Wybraliśmy brzozę i ośmiorniczki, bo najbardziej cenimy bezpieczeństwo i spokój. Oddajemy głos na znanych polityków, nawet tych niewiarygodnych i skompromitowanych, bo są swojscy i przewidywalni. A ich wojenkami i tak mało się przejmujemy.
Reklama
Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. To... Poprzez... No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę” – słowa inżyniera Mamonia z kultowego filmu „Rejs” trafnie opisują nasze podejście do świata polityki. Od lat obowiązuje tu prawo Mamonia, że najbardziej lubimy to, co już znamy. Bo choć przy okazji kolejnych wyborów pojawiają się jaskółki nowości w postaci Palikota czy Kukiza, to ptaszki te padają równie szybko, jak zrywały się do lotu. I mimo powszechnej, trwającej od lat niechęci do świata polityki, odsądzania od czci i wiary praktycznie każdego jego przedstawiciela, mimo nieustającego festiwalu afer, korupcji, kłamstw, głupoty i kompromitacji, mimo totalnego braku zaufania do tej grupy, wciąż głosujemy tak samo i na tych samych, zmieniając co wybory jedynie nieznacznie preferencje. Dzięki temu karuzela państwowych stołków i funkcji kręci się w kółko bez zatrzymania, broniąc dostępu nowym chętnym do bujania, bo ci na karuzeli zamieniają się tylko miejscami.
– Pogłębia się choroba demokracji polegająca na tym, że ludzie nie głosują na konkretne partie, dlatego że wierzą w ich skuteczność, ale głosują na przekór tym, na których się zawiedli. To grozi fasadowością instytucji demokratycznych – ostrzegał już w 2004 r. politolog prof. Mirosław Karwat.
Dziś nic się nie zmieniło.
Wybieramy wartości
– W Polsce niepodzielnie rządzi wybór negatywny. W badaniach motywacji wyborców pytaliśmy ich, czy głosują na program wybranego ugrupowania, czy przeciwko innej partii. Okazało się, że w przypadku największych partii aż 2/3 wyborców głosuje przeciwko innym. Dochodzi do tego niska frekwencja, 50 proc. i mniej, co jest o 20 pkt proc. gorszym wynikiem niż w zachodnich demokracjach liberalnych – wskazuje dr hab. Norbert Maliszewski, specjalista ds. marketingu politycznego Uniwersytetu Warszawskiego.
Z okazji 25-lecia wyborów parlamentarnych, uznawanych za symbol upadku komunizmu w Polsce, CBOS zbadał zaufanie do publicznych instytucji. Okazało się, że najwięcej badanych ufa wojsku (74 proc.) i policji (71 proc.). Parlamentowi i rządowi tylko 34 proc. respondentów, a zaledwie 17 proc. politykom.
Z lubością psioczymy na klasę polityczną – kontynuuje specjalista z UW – kurczowo trzymając się jednak swoich światopoglądów. Podział na Polskę konserwatywną i liberalną jest tak silny, że oddanie głosu jest nie pozytywnym wyborem, np. w kierunku gospodarczego rozwoju, ale obroną przed zamachem na wyznawane wartości.
– Amerykański politolog, profesor Gregory Markus, zbadał kiedyś zależność między poziomem amerykańskiego produktu krajowego brutto a wyborczymi decyzjami Amerykanów. Okazało się, że gdy PKB rósł, chętniej głosowali na urzędującego prezydenta, który był dla nich gwarantem utrzymania rozwoju kraju. W Polsce nie ma takiej zależności. PiS musiał oddać władzę w bardzo dobrej sytuacji gospodarczej, teraz PO też przegrała, choć przecież kondycja państwa nie jest zła – zauważa dr hab. Norbert Maliszewski.
W ponowoczesnym świecie o tak wielu bodźcach i nieprzerwanym zalewie informacji, gdzie otumanieni możliwościami nieograniczonego wyboru marzymy o gotowych prostych odpowiedziach, wystarczy, że wyborca polubi swojego kandydata i utożsami się z jego poglądami. Gdy polityk ten podejmuje jakąś decyzję, powstaje zero-jedynkowa sytuacja – wyborca nie analizuje przyczyn i okoliczności podjęcia takiej decyzji, po prostu swojego polityka w tym popiera albo nie. Społeczeństwo staje się w tej chwili bardziej skrajne, niż jest w rzeczywistości, bo znikają szarości, zostaje biel lub czerń. Bo tak jest łatwiej. Polityka weszła bowiem na grunt poczucia tożsamości, której określenie jest dla nas jedną z podstawowych potrzeb. Powstał więc świat, który opiera się wyłącznie na emocjach.
