Omar García Harfuch – szef policji stolicy Meksyku – ledwo uszedł z życiem z zamachu, który przeprowadził jeden z najpotężniejszych karteli narkotykowych w tym kraju.
Reklama
Miasto Meksyk było dotychczas uważane za miejsce, gdzie gangi narkotykowe działają dyskretnie i mają raczej słabą pozycję. Eksperci ostrzegają, że to się właśnie zmienia i latynoski kraj coraz bardziej przypomina Kolumbię lat 90.
Do zamachu na Omara Garcíę Harfucha – jedną z najważniejszych osób w służbach bezpieczeństwa Meksyku – doszło w ubiegły piątek w ekskluzywnej dzielnicy Lomas de Chapultepec. Dwie furgonetki zablokowały auto, którym poruszał się szef policji, na tłumnie odwiedzanej przez turystów alei Paseo de la Reforma. Około 20 osób otworzyło ogień do pojazdu. Zginęło dwóch ochroniarzy Harfucha i przypadkowa kobieta. Sam oficer dostał trzy rany postrzałowe.
„Dzisiejszego poranka zostaliśmy tchórzliwie zaatakowani przez CJNG (jeden z najpotężniejszych karteli narkotykowych Meksyku – red.). Dwóch moich towarzyszy i przyjaciół straciło życie. Nasz naród powinien dalej stawiać czoła przestępczości zorganizowanej. Będziemy nadal pracować” – napisał Harfuch na Twitterze ze szpitala. 19 zamachowców zostało wkrótce zatrzymanych, wśród nich José Armando Briseño, szef „sicarios” (zabójców) kartelu CJNG. Z dotychczasowych ustaleń śledczych wynika, że członkowie oddziału zabójców byli rekrutowani w różnych miejscach kraju.
Poszczególne komórki nie wiedziały o sobie, przebywały w oddzielnych lokalach operacyjnych utrzymywanych przez CJNG w mieście i dopiero w dniu ataku zostały połączone i dowiedziały się, kto jest celem. – Do niedawna zaprzeczano, jakoby w stolicy działały duże kartele narkotykowe. Okazuje się, że to nieprawda – komentował Erubiel Tirado, ekspert ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Iberoamerykańskiego w Meksyku. – To pokaz siły CJNG i dowód, że syndykaty zbrodni dynamicznie rozszerzają działalność również na tereny, które były dotychczas uważane za względnie bezpieczne – dodał.
Zdaniem analityków sytuacja Meksyku pod pewnymi względami zaczyna przypominać tę, którą znamy z Kolumbii z końcówki lat 90. ubiegłego wieku. Za prezydentury Andrésa Pastrany rząd centralny w pełni kontrolował właściwie tylko Bogotę. Na reszcie terytorium natomiast trwała wojna między komunistycznymi partyzantkami FARC i ELN, które czerpały środki na działalność z uprawy koki, a szwadronami śmierci AUC finansowanymi przez baronów narkotykowych. Przełom nastąpił w połowie lat 2000. za rządów prezydenta Álvara Uribego, którego ojciec został zamordowany przez FARC.
Konserwatywny polityk wspierany przez amerykańskich doradców wojskowych i komandosów postawił na fizyczną likwidację przywódców komunistycznych guerilli. Ukoronowaniem tej strategii była śmierć w 2008 r. założyciela i legendarnego komendanta FARC Manuela Marulandy. Taki scenariusz w przypadku Meksyku – przynajmniej na razie – jest mało prawdopodobny. Przede wszystkim były prezydent kraju Felipe Calderón już w 2006 r. wypowiedział trwającą po dziś dzień wojnę handlarzom narkotyków, angażując wojsko w operacje przeciwko grupom przestępczym. Kosztowała ona dotychczas życie ok. 300 tys. osób.
Kartele okazały się zbyt silne i zbyt blisko powiązane z władzą na poziomie lokalnym, żeby je pokonać. Niektórzy analitycy są wręcz zdania, że Meksyk nie może się już obejść bez funkcji, jakie gangi pełnią na poziomie gospodarczym i społecznym. Dlatego mimo aresztowań czy fizycznej likwidacji ich członków hydra bez trudu się odradza. Eksport narkotyków do USA przynosi handlarzom ok. 50 mld dol. rocznie. Dla porównania na sprzedaży ropy naftowej kraj zarobił w 2019 r. 19 mld dol.
Nie wszystkie zyski gangów idą na kolejne wille dla bossów i ich zastępców. Duża część jest prana w firmach prowadzących legalną działalność we wszystkich możliwych branżach: od hoteli przez banki po koncerny farmaceutyczne. Prawdopodobnie m.in. dlatego obecny prezydent Meksyku Andrés Manuel López Obrador zrezygnował z buńczucznych zapowiedzi zemsty i dorwania tych, którzy dokonali zamachu na szefa stołecznej policji. – Nie będziemy nikomu wypowiadać wojny, ale nie jesteśmy tchórzami i nie damy się zastraszyć. Będziemy działać i robić wszystko, żeby podobne zamachy się nie powtórzyły – oznajmił.