Posłowie opozycji biją na alarm, że polska policja bije ludzi na wzór białoruski, zaś odchodzący rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar zarządza badanie postępowania ludzi w mundurach. Wszystko w następstwie zajść, do jakich doszło w zeszły piątek na ulicach Warszawy.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Czy mieliśmy do czynienia z pacyfikacją pokojowej manifestacji? Nagrania temu przeczą – próbowano zablokować policyjne auto. Demonstranci usiłowali się też wdrapać na posąg Jezusa przed bazyliką Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Ta historia ma wcześniejsze odsłony: jest nią „przyozdobienie” tegoż posągu tęczową flagą. Co więcej, aresztowanie Michała Sz., czyli Margot Sz., dotyczyło dokonanego przez nią napadu – na furgonetkę ruchu pro-life, ale i na człowieka. A jednak komisarz praw człowieka Rady Europy śle protesty, z których wynika, że aresztowanie „Margot” to represja za wieszanie flagi.

Rewolucja nie dla cioć

Reklama
Ewidentnie mamy do czynienia z nową taktyką ludzi, którzy występują w imieniu środowiska LGBT. Internet pełen jest potwierdzających tę tezę manifestów.
Oto klasycznie goszystowski tekst Tomasza Kozaka: „Do tej pory ruch LGBT działał w trybie raczej konserwatywnym: dominowała taktyka stopniowego osiągania celów (najpierw związki partnerskie, potem małżeństwa) w drodze negocjacji z większością społeczeństwa. Marsze Równości były pacyfistyczne i retorycznie polubowne. Akcje „Margot” i „Łani” to zmieniły. Atak na furgonetkę (uprawniony!), oflagowanie Chrystusa (zasadne!) ‒ plus retoryka auto-opisu (zrywająca z doloryzmem, z poetyką samo-wiktymizacji, z eksponowaniem własnych ran; kipiąca za to autoironią, zaczepnością, bojowo-ludycznymi wulgaryzmami) ‒ to wszystko stanowi jakościową zmianę. Jest to zmiana rewolucyjna. Na szczęście, bo Polsce potrzeba kulturowej rewolucji, która zasadniczo zrewiduje dominującą, dysfunkcyjną, miejscami psychopatyczną hierarchię społeczną. Tej zmiany nie zrobią grzeczne ciocie. Tu potrzeba młodego, bezkompromisowego «pedalstwa»”. Sama „Margot” pozostawiła w sieci zapowiedzi „działania dużą bandą”. Już po aresztowaniu pojawiła się jej deklaracja, że „kiedy wyjdzie za dwa miesiące, to nie chciałaby zobaczyć Polski takiej, jaką jest teraz, tylko troszkę inną, troszkę bardziej naszą i troszkę bardziej rozjebane państwo prawa”.
Media sprzyjające temu środowisku pomijały passus o państwie. Pomijały, bo taka jest linia liberalnej opozycji. Do starych twierdzeń, utożsamiających każdy sprzeciw wobec prawnych żądań tych środowisk z „homofobią” i do bardziej usprawiedliwionych żali o podporządkowaną tej tematyce kampanię prezydencką, doszedł nowy ton. Ale opowieściom o „uzasadnionym gniewie”, o „młodym wieku” nie towarzyszy próba zmierzenia się z metodami protestu.
Dopiero co liberalna strona uczyniła fetysz z państwa prawa. Ale w zderzeniu z „rewolucją” staje się on nagle niepotrzebnym meblem. Jan Lityński, były polityk Unii Wolności, ogłosił w „Gazecie Wyborczej”, że „protesty nie mają się podobać”. Kwestionuje też tezę, że sprawcy awantur „posuwają się za daleko”. Uzasadnieniem dodatkowym, w stylu „a u was biją Murzynów”, są bezkarne prawicowe ekscesy. Ale głównym – „historyczna racja”. „Wyborcza” obwołała zamieszki „polskim Stonewall”.
Dwuznaczność głównej postaci tego starcia była tak duża, że w pierwszych godzinach weekendu liczni liberalni internauci skłonni byli wierzyć, że „Margot” to prowokatorka kompromitująca ruch LGBT. Jednak w poniedziałek przeczytali wezwanie Seweryna Blumsztajna do wywieszania tęczowych flag „na znak solidarności z Margot i Jezusem Chrystusem”. Chuligan staje się ikoną dla statecznych mieszczan.
Co zabawne, aktywiści LGBT biorą, ale zgodnie z logiką rewolucyjnego żargonu niespecjalnie kwitują. W przywołanym tekście Tomasza Kozaka jest zachęta do przyjmowania pomocy „libków”, np. adwokackiej, ale i wyraz pogardy wobec nich. „Konserwatywny liberalizm ma masę grzechów i błędów na koncie, brud za paznokciami, klapki na oczach i woskowinę w uszach”.
Charakterystyczne jest dyscyplinowanie tych, którzy mają wątpliwości. Radosław Sikorski w telewizyjnym studiu po tradycyjnych uszczypliwościach wobec PiS przypomniał, że „Margot” to jednak przestępca. Natychmiast posypały się na niego w sieci epitety typu „homofob”. Z kolei Piotr Jedliński, prezes dopiero co uruchomionego Radia Nowy Świat, został zmuszony do dymisji tylko z powodu wątpliwości, jak nazywać w relacjach sprawcę całego zamieszania – „ona” czy „on”. A przecież „Margot” wygląda jak mężczyzna i w dokumentach jest mężczyzną. Powiało cenzurą na żądanie liberalnej publiczności.
Władysław Frasyniuk wyśmiał Rafała Trzaskowskiego: oto niedawno ten „esteta” nie był zachwycony tęczową flagą na Jezusie. Na barykadach nie da się mieć tak staroświeckiego zdania. Więc już za chwilę prezydent Warszawy atakował decyzję sądu, przedstawiając ją jako represję za to, że ktoś należy do ruchu LGBT.