– Nie różnimy się od zachodnich społeczeństw, jeśli weźmiemy pod uwagę procesy podejmowania decyzji. Naszym problemem jest jednak brak elit, które ukształtowałyby odpowiednie standardy. Nasze elity wolą hodować plemiona walczące ze sobą w imię idei, niż uczyć podejmować racjonalne wybory – ocenia naukowiec z warszawskiego uniwersytetu.
Sprzyjają temu media, które wolą pokazywać spektakl kłócących się oponentów, najlepiej z niewyparzonymi językami niż merytoryczną, a przez to trudną w odbiorze, więc zaniżającą słupki oglądalności dyskusję. Selekcja polityków jest więc negatywna, a postęp dotyczy tylko marketingu. Cała para idzie w lepsze sprzedanie się, zaistnienie w telewizji, ważniejsze są kolor koszuli, celna riposta czy hasło niż wiedza, nie mówiąc o poważnych pomysłach na zmierzenie się z wyzwaniami gospodarczymi i społecznymi.
Uodpornieni na politykę
Taka hodowla zantagonizowanych wyborców utrwala podział kraju na Polskę A i B, Polskę indywidualistyczną i kolektywną; liberalny, otwarty, pragmatyczny zachód oraz konserwatywny, narodowy, patriotyczny wschód. Korzenie takiego kulturowego wręcz podziału sięgają zaborów. I choć dzisiaj nie jest już on aż tak ostry – wyniki ostatnich wyborów to przełamanie kraju lekko zamazały – to jednak zdaniem eksperta raczej lekka anomalia niż kulturowa zmiana.
– Przepływy elektoratów nie są duże, najwyżej 10 proc. Plemię Platformy Obywatelskiej się zdemobilizowało, bo politycy tej formacji sprzeniewierzyli się wizji liberalnej Polski w większym stopniu, niż dopuszczali to ich wyznawcy, zaś plemię Prawa i Sprawiedliwości było wyjątkowo zmobilizowane, a dołączyły do niego jeszcze osoby działające akcyjnie, nazywane w sondażach niezdecydowanymi. To był ten języczek u wagi – ocenia dr hab. Norbert Maliszewski.
Wybór pozytywny nie może się nad Wisłą przebić do świadomości wyborców, bo brakuje nam doświadczeń w sprawnie działającej demokracji.
– Nasza nadwiślańska demokracja polega raczej na pogodzeniu się z tym, że obietnic przedwyborczych się nie spełnia albo spełnia tylko częściowo lub w innej formie, niż zapowiadano. Nikt nie rozlicza polityków z realizacji ich obietnic, poza stałą, ogólnikową, pozamerytoryczną krytyką ze strony opozycji. Elity w publicznym dyskursie po prostu nie podejmują takich tematów – zauważa specjalista z UW.
Uodporniliśmy się na polityków. Ich działania, zapowiedzi traktujemy jako zło konieczne. Nie mają dla nas większego znaczenia, dlatego nie wiążemy z nimi większej nadziei. – Oceniamy jakość polskiej polityki jako bardzo słabą, więc chcemy trzymać ją jak najdalej. Niech politycy robią, co chcą, byle dali nam żyć, pozwolili wyjeżdżać, prowadzić biznesy. Skoro są tak źli, nieudolni, a muszą istnieć, to niech przynajmniej nie wpływają zbytnio na nasze losy. Niech się żrą między sobą, wcinają ośmiorniczki, ale niech ich decyzje nie zmieniają naszych planów – wyjaśnia prof. Ireneusz Białecki, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Społeczna postawa kontestowania polityki to efekt deficytu wiary w państwo. Socjolog z warszawskiej uczelni przypomina o historii, która wciąż nas uczy, że państwo to nie my.

Nie różnimy się od zachodnich społeczeństw, jeśli weźmiemy pod uwagę procesy podejmowania decyzji. Naszym problemem jest brak elit, które ukształtowałyby odpowiednie standardy. Nasze elity wolą hodować plemiona walczące ze sobą w imię idei niż uczyć podejmowania racjonalnych wyborów

– Kumulują się doświadczenia historyczne. Najpierw zabory, potem wojenna okupacja, komunizm, a teraz poczucie, że banki wszystko u nas wykupiły. Czujemy, że nie mamy własnego państwa. Że żyjemy pod rządami innych. Stąd powszechna postawa gapowicza, osoby, która korzysta z dóbr, ale nie uczestniczy w ich kontrybuowaniu. Chcemy spożywać dobra, ale nie ponosić żadnych tego kosztów – opisuje naukowiec z UW.
Profesor Ireneusz Białecki przytacza badanie European Social Survey, z którego wynika, że Polacy cenią porządek i własne bezpieczeństwo bardziej niż wolność – co więcej, ta postawa jest silniejsza niż np. u Niemców czy Szwajcarów, a nawet Rosjan. Zapewne dlatego, że porządku i prawa nam bardziej brakuje niż Niemcom i Szwajcarom.
