowo dzielą się na dziesięć prowincji. To wszystko powoduje, że odpowiedzialność za wiele spraw – w tym za bezpieczeństwo – rozmywa się, kompetencje się pokrywają, a mnogość stanowisk powoduje, że nie zawsze są one obsadzone właściwymi ludźmi. Nie ułatwia sprawy również system partyjny, praktycznie oddzielny dla części flamandzkiej i walońskiej, którego efektem jest rozdrobniony parlament i zazwyczaj wielomiesięczne negocjacje w sprawie utworzenia rządu. Konieczność szukania daleko idących kompromisów powoduje, że kultura politycznej poprawności i unikania kontrowersji jest jeszcze głębiej zakorzeniona niż w innych krajach Europy Zachodniej.
Konsekwencją takiego podejścia jest m.in. to, że policja czy władze w mniejszym stopniu niż np. we Francji czy Wielkiej Brytanii próbują powstrzymać potencjalnych dżihadystów przed wyjazdem z kraju, uznając, że w ten sposób pozbywają się problemu. Wczorajsze zamachy pokazały jednak, że się nie pozbyły i jest on większy niż polityczny establishment chce przyznać.
Policja i służby są mniej skuteczne niż w innych krajach UE