Jeśli w czasie przyszłorocznej prezydencji uda nam się uczynić ze Wschodu priorytet, pokażemy, że jesteśmy skuteczni, wzmocnimy prestiż Polski. Sprzyjają nam i okoliczności, i rozkład sił w Unii.
W połowie 2011 r. Polska obejmuje prezydencję w UE; przygotowania będą nas kosztować 500 mln. zł. Szkoda, gdyby przyczyniły się one jedynie do poprawy naszego samopoczucia, że potrafimy zorganizować tak ważkie przedsięwzięcie. Lepiej, by posłużyły naszym interesom.
Po przyjęciu traktatu lizbońskiego prezydencja straciła urok. Doszła jej konkurencja, prezydent i minister spraw zagranicznych Wspólnoty. Obaj odbierają jej kompetencje w zwoływaniu i inicjowaniu prac Rady UE oraz reprezentowaniu Wspólnoty na zewnątrz. Nie oznacza to jednak, że Polska nie będzie miała nic do powiedzenia. Kryzys finansowy pokazał, jak ważne są inicjatywy nieujęte w traktatach. Na przykład uzgodnienia francusko-niemieckie, które UE pokornie parafuje. Prezydencja pozwala inicjować nieformalne rokowania. Jej ramy traktatowe są węższe niż rzeczywiste możliwości. Tym bardziej że litera Lizbony weszła w życie, ale jego duch – nie. Zarówno prezydent, jak i minister spraw zagranicznych UE to bardziej wydmuszki niż realni gracze. Nie inaczej będzie w przyszłym roku.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.