Rozumiemy dramatyczny problem imigracji, chociaż nie wiem, czy rozumiemy go już w Polsce. Ale warto zdać sobie sprawę, że Zachód przez ostatnie sto lat zrobił, co mógł, żeby sobie ten sznur założyć na szyję.
Zacznijmy do Wersalu. Sprawa Bliskiego Wschodu została tam rozstrzygnięta na chybcika i bez zastanowienia. A przecież już po deklaracji Balfoura wielki uczony i umiarkowany syjonista Chaim Weizmann w 1917 r. pojechał na tereny obecnego Izraela. Weizmann znakomicie dogadywał się z księciem Faisalem i wspólnie napisali deklarację przyjaźni izraelsko-arabskiej. Mężowie stanu w Wersalu to zlekceważyli, a mądrego Faisala, żeby mu dać jakąś posadę, zrobili królem Syrii, czyli kraju niearabskiego. Tak zmarnowali wielką historyczną szansę.
Potem było tylko gorzej. Niechęć do osadników żydowskich. Nadzieja Anglików na utrzymanie protektoratu nad Palestyną. Kolejne manipulacje Europy i Stanów Zjednoczonych z szachem, nonsensowna wojna przeciwko Irakowi, bezpodstawny entuzjazm w okresie rzekomej „wiosny arabskiej”. Wreszcie wycofanie się i zostawienie skrajnego bałaganu, który – zdaniem obserwatorów – bywa gorszy niż rządy okrutnych despotów (Kaddafi).