„Polaków wyróżnia – nie tylko na tle starej Unii, ale także w porównaniu z młodymi Rosjanami i sąsiadami z Europy Środkowo-Wschodniej (Czechy, Słowacy, Słoweńcy, Węgrzy) – pewien konserwatyzm, objawiający się większym przywiązaniem do tradycji i deklarowanym szacunkiem dla przepisów prawa, a także, choć nieco słabiej – cenieniem silnej władzy i bezpieczeństwa. Z kolei wśród młodych Europejczyków ze starej Unii pojawia się wzór oparty na postulatach rozumienia innych i równości oraz dbania o środowisko” – napisał prof. Białecki w swoim artykule w książce „O społeczeństwie, prawie i obyczajach. Księga pamiątkowa ofiarowana profesorowi Jackowi Kurczewskiemu”.
Dlatego jesteśmy tak nieufni wobec obcych, wobec nieznanego. Ta nieufność objawia się czasem agresją, ale jesteśmy też coraz bardziej ruchliwi i otwarci w gotowości na zmiany, w przyswajaniu nowości.
Nie dać się wycyckać
– Otwartość i konserwatyzm to tylko pozorna sprzeczność. Z badań wynika, że Polacy uważają, iż choć są oczywiście trudności, to powodzi im się dobrze. Statystyki to potwierdzają, wystarczy spojrzeć, ile rodzin ma samochód, telewizor, pralkę, to się z roku na rok poprawia. Mamy ambicję gonienia Zachodu, osiągnięcia tamtejszych standardów, i mamy podstawy, by tak robić. Jesteśmy dobrze wykształceni, powyżej średniej europejskiej, nasza młodzież w testach PISA wypada lepiej od swoich rówieśników z Zachodu. Z kolei doświadczenia historyczne, wynikający z nich deficyt wiary w państwo i prawo, a zarazem przywiązanie do tradycji i rodziny podsycają nieufność – zakładamy, że obcy może nas oszukać, więc na wszelki wypadek staramy się – mówiąc kolokwialnie – nie dać wycyckać – komentuje naukowiec z warszawskiej uczelni.
Takie postawy przekładają się także na nasz stosunek do polityków – kontynuuje ekspert – ponieważ najważniejsze jest nasze własne bezpieczeństwo, najbliższe otoczenie, wolimy mieć do czynienia z politykami przewidywalnymi, którzy są może i niewiarygodni, do których nie mamy ani krzty zaufania, jednak dobrze ich znamy i wiemy, czego można się po nich spodziewać.
– Oferta ostatnich wyborów nie dawała szansy na prawdziwą zmianę. Dla tych, którzy jej oczekiwali, był np. Kukiz, ale on zaproponował jedynie totalną negację tego, co jest, i wielką nieodpowiedzialność. Propozycja JOW-ów mająca eliminować elity polityczne w gruncie rzeczy utrwala ich dominację. Część wyborców pewnie wolałaby nawet Millera, bo w swojej niewiarygodności był bardziej przewidywalny, a więc i bardziej wiarygodny od Kukiza. Przynajmniej wiadomo o nim, że jest pronatowski, proeuropejski, podobnie jak wiadomo takie rzeczy o kandydatach PO. Z kolei PiS startował właśnie pod hasłem zmiany, „dobrej zmiany”. Pokazał kilka nowych twarzy, Dudę, Szydło, ale i zapowiedział konkrety, np. rozdanie po 500 zł za dziecko. Zagłosowaliśmy więc na ten stary-nowy garnitur, bo uznaliśmy, że przynajmniej nie będzie wielkich rozczarowań. Bo wprawdzie chcielibyśmy zmiany, ale nie takiej, która zagrozi naszemu bezpieczeństwu i dobrobytowi – podsumowuje prof. Ireneusz Białecki. I jeszcze jedno – dodaje naukowiec – w czasach zmiennych i niepewnych, kiedy wielu, zwłaszcza starszych, ma uczucie, że ciągle ktoś im wyciąga spod nóg dywan, na którym stoją – PiS zaoferował swoim wyborcom wspólnotowość.
– Stajemy się coraz większymi indywidualistami, przez rynek, przez media. Żyjemy coraz bardziej oddzielnie i wedle własnych reguł. Im bardziej jesteśmy zindywidualizowani, tym bardziej pociąga nas wspólnota wartości religijnych i narodowych. Im mniej pewni jesteśmy własnej wartości, tym bardziej zależy nam na godności wspólnoty, której czujemy się częścią. To jest dla nas ważniejsze niż niepewność rewolucji – kończy ekspert Uniwersytetu Warszawskiego.