W czerwcu Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie odesłał prokuratorom akt oskarżenia. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Poznaniu ma zdobyć m.in. nasłuchy radiowe amerykańskiego wywiadu z dnia tragedii, protokoły pierwszych przesłuchań po niej, dokumentację medyczną pomocy udzielonej ofiarom ostrzału, przesłuchanie amerykańskich lekarzy udzielających pierwszej pomocy, uzyskanie opinii biegłych kartografów co do dokładnego usytuowania moździerza, z którego pociski spa dły na wioskę. Jak dowiedział się „DGP”, wojskowi prokuratorzy poszukują też amerykańskiego meldunku, który trafił do płk. Martina Schweitzera, dowódcy 4. grupy bojowej w Afganistanie. Schweitzer bronił polskich żołnierzy, tłumacząc, że meldunki i obserwacja satelitarna wskazywały na dużą aktywność talibów w okolicy Nangar Khel. I że podobne incydenty często zdarzają się w amerykańskiej armii. W czasie wojny w Afganistanie wielokrotnie doszło do zabicia cywili w niejasnych okolicznościach.

Jednym z przykładów jest atak amerykańskiego lotnictwa na dwa zbiorniki paliwa pod Kunduzem w zeszłym roku. Amerykanie podjęli akcję na prośbę niemieckich żołnierzy. Dostali polecenie celowania w ludzi. Zależnie od szacunków w operacji zginęło od 17 do 142 cywili. Akcja doprowadziła do skandalu w Niemczech, jednak amerykańscy piloci nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności.

– Niektóre czynności zlecone przez sąd już wykonaliśmy. Pomaga nam polski prokurator przy kontyngencie w Afganistanie – powiedział „DGP” płk Jakub Mytych z wojskowej prokuratury w Poznaniu. Jego zdaniem sąd mógł sam przeprowadzić te dowody w trakcie procesu żołnierzy oskarżonych o zbrodnię wojenną. – Kodeks postępowania karnego przewiduje taką możliwość. Sąd mógł np. wyznaczyć innego sędziego, który by przeprowadził brakujące dowody – tłumaczy płk Mytych.

Co się stanie, jeżeli prokuratura nie zdąży do 3 września? – Sąd może rozpatrzyć sprawę na korzyść oskarżonych – przyznaje wojskowy prokurator. Czy w takim razie oskarżyciele wygrają wyścig z czasem? – To okaże się we wrześniu.

ROZMOWA

generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych

JAROSŁAW OLECHOWSKI:

Prokuratura wojskowa ma problemy z uzupełnieniem materiałów sprawy Nangar Khel, dotyczącej siedmiu żołnierzy oskarżonych o popełnienie trzy lata temu zbrodni wojennej w Afganistanie. Postawienie żołnierzom zarzutów było błędem?

GEN. WALDEMAR SKRZYPCZAK:

Ogromnym. Po trzech latach postępowania okazuje się, że dowody zebrane w śledztwie są bardzo słabe. Ten proces powinien się skończyć jak najszybciej. Żołnierzom wyrządzono wielką krzywdę, należą im się przeprosiny.

Od kogo?

Od polityków, którzy tę sprawę rozkręcili. Winni są także nieudolni oficerowie Służby Kontrwywiadu Wojskowego, którą stworzył Antoni Macierewicz. Szukali taniej sensacji, a jak ją znaleźli, rozdmuchali do niewyobrażalnych rozmiarów. Armię rzucono na kolana i ktoś musi za to ponieść odpowiedzialność. Nie rozumiem, jak można niszczyć własne wojsko, przecież to zbrodnia.

A może zdrada?

Ja bym tego tak mocno nie nazywał, ale łby bym im poucinał.

Zamieszanie z Nanghar Khel wpłynęło na morale polskich żołnierzy?

Wielu z nich straciło wiarę, że w Polsce istnieje sprawiedliwość. Poczuli się jak wyjęci spod prawa. Dlatego tak ważne jest, by przywrócić cześć i honor tym sponiewieranym i zlinczowanym publiczne przed telewizyjnymi kamerami. Dla żołnierzy i ich rodzin to wielkie piętno, z którym będą musieli żyć do końca swoich dni.