Na dwa miesiące przed wyborami we Francji Francois Hollande utrzymuje przewagę w sondażach nad Nicolasem Sarkozym. Najbliższe dni pokażą, czy Francuzi wierzą prezydentowi, gdy twierdzi, że uchronił kraj przed gospodarczą ruiną i tylko on jest gwarantem reform.

We współczesnej francuskiej polityce nie zdarzyło się, aby kandydat był w sondażach tak daleko w tyle jak Sarkozy, po czym zwyciężył - twierdzi BBC.

W sondażach dotyczących ewentualnej drugiej tury wyborów 6 maja, w której zapewne Sarkozy zmierzy się z Hollande'em, obecny prezydent pozostaje ok. 12 punktów procentowych za swoim socjalistycznym rywalem. Sarkozy z centroprawicowej Unii na Rzecz Ruchu Ludowego (UMP) boryka się ponadto z wysokim wskaźnikiem dezaprobaty - na poziomie 67-68 proc.

"(Prezydent) jest oczywiście wprawiony w kampaniach, ale przy tak wielkiej różnicy uratowałoby go jedynie, gdyby stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego" - ocenia redaktor naczelny tygodnika "L'Express" Christophe Barbier.

"Kapitan statku podczas burzy"

W walce o reelekcję Sarkozy próbuje przekonać do siebie wyborców, argumentując, że jest jak "kapitan statku podczas burzy" i wie, w jaki sposób poprowadzić kraj przez następne pięć lat. Tłumaczył, że przemawia za nim m.in. wzrost gospodarczy, który odnotowała Francja w ostatnim kwartale 2011 roku, a który był wyższy niż w pozostałych głównych europejskich gospodarkach.

Kiedy w połowie lutego Sarkozy ogłosił wreszcie oficjalnie, że będzie się ubiegał o drugą kadencję, mówił, że decyzję podjął w obliczu "trwającej od trzech lat serii bezprecedensowych kryzysów" w Europie i na świecie, wobec których nieubieganie się o mandat oznaczałoby "porzucenie własnych zobowiązań".

W czasie pierwszego wielkiego wiecu w Marsylii w niedzielę Sarkozy przekonywał tysiące zebranych, że dzięki jego polityce, Francji "udało się uniknąć katastrofy". "Francja nie została zmieciona przez kryzys zaufania, który spustoszył tak wiele krajów. Nie byliśmy świadkami aktów rozpaczy i przemocy, które nie oszczędziły krajów w pobliżu naszych granic" - mówił do wiwatujących zwolenników.

Jednocześnie prezydent bronił niepopularnych decyzji centroprawicy o podniesieniu wieku emerytalnego i uelastycznieniu przepisów o 35-godzinnym tygodniu pracy. Program Hollande'a przewiduje natomiast podniesienie podatków dla najbogatszych, dzięki czemu dofinansowane zostałyby edukacja, badania i tworzenie miejsc pracy w sektorze publicznym.

Dwulicowy Hollande

W czasie marsylskiego wiecu Sarkozy ponownie zarzucił swemu konkurentowi dwulicowość w sprawach gospodarczych. Oświadczył, że w Londynie przybiera on liberalny ton Margaret Thatcher, a zwracając się do Francuzów jest jak socjalistyczny prezydent Francois Mitterrand. To przytyk do niedawnego wywiadu Hollande'a dla brytyjskiego dziannika "Guardiana", w którym kandydat socjalistów zapewniał, że jego zwycięstwo nie zagraża wolnemu rynkowi; tymczasem wcześniej we Francji deklarował, że pozbawiony kontroli "świat finansów" jest jego największym wrogiem. Hollande powtórzył to również w wywiadzie zaraz po wiecu prezydenta.

Komentatorzy zauważają, że choć Sarkozy za swoją najskuteczniejszą broń w walce z Hollande'em uważa doświadczenie w kierowaniu krajem w czasach kryzysu, to socjalista potrafi ten atut przekuć w najsłabszy punkt swego rywala. "Przez pięć lat popełniał błędy, a teraz nazywa to doświadczeniem" - mówił Hollande o rywalu na wiecu w swym rodzinnym Rouen.

Poza tym, jak komentuje BBC, obecnie największy problem Sarkozy'ego to wcale nie polityka, a kwestia osobowości, ponieważ "Francuzi zwyczajnie go nie lubią" i nie akceptują jego hiperaktywnego stylu. Sam Hollande przyznaje, że na jego spotkaniach wyborczych nie brakuje ludzi, którzy nie kryją, iż popierają socjalistę, bo chcą się pozbyć Sarkozy'ego.

"Francois wydaje się osobowością jednoczącą"

Francuskie media komentują, że Hollande swoją kampanię buduje na opozycji wobec Sarkozy'ego i kreuje się na tego, który będzie jednoczył, a "nie dzielił i prowadził do rozłamów", co - według niego - czyni obecny szef państwa.

Jak odnotowuje "Le Monde", socjaliści upatrują szansę Hollande'a w tym, że na początku kampanii Sarkozy wyraźnie zajmuje coraz bardziej prawicowe pozycje. Chodzi o jego niedawne zaskakujące zapowiedzi referendów na temat ograniczenia nielegalnej imigracji i systemu zasiłków dla bezrobotnych.

"Jako kandydat, prezydent zaostrza ton. W porównaniu z nim Francois wydaje się osobowością jednoczącą, co czyni go bardziej prezydenckim" - uważa socjalistyczny deputowany Jean-Christophe Cambadelis. Przypomina, że dla udanych kampanii z przeszłości typowe było zapędzanie rywala "do narożnika" przez przedstawianie go jako kandydata elit.

Plany referendów wytknęła Sarkozy'emu także kandydatka skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, Marine Le Pen, która oświadczyła, że "prezydent bogatych" chce stać się "prezydentem ludu dzięki referendom, którymi zawsze pogardzał". Marine Le Pen, która w ubiegłym roku zastąpiła na czele Frontu swego ojca, plasuje się w sondażach na trzecim miejscu. W jednym ze styczniowych badań brakowało jej zaledwie kilku punktów do Sarkozy'ego, ale ostatnio ponownie straciła.

Centrowy kandydat Francois Bayrou liczy na powtórkę dobrego wyniku z wyborów w 2007 roku, kiedy w pierwszej turze uzyskał około 18 proc. głosów.

Dla głównych aktorów tej kampanii, czyli Sarkozy'ego i Hollande'a, nawet metraż i położenie siedziby sztabu wyborczego konkurenta mogą być powodem do uszczypliwości. Prezydent zarzucił bowiem swemu adwersarzowi, że wybrał dla siebie większy i bardziej prestiżowy lokal, co jest typowe dla tych polityków, którzy chcą odizolować się we własnym biurze - informowały w weekend agencje.