Nie wprost i bez wymieniania nazwisk TVP Info w obszernym materiale opublikowanym na swojej stronie internetowej skomentowało nasz tekst o umorzeniu przez mołdawskiego prokuratora generalnego sprawy przeciwko Ludmyle Kozłowskiej. „Broniące tradycyjnie Kozłowskiej niektóre polskie media zauważyły od razu decyzję Stoianoglo. Pojawiła się informacja, że Mołdawia wycofuje się z oskarżeń pod adresem Kozłowskiej.
Warto jednak zwrócić uwagę, o czym te media – sprzyjające Fundacji Otwarty Dialog, atakujące polskie władze i służby za stanowcze stanowisko wobec Kozłowskiej – nie piszą. Autorzy jednego z artykułów prasowych o Stoianoglo mówią: «prokurator z barwnym życiorysem». Ale w opisie jego przeszłości brakuje jednak pewnego istotnego wątku”. Później mamy wypisy z życiorysu prokuratora i uwagę, że na Facebooku posługuje się głównie rosyjskim. Przywołany jest fakt, że pochodzi z gagauskiego Komratu i to, że jako deputowany do mołdawskiego parlamentu wchodził w skład Zgromadzenia Międzyparlamentarnego WNP oraz kierował grupą przyjaźni między parlamentem Mołdawii i Dumą (dane te dostępne są za Wikipedią).
Już na tym etapie autor TVP Info nie był jednak w stanie powstrzymać się od manipulacji. W naszym tekście napisaliśmy wyraźnie o tym, że Stoianoglo starał się o stanowisko baszkana – flirtującej z Kremlem – Gagauzji, której stolicą jest wspomniany Komrat i wypowiadał się w sprawie zorientowanego na Rosję referendum z 2014 r. Pisaliśmy również, że stanowisko objął po upadku w Mołdawii prozachodniego rządu Mai Sandu i z poparciem prorosyjskiego prezydenta Igora Dodona. Trudno powiedzieć, czy to zła wola autora materiału w TVP Info czy też niechęć do przebrnięcia przez cały materiał opublikowany w DGP. Nie rozstrzygamy tego. Tak samo zresztą nie rozstrzygaliśmy intencji, które towarzyszyły Stoianoglo przy zamykaniu sprawy Kozłowskiej. Mołdawski prokurator nie jest ani niezależny, ani krystaliczny. Zresztą jak 99,9 proc. przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w byłych republikach radzieckich (poza krajami bałtyckimi). Kluczowe w tej sprawie jest zupełnie co innego. Po pierwsze Kozłowska została zdjęta z agendy w pakiecie ze śledztwem przeciw jednoznacznie popieranej przez UE i USA Mai Sandu, a nie przeciw rosyjskiej agenturze. A przy okazji wyszło na jaw, że zarówno przeciw szefowej Fundacji Otwarty Dialog, jak i byłej premier Sandu nawet ekipie związanej z oligarchą i byłym sutenerem Vladimirem Plahotniukiem przez wiele miesięcy nie udało się znaleźć żadnych materiałów kompromitujących. Plahotniuc miał przy tym przewagę nad Polską w ich zbieraniu. Nie tylko dlatego, że w całości kontrolował państwo, ale też za sprawą wieloletniej przyjaźni z rządzącym do ubiegłego roku Ukrainą Petrem Poroszenką. To paszport tego kraju ma Kozłowska, a przy tym nie była również jego wielką fanką. Wychowujący się w mołdawskich Benderach (dziś pod kontrolą separatystycznego Naddniestrza) Poroszenko zaczynał swój biznes od ścisłej współpracy z Plahotniukiem. Co szczegółowo na podstawie dokumentów i rozmów z informatorami wymienionymi z imienia i nazwiska opisaliśmy w reportażu „Kryształowy fortepian” (jego współautorem jest Michał Potocki). Przyjaźń ta trwa do dziś. To dzięki niej Plahotniukowi udało się sprowadzić z Ukrainy dysponującego podwójnym obywatelstwem (Mołdawii i Ukrainy) oraz zamieszanego w gigantyczny skandal z praniem pieniędzy Wiaczesława Płatona (w jego sprawie występowała zresztą Fundacja Otwarty Dialog). Skoro z nagięciem zwyczaju międzynarodowego Płaton trafił do mołdawskiego aresztu, równie łatwo władze w Kiszyniowie mogły zdobyć kompromat na Kozłowską. Problem w tym, że nie zdobył nic. Poza krążącymi w sieci fejkami takimi jak kopia jej „rosyjskiego” paszportu i sfabrykowane pismo z prokuratury ukraińskiej podpisane przez Witalija Kaśko (on sam w rozmowie z DGP zaprzeczył, by miał z nim cokolwiek wspólnego. Oba dokumenty publikujemy obok).