Przez ostatnie 25 lat musieliśmy dbać sami o siebie. PiS wygrał, bo obiecał, że teraz zaopiekuje się nami państwo.
Reklama
Każdy jest kowalem własnego losu – to powiedzenie doskonale opisuje relacje między państwem a obywatelem w ciągu ostatnich 25 lat. Po 1989 r. ono oraz jego urzędnicy mieli w końcu nie krępować naszych inicjatyw i nie wtrącać się do naszego życia. Wszystko po to, byśmy mogli robić kariery i zbijać majątki, bo sukces był w zasięgu naszych rąk. Zachęceni taką wizją ochoczo przystaliśmy na zasadę, że teraz możemy liczyć tylko na siebie, że los innych nas nie interesuje. Że skoro im się nie udało, to ich wina – a państwo nie powinno im pomagać. Bo ono jest od dawania wędek, nie ryb. Wygrana PiS zapowiada ogromną zmianę. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego zrealizuje swoje pomysły, inne powiedzenie będzie opisywać nasz kraj: zarzuć wędkę, a jak nic nie złowisz, państwo i tak da ci rybę.
– Ta zmiana to pochodna globalnych zjawisk, bo kryzys zmusił do przeproszenia się z państwem. Nieprzypadkowo Jarosław Kaczyński wspomniał o francuskim ekonomiście Thomasie Pikettym i jego głośnym „Kapitale XXI wieku”, w którym opisał postępujące rozwarstwienie majątkowe społeczeństw Zachodu – mówi politolog Rafał Chwedoruk. Dopóki działał przedkryzysowy świat, nie było żadnej alternatywy dla samodzielnego wykuwania własnego losu. Nawet jeśli nie każdy z nas miał zostać milionerem. Gdy brało się kredyt na 30 lat we frankach w 2008 r., jego spłata wydawała się oczywista. A dziś frankowiczom musi przychodzić na pomoc państwo. I nie tylko im. – Skorzystają na tym ci biedniejsi. Oni nie mają nic poza państwem i politycy znów gwarantują im opiekę w sytuacji rosnącego poczucia zagrożenia. W Europie naturalnym zjawiskiem jest popieranie tych partii, które obiecują poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza ekonomicznego – przekonuje politolog Kazimierz Kik.
Dziś państwo ma być zaangażowane w obszary, z których wcześniej świadomie się wycofało lub po prostu zdezerterowało. Typowy przykład to kwestia umów śmieciowych, których ogromna część, co jest wiedzą powszechną, powinna być traktowana jak umowy o pracę. Jednak światowy kryzys sprawił, że praktycznie zaniechano walki ze zjawiskiem niedawania etatów. Bo rządzący kalkulowali: lepsza byle jaka praca niż bezrobocie. Dlatego ściganie tego typu praktyk było pozorne. Państwowa Inspekcja Pracy, która ma się tym zajmować, nie była ani wystarczająco dofinansowana, ani wyposażona w odpowiednie kompetencje. A taką sytuację wykorzystali pracodawcy. Jeden z ekonomistów współpracujących z Partią Razem opowiadał o przypadku pracownika na śmieciówce, któremu szef nie wypłacił pensji za dwa miesiące. Gdy ten w końcu upomniał się o swoje, usłyszał, że pieniędzy nie dostanie, a jak mu się nie podoba, to może odejść. Co usłyszeliśmy w kampanii? Większość startujących ugrupowań mówiła o wprowadzeniu minimalnej płacy godzinowej.
Śmieciówki to niejedyny problem. – Mamy przecież zwiększenie eksploatacji przez kapitał obcy, bezradność na rynku pracy, emigrację zarobkową – mówi prof. Kik. To wystarczające powody, by dla wielu grup wyborców atrakcyjna stała się wizja państwa opiekuńczego. A z najpełniejszą wizją wystąpił PiS. – Już po poprzednich wyborach parlamentarnych partia Kaczyńskiego przekonywała, że będzie chroniła, broniła i opiekowała się wykluczonymi. Tymi, którzy się nie załapali na pociąg do sukcesu. Już w czerwcu 2013 r. zauważyłem, że PiS ma większe społeczne poparcie niż PO – podkreśla psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński. PiS wyczuł koniunkturę i zaproponował rozwiązania zdejmujące obywatelom troski z głowy.
Dopalacze z budżetu
Program „Rodzina 500 plus” to najlepszy przykład zmiany w relacjach państwa z obywatelem. Do tej pory obowiązek utrzymania dzieci spoczywał wyłącznie na rodzicach. Pomijając najbiedniejszych, którzy mogli liczyć na zapomogi, reszta musiała radzić sobie sama. Czyli pracować i/lub zaciskać pasa. Nawet by skorzystać z podatkowej ulgi na dzieci, trzeba było mieć pracę i płacić podatki. Zapomogi na dzieci wedle autorstwa PiS zrywają z tą zależnością.
Skutki tego programu? Z jednej strony potężna pomoc adresowana do rodzin z dziećmi, do których rocznie trafi nawet 22 mld zł, i niewątpliwe polepszenie ich jakości życia. Zwłaszcza osób najmniej zamożnych. Tak duże transfery oznaczają także, że gospodarka dostanie mocny wzrostowy dopalacz z budżetu. Lecz z drugiej – produktywność gospodarki z czasem może się obniżać. Bo nie dość, że będą zachodziły negatywne tendencje w demografii (coraz mniej młodych ludzi, coraz mniej pracowników na rynku), to jeszcze ci, którzy mogliby się zatrudnić, mogą nie mieć do tego wystarczającej motywacji. – W rodzinach, w których pracuje jedno z rodziców, a łączne dochody są niskie, wypłata dodatków po 500 zł na dziecko znacząco podniesie kwotę domowego budżetu i bodziec do tego, by drugie z rodziców zaczęło szukać pracy, będzie słabszy. Należy się z tym liczyć – zauważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.
