"Powinno być międzynarodowe dochodzenie w tej sprawie. Izrael czuje się bezkarny, bo międzynarodowa wspólnota nie przestrzega praw. (...) Polska też jest winna, bo musi czynić więcej. Samo potępianie Izraela nie wystarczy. To nie jest tylko sprawa Izraela, ale sprawa międzynarodowa i polski rząd ma tu do odegrania rolę" - mówiła, zaznaczając, że w sprawie wszczęcia międzynarodowego dochodzenia w tej sprawie konsultuje się z prawnikami.

31 maja izraelska marynarka wojenna zaatakowała konwój sześciu statków z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy. W operacji zginęło dziewięciu propalestyńskich aktywistów, a około 20 zostało rannych. Operacja wywołała fale oburzenia i protestów na całym świecie.

Ewa Jasiewicz - Angielka polskiego pochodzenia, dziennikarka i działaczka na rzecz obrony praw człowieka - przyleciała w poniedziałek do Polski. Na lotnisku Jasiewicz witało kilku przedstawicieli Polsko-Palestyńskiej Kampanii Solidarności z Palestyną. Grupa polskich i palestyńskich aktywistów z palestyńskimi flagami i kwiatami dziękowała Jasiewicz za to, co robi. "Nie ma, za co dziękować. Być tam to mój obowiązek" - mówiła.

Jasiewicz 31 maja znajdowała się na statku Challenger 1, który płynął we Flotylii Wolności pod banderą Stanów Zjednoczonych. W poniedziałek opowiadała dziennikarzom o tym, co stało się tego dnia. "Kiedy izraelska marynarka zaczęły się z nami wtedy (31 maja - PAP) komunikować, próbowaliśmy im tłumaczyć, że jesteśmy bezbronnymi cywilami, że niesiemy tylko pomoc humanitarną, że płyniemy do Gazy, że to jest nasz ostatni port. Oni zażądali, byśmy się zatrzymali" - wspominała dzień ataku na konwój humanitarny.

"Widziałam jak małe jednostki izraelskie dotarły do statku Mavi Marmara. Komandosi próbowali atakować statek i na niego wejść. Ludzie na statku zaczęli stawiać opór, zgodny z prawem obowiązującym na morzu, gdzie można strzelać strumieniami wody. Dlatego lali wodę na izraelskich żołnierzy i wyrzucili na nich śmieci" - opowiadała. W odpowiedzi na to - mówiła Jasiewicz - izraelscy żołnierze zaczęli strzelać do statków plastikowymi kulami. "Były też bomby dymne" - powiedziała.

"Nie mogliśmy im pomóc - to jest duży statek, my byliśmy na małym, mającym 16 osób na pokładzie. (...) Widziałam helikopter nad Mavi Marmarą (...) Słyszeliśmy odgłosy prawdziwych pocisków - znam ten dźwięk - choć nie widzieliśmy na własne oczy jak zabijali. Kiedy zaatakowali nasz statek, (...) moja koleżanka dostała plastikową kulą strzał prosto w twarz, była zakrwawiona i próbowałam jej pomóc. Komandos mówił mi okropne rzeczy (...), np. o gwałcie i +że ja ciebie zabiję+ (...)" - opowiadała. "Kopali nas, bili. Komandos nadepnął mi na twarz" - mówiła.

Ze statku na ląd Jasiewicz została wyniesiona przez izraelskie wojsko. "Na lądzie grozili nam paralizatorami. Byłam wyniesiona, bo odmówiłam zrobienia kroku na izraelskiej ziemi. Nigdy nie chciałam jechać do Izraela, jechałam z misją do Gazy, a oni nas porwali. Żołnierze izraelscy i tłumy umundurowanych ludzi nas otoczyły. Szydzono z nas. Przez cały czas w więzieniu byliśmy filmowani telefonami komórkowymi, kamerami. Prowokowali nas, zastraszali, poniżali. Zabrali nam dokumenty, telefony, laptopy, paszporty, długopisy, notesy. Nic nie zostało" - opowiadała.

Ewa Jasiewicz urodziła się w 1978 roku w Londynie w rodzinie polskich emigrantów. Pracowała m.in. w Iraku i Palestynie. Ukończyła antropologię w Goldsmiths College, ale zajmuje się działalnością społeczną i dziennikarstwem jako wolny strzelec. Była jedną z nielicznych zachodnich dziennikarek obecnych w Strefie Gazy podczas izraelskiego ataku. Jej reportaże z Iraku i Palestyny ukazywały się m.in. w "Guardianie", "Daily Telegraph", "The Independent" i "Le Monde Diplomatique".