Zwycięstwo Mauricia Macriego może stać się przykładem dla innych państw
Reklama
Argentyńczycy przestali wierzyć w lewicowy populizm – w niedzielnej drugiej turze wyborów prezydenckich niespodziewane zwycięstwo odniósł kandydat centroprawicowej opozycji Mauricio Macri, który przekonywał, że sposobem na wyjście z kryzysu musi być liberalizacja gospodarki. Ale jego sukces może stać się sygnałem do zmian także w innych państwach Ameryki Południowej, które pod rządami populistów przeżywają coraz większe problemy.

Reklama
To, że tegoroczne wybory w Argentynie przyniosą istotną zmianę, było wiadomo jeszcze przed ich rozpoczęciem, bo kończą one 12-letnią epokę kirchneryzmu – rządów najpierw Néstora Kirchnera, po którym władzę na dwie kadencję przejęła jego żona Cristina Fernández de Kirchner. Jednak jeszcze miesiąc temu wydawało się, że zmiana będzie głównie personalna, bo desygnowany przez ustępującą prezydent Daniel Scioli miał – według sondaży – odnieść pewne zwycięstwo. Tymczasem w pierwszej turze wyprzedził Macriego o jedyne 3 pkt proc., przez co konieczna była dogrywka, co nigdy wcześniej w Argentynie się nie zdarzyło. W niej 51,4 proc. głosów uzyskał Macri.
– Dziś jest historyczny dzień. Zaczyna się nowa epoka – mówił dotychczasowy burmistrz Buenos Aires po ogłoszeniu wyników. Ta nowa epoka nie będzie jednak łatwa, bo liczba problemów jest spora. Argentyna – druga co do wielkości gospodarka w Ameryce Południowej – nigdy nie wyszła na prostą po bankructwie z końca 2001 r., będącym w tamtym czasie największym w historii. W następnych latach dzięki boomowi surowcowo-towarowemu miała wprawdzie wysoki wzrost gospodarczy, ale nie odzyskała wiarygodności w oczach zagranicznych inwestorów.
Do czego w dużej mierze przyczyniła się polityka Cristiny Fernández de Kirchner – nacjonalizacje kluczowych firm, sądowe spory z posiadaczami obligacji, fałszowanie danych gospodarczych, podsycanie sporu z Wielką Brytanią o Falklandy. W zeszłym roku, z powodu konfliktu z niewielką grupą posiadaczy obligacji niegodzących się na ich restrukturyzację, Argentyna po raz drugi w tym wieku ogłosiła niewypłacalność. Władze w Buenos Aires miały w tym sporze swoje racje, co nie zmienia faktu, że cała sprawa ponownie zaciążyła na wizerunku Argentyny.
To o tyle brzemienne w skutkach, że większość problemów jest pochodną odcięcia od rynków finansowych. Wskutek braku możliwości zaciągania pożyczek poziom rezerw walutowych spadł do najniższego od dziewięciu lat. Aby całkowicie się one nie skończyły, rząd kilka lat temu wprowadził restrykcje w zakresie kupowania przez obywateli obcych walut, czego głównym efektem było rozjechanie się oficjalnego i czarnorynkowego kursu peso wobec dolara, a w konsekwencji inflacja. Według oficjalnych danych wynosi ona 14,4 proc. – co i tak oznacza, że należy do najwyższych w świecie – a niezależne szacunki mówią o 25 proc. Na dodatek władze, aby mieć pieniądze na rozpoczęte w czasach lepszej koniunktury programy socjalne, wprowadziły nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia wysokie podatki od eksportu produktów rolnych, których Argentyna jest jednym z głównych światowych producentów.
Macri zapowiadał w kampanii, że trzeba odejść od restrykcji walutowych, ale zarazem wolałby uniknąć dewaluacji peso, gdyż uderzyłaby ona w najbiedniejszych. Chce zmniejszenia udziału państwa w gospodarce, szczególnie że znacjonalizowane przez Kirchner firmy wcale nie mają dobrych wyników, ale obiecał, że nie będzie likwidował wszystkich programów pomocy socjalnej (część z nich, np. zasiłki na dzieci, nawet dotychczasowa opozycja uznaje skuteczne). Na dodatek nowy prezydent będzie miał przeciwko sobie większość w parlamencie.
Prawdopodobnie wszystkie najtrudniejsze reformy będzie próbował przeprowadzić jak najszybciej, wykorzystując spowodowane przegranymi wyborami prezydenckimi osłabienie peronistowskiej Partii Justycjalistycznej. – Droga od upadłego państwa do potęgi będzie długa i wyboista. Macri będzie musiał cofnąć 12 lat szkód, ale dziś do Buenos Aires powrócił optymizm, którego nie było widać od dekady – mówi Reutersowi Roberto Lampl, odpowiadający w Alquity Investment Management za rynki latynoamerykańskie.
Działania nowego prezydenta Argentyny będą uważnie obserwować nie tylko inwestorzy, lecz także politycy i wyborcy w innych krajach kontynentu. W ciągu ostatniej dekady w prawie wszystkich doszła do władzy mniej lub bardziej populistyczna lewica, a problemy takich państw, jak Brazylia czy Wenezuela, pokazują, że jej pomysły w sytuacji, gdy skończył się boom surowcowy, nie działają. Wobec powyższego Argentyna może uruchomić łańcuch zmian na kontynencie – za dwa tygodnie odbędą się wybory parlamentarne w Wenezueli, gdzie w sondażach prowadzi opozycja.