Kiedy ostatnio poprosiłaś kogoś o przysługę? Taką prawdziwą przysługę?” – zapytała mnie jakiś czas temu moja przyjaciółka i muszę powiedzieć, że mnie z lekka ścięło. Co więcej, czuję się ścięta do teraz. Uch. Ech. Och.
Uświadomiłam sobie bowiem, że było to dawno, jeszcze przed świętami i dotyczyło dwóch godzin opieki nad pewnym stworzeniem – a przedtem długo, długo, długo nic. Potem dotarło do mnie, po krótkim wywiadzie środowiskowym, że w ogóle mało kto tak po prostu prosi dziś o przysługi. Naprawdę. I to jest, moi drodzy, straszne, straszne społecznie i duchowo; nad strasznością tego faktu już spieszę się rozwodzić, żebyście i wy jego straszność poczuli i się przerazili, jako i ja się przerażam; strach bowiem nie cierpi samotności, a mój jest dziś jakoś szczególnie głodny towarzystwa.
Najpierw doprecyzujmy: to nie tak, że ludzie nie robią sobie przysług, bo robią. Ja na przykład wciąż się pławię w blasku ludzkiej życzliwości. Tu mi sąsiad szybę w aucie umyje bezinteresownie, tu mi znajomy lekarz leki przepisze, w zamian nie chcąc nic. Zdarza się, i to zdarza się ciągle. Wielkie i małe przysługi się dzieją, rozłażą się po Warszawie i miastach mniejszych.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.