Prawicowi podgrzewacze rewolucji?

Ta histeria powiązana ze zwieraniem szeregów jest samoistna. Nawet jeśli Roman Giertych sugeruje prowokację PiS, możliwe, że „rewolucja” musiała wybuchnąć. Andrzej Stankiewicz dowodzi w Onet.pl, że pomógł jej Zbigniew Ziobro. Bo w historiach związanych z przemocą z pobudek politycznych policja i prokuratura są wyjątkowo nierychliwe w posyłaniu do aresztu, a nawet w szukaniu winnych po drugiej stronie. Tu prokuratura tak długo nagabywała sąd, aż ten kazał zamknąć „Margot”. W interesie Ziobry jest podgrzanie wojny ideologicznej. Zabiegi podporządkowanej ministrowi prokuratury w momencie, kiedy temat LGBT stał się po kampanii nabrzmiały do bólu, mogły mieć intencję polityczną. Choć mogły też być wyrazem mechanicznej nadgorliwości. Ona pojawiała się już przy poprzedniej władzy (wojna z kibicami czy uczestnikami marszów niepodległości), a pod rządami PiS się nasila.
Odmienną od prokuratorskiej postawę zaleca konserwatysta Tomasz Terlikowski. Przypomina, że w świadomości Polaków zachodzą zmiany sprzyjające odchodzeniu od katolickich norm. W tej sytuacji lepiej być ostrożnym i nie kreować „ofiar” po stronie progresywnej.
Możliwe, że z dążeniem do queerowej rewolucji zbiegły się kalkulacje ministra sprawiedliwości, aby prawicowa publika pamiętała, że to on jest jedynym twardzielem. Dopiero co wrzucił temat wypowiedzenia konwencji stambulskiej – dokładnie w momencie, kiedy premier Mateusz Morawiecki negocjował w Brukseli unijne pieniądze.
Tyle że pojawia się pytanie, jak daleko powinna sięgać zalecana przez Terlikowskiego, i przeze mnie, powściągliwość w reakcjach. Bo „akcje bezpośrednie” ludzi LGBT mogą się nasilić. Pełno wezwań do nich w sieci. A co, jeśli kościoły zaczną być brudzone farbą, pomniki uszkadzane, ceremonie zakłócane? Czy katolicy powinni nadstawić drugi policzek, bo narodowcy atakowali parady równości? Wojna będzie wtedy eskalować już bez „zachęt” Ziobry.

Sędziowie bez ochrony

Są i pytania szczegółowe. Sędzia, który podjął feralną decyzję o aresztowaniu „Margot”, to Grzegorz Fidrysiak. Wcześniej skazał Jana Śpiewaka w jego sporze z prawniczką reprezentującą warszawskich reprywatyzatorów. To pozwala obrońcom rządu zapewniać, że to nie człowiek dobrej zmiany. Z kolei opozycja może się tu doszukiwać słabości charakteru. Kariery sędziów są dziś bardziej zależne od prawicy. Zaś Ziobro zmierza do kolejnej reformy, czytaj czystki w tym środowisku.
Możliwe, że obie strony mają rację. Kiedy ten sędzia mógł mieć własne zdanie, bliższy był liberalnemu establishmentowi. Wspomniana prawniczka to córka byłego ministra sprawiedliwości z rządu PO Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Teraz z kolei sędzia liczy się z kontekstem politycznym, bo musi.
Ale oto stowarzyszenie Iustitia, zrzeszające prawników nielubiących rządu, żąda ujawnienia uzasadnienia decyzji sędziego. To te środowiska traktowały sędziowskie decyzje jako dogmaty, wręcz nie do dyskusji. Teraz są one nagle podejrzane. Tym razem strona liberalna robi z sędziowskiej sali polityczną arenę.

