Usiąść i płakać. Urzędnicy, od których zależą dopłaty unijne, czekali na wytyczne od nowych przełożonych, a doczekali się jedynie masowych zwolnień. Pieniędzy wciąż nie widać, nie będzie za co siać. A zrozpaczeni rolnicy nie wiedzą, czy przeczekać zmiany na gorsze, czy sprzedawać ziemię i uciekać, gdzie pieprz rośnie.
Nie tak dawno temu był sobie w mieście kierownik powiatowy, a na wsi był sobie rolnik. Były sobie jego hektary i były sobie regularne dopłaty z Unii Europejskiej. Dopłaty unijne wystarczały na nasiona, nawozy, naprawę traktora i na zatrudnienie dodatkowych rąk do pracy na czas siewów i zbiorów. I tak kierownik pilnował, żeby wnioski o dopłaty w odpowiedniej formie i odpowiednim czasie trafiły do kogo trzeba, a rolnik spokojnie zajmował się uprawą ziemi. Ziemia odwdzięczała mu się całkiem przyzwoitymi zbiorami, a dochód państwa rósł. Eksport kwitł, po polską, dobrą i tanią żywność przyjeżdżali Niemcy, Czesi i Ukraińcy.
I chociaż gdzieś tam migały rolnikom czerwone lampki, że kiedyś ten czas się skończy, to jednak wiara w centralę i jej zapewnienia o wsparciu dla polskiej ziemi była silniejsza.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.