PiS wie o tych obawach, lecz kieruje się innymi przesłankami. Uważa pomysł za oręż ostatniej szansy w walce z dramatycznie niskim wskaźnikiem dzietności. Partia liczy, że transfer pieniędzy zwłaszcza do mniej zamożnych rodzin, które nie kwalifikują się do pomocy socjalnej, przełamie materialną barierę przed posiadaniem dzieci. A widać najdobitniej, jak ona znika, na przykładzie Polek, które chętniej rodzą po wyjeździe do Wielkiej Brytanii. Bo tam mają o wiele lepsze warunki.
Pytaniem otwartym pozostaje, czy program przyniesie oczekiwany efekt – w Niemczech podobny pomysł nie okazał się sukcesem. Za to wprowadzenie tak dużego programu generuje spore ryzyko. – Nikt nie ma gwarancji, że program dodatków na wychowanie dzieci będzie stały. Decyzje o tym, czy mieć dzieci, rodziny podejmują w sytuacji, gdy mają pewną perspektywę, np. stałego zatrudnienia. A co się stanie, jeśli w Polsce dojdzie do głębokiego spowolnienia i zajdzie konieczność szukania oszczędności? Te środki budżetowe będą w pierwszej kolejności do cięć – uważa Borowski. Jest jeszcze inne ryzyko: system proponowany przez PiS tworzy olbrzymią klasę beneficjentów, bo zasiłki trafią do większości rodzin z dziećmi w Polsce. Te mogą się na tyle do nich przyzwyczaić, że nie będą chciały dodatków oddać.
W PRL o płacy mówiono: „Czy się stoi, czy się leży, 1500 się należy”, teraz spora część społeczeństwa może to samo mówić o zasiłkach. Jakub Borowski sądzi, że prosty model wspierania rodzin na dłuższą metę może być nawet szkodliwy, bo doprowadzi do tego, że wielu obywateli przestanie się dorzucać do wzrostu gospodarczego. – Coraz trudniej będzie osiągnąć wzrost liczby osób pracujących. Ważne jest, żeby tworzyć rozwiązania, które nie będą osłabiały bodźców do poszukiwania zatrudnienia – konkluduje. Widać, że największą słabością programu jest to, że trafia do wszystkich.
Przedsiębiorco, nie jesteś sam
Pomysł 500 zł na dziecko jest najbardziej znany, ale także te inne z wyborczego arsenału PiS umacniają koncepcję państwa opiekuńczego. Odwrócenie wieku emerytalnego to przekaz: Polaku, nie musisz się męczyć, usiądź i odpocznij, bo ci się należy. Tanie kredyty dla firm mają zachęcać do inwestycji i minimalizować ryzyko porażki. Po raz pierwszy państwo na tak wielką skalę będzie wspierało przedsiębiorczość. W tym celu mają zostać uruchomione kredyty subsydiowane z pieniędzy NBP w ramach planu „Finansowanie dla rozwoju”. Przy jego tworzeniu PiS wzorował się na programie LTRO prowadzonym niegdyś przez Europejski Bank Centralny (nisko oprocentowane trzyletnie pożyczki dla banków komercyjnych) oraz na akcji dofinansowywania kredytów przez bank centralny Węgier (tu też zapożyczył nazwę). W sumie PiS chciałby wygenerować 220 mld zł kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw. Małych i średnich – a więc w domyśle naszych. I tu też jest zasadnicza zmiana myślenia. Do tej pory wszyscy przedsiębiorcy mieli konkurować na tych samych zasadach. Dziś widać, że PiS chce wpierać naszych kosztem sektora finansowego czy handlu wielkopowierzchniowego.
To nie wszystko: PiS postuluje odbudowę polskiego przemysłu. Cokolwiek by to miało znaczyć, sygnał wysłany do społeczeństwa jest jasny: po latach zaniedbań, cichego przyzwolenia na upadek zakładów przemysłowych z nierentownych branż czas z tym skończyć. Nie pozwolimy na to, by fabryki bankrutowały, a ty, Polaku, stracił pracę.
Tyle że wprowadzenie tych wszystkich programów może mieć jeszcze jeden, kłopotliwy dla rządzących efekt uboczny. Spora część obywateli zacznie oceniać państwo nie pod kątem usług publicznych, jak poziom edukacji, zadowolenie ze służby zdrowia, lecz tego, ile państwo daje im do ręki. I nie będzie dotyczyło to osób o najgorszej sytuacji materialnej, które mają problemy z zarobieniem na życie, lecz Polaków z całkiem niezłymi dochodami. Mówiąc inaczej: licytacja właśnie się rozpoczęła i w kolejnych kampaniach elektorat oceniający polityków pod kątem „kto da nam więcej” będzie rósł.
Więc może dzisiejszy zwycięzca wyborów zostanie za cztery lata przebity przez lewicę, która właśnie znalazła się poza parlamentem i która, by dotrzeć do wyborców, będzie musiała wyjść z głośnymi postulatami. Mogą one trafić na podatny grunt, bo z czasem będzie się zmieniał elektorat. Już dziś na lewicy pojawiają się pomysły dochodu obywatelskiego, czyli po prostu świadczenia, które bez żadnych warunków państwo miałoby wypłacać wszystkim obywatelom.