Policja bez aureoli

A co z policją? Nie wojowała z aniołkami. Ale jej działania podlegają ocenie. Od wątpliwej decyzji, aby zgarniać „Margot” akurat podczas demonstracji, po złe traktowanie zatrzymanych na komendach, niedopuszczanie do nich adwokatów itd. Ludzie łamiący przepisy też mają swoje prawa.
A zarazem nie można opowiadać tej historii od końca, pomijając początek. Policjanci też są pod silną presją. Nawołując, aby nie czynić z nich głównego tematu, Szczepan Twardoch, oponent tego rządu, przywołał doświadczenia wcześniejsze:. „Na relacjach z koderskich demonstracji widziałem setki razy czołowych działaczy prowokujących werbalnie atakujących policjantów, niczym skandujący «chawudepe» kibole. Dla mnie wyglądało to jakby wprost marzyli o tym, żeby ich ktoś na cztery osiem zawinął, żeby jak za PRLu móc potem pokazywać, że «za wolność wybili». Takie prowokacje we wspomnianej Francji gwarantowałyby natychmiastowy i ciężki wpierdol, albo gumową kulę z granatnika LBD, po której każdemu odechciewa się jakichkolwiek dyskusji”. No właśnie, ta uwaga pisarza osłabia wagę analogii z Białorusią czy Rosją, których wygłaszanie stało się specjalnością opozycyjnych posłanek. Nie znaczy to, że nie ma problemu.
Po pierwsze, problem dyspozycyjności policji przy innych okazjach, co rzutuje na reputację mundurowych. W Krakowie na Mostowej powstał mural przedstawiający Jarosława Kaczyńskiego, bynajmniej nie napastliwy. Policjanci szybko się postarali, aby zniknął. A na sąsiednich kamienicach graffiti wciąż są. Po drugie średnia profesjonalność interwencji, owocująca wyrywkową brutalnością. To problem nie nowy. Tak pisze Krzysztof Nowiński, obrońca Jana Śpiewaka: „Czy ktoś słyszał o zatrzymaniu 748 osób 12 lat temu. Przy akompaniamencie stacji TV, która teraz staje po stronie demonstrantów zatrzymano prawie tysiąc niewinnych osób (ponad 200 nieletnich). Niewinnych, co potwierdziły Sądy. Te same sądy, które wypłaciły potem gigantyczne odszkodowania. O tej akcji było jeszcze głośno. A czy ktoś słyszał o zatrzymaniu 50 osób rok temu? W tym kilkunastu obcokrajowców. Też nie można było doliczyć się zatrzymanych, też była dezinformacja, też były kuriozalne pomyłki”.
Czy ludzie, którzy usprawiedliwiali antykibicowską akcję prowadzoną na polecenie platformerskiego rządu, są dziś wiarygodnymi krytykami obecnej brutalności? Kwestia jest do pewnego stopnia ponadpolityczna, ale warto obecnego rządu spytać, czy czegoś tu jeszcze nie pogorszył.

Społeczeństwo bez prywatności

Nie wiem, co jest celem eksplozji radykałów ruchu LGBT. Do wyborów trzy lata, a takimi metodami raczej się ich nie wygrywa. Pojawiły się słabe, zduszone autocenzurą narzekania liberałów, że przemoc aktywistów wspiera w kraju PiS. Może chodzić o zaszkodzenie rządowi w UE w kontekście praworządnościowych klauzul dodanych do unijnego budżetu. Ale i tu skutki są wątpliwe.
Możliwe, że chodzi o szokową terapię zmieniającą zwłaszcza umysły młodych. A może po prostu o emocje wylewające się z tych rewolucyjnych tekstów. I zresztą z poważniejszych deklaracji, choćby szanowanego filmoznawcy Michała Oleszczyka, który przy tej okazji spróbował objaśnić wrogiej publice, jak niemiło być w Polsce gejem.
Czy odpowiedzieć na te uczucia opowieścią o emocjach ludzi przywiązanych do tradycyjnego modelu społeczeństwa, a wpychanych hurtem do przegródki „faszysta”, w najlepszym razie „obskurant”? To jest skazane na niepowodzenie. Radykałowie w obliczu „rozstrzygającej bitwy” nie chcą słuchać. Można ich przestrzegać przed popadnięciem w przemoc i nihilizm związany z niszczeniem dawnej kultury i religii. Nie wróżę powodzenia.
Jarema Piekutowski, autor z Nowej Konfederacji, przypomniał o czymś jeszcze innym: „W ostatnich dniach słyszę co kawałek, jak moi znajomi są agresywnie rozliczani na przykład za to, że nie poszli na jakąś demonstrację danej grupy, albo nie wypowiedzieli się odpowiednio ostro przeciwko jakiemuś działaniu grupy przeciwnej. Widzę zarówno po stronie lewej jak i prawej «callouty», publiczne wyciąganie spraw prywatnych. (…) Obawiam się, że idziemy w stronę społeczeństwa, w którym nie będzie już prywatności, nie będzie już indywidualnych tożsamości, a ich miejsce zajmie tożsamość grupowa, uwarunkowana politycznie i cichcem wspierana biznesowo”.
No właśnie – i może to jest straszniejsze niż uliczne ekscesy.