Gros amerykańskich pracowników, nawet tych z objawami choroby, dalej chodzi do pracy, bo w USA nie ma czegoś takiego jak płatne zwolnienie chorobowe ani na siebie, ani na członka rodziny.
Reklama
okładka 27 marca magazyn 2020 DGP / Dziennik Gazeta Prawna
No to już i w Denver mamy San Francisco – zadzwoniła znajoma. Był 23 marca. Burmistrz Denver Michael Hancock właśnie ogłosił, że w stolicy stanu Kolorado będzie przez co najmniej dwa tygodnie obowiązywać shelter in place, czyli zakaz opuszczania domu z wyjątkiem nagłej, uzasadnionej potrzeby. Pierwszym miejscem w USA, które wprowadziło takie ograniczenia, było San Francisco. Już 17 marca.
Znajoma chciała też wiedzieć, co z płucami mojej 15-letniej córki i czy w końcu zrobili jest test na COVID-19. Musiałam rozwiać jej nadzieję – lekarz rodzinny odwołał wizytę. Jeśli będzie gorzej, mamy jechać prosto do szpitala, on ma teraz czas tylko dla przypadków krytycznych. A szanse na diagnozę są nawet mniejsze niż tydzień temu. Teraz bada się tylko pracowników medycznych i osoby wymagające hospitalizacji. To informacja z przychodni.

Testy? Jakie testy?

Moja osobista historia związana z koronawirusem jak w pigułce pokazuje wszystko to, co poszło nie tak od samego początku walki z pandemią koronawirusa w Stanach Zjednoczonych. W połowie lutego wracałam do Ameryki z Europy, byłam na kilku lotniskach. Po powrocie czułam się osłabiona i rozbita, ale złożyłam to na karb jetlagu. Dwa tygodnie później moja córka miała już jednak komplet objawów, które mogły wskazywać na zakażenie koronawirusem, w tym niedającą się niczym zatrzymać biegunkę. Miała pecha. 2 marca w Kolorado oficjalnie nie było jeszcze żadnych chorych, pierwsze dwa przypadki ogłoszono trzy dni później. Choć Europa już od tygodni żyła pandemią, Ameryka wciąż nie. Trump dalej przekonywał Amerykanów, że świat zwariował, a w ogóle to nie żadna pandemia, tylko nikczemna zagrywka demokratów, którzy fabrykują kryzys, by osłabić jego pozycję przed wyborami. Chętnie przyrównywał też koronawirusa do grypy i twierdził, że najdalej w kwietniu „cały ten cyrk” zniknie jak każdy inny „sezonowy zarazek”.
W ciągu następnych 10 dni odwiedziłam z córką dzienne pogotowie Urgent Care trzy razy. Badania wykluczyły, że infekcja spowodowana jest jakimkolwiek znanym nam wirusem, w tym grypy i mononukleozy. O teście na koronawirusa nie było jednak mowy. Każde badanie wymagało autoryzacji federalnego Centrum Kontroli Chorób (CDC), które kierowało się absurdalnymi – co już dziś wiemy – kryteriami kwalifikowania pacjentów do testu. Przy drugiej wizycie zdesperowana lekarka aż czuła potrzebę, by się bronić. – Ode mnie nic nie zależy. Kryteriów do badania nie spełnił nawet pacjent, którego miałam tu kilka godzin temu: dość chory, z negatywnym wynikiem testu na grypę, a do tego właśnie wrócił z Korei Południowej. Możemy testować tylko osoby, które wróciły z Chin lub miał kontakt z chorym, u którego potwierdzono zakażenie.
Przy trzeciej wizycie lekarz w końcu zdecydował się pobrać wymazy i wysłać je do laboratorium. Po kilku godzinach zadzwonił, by powiedzieć, że zostały przez CDC odrzucone i zniszczone. Uzasadnienie: chora nie jest kandydatką do testu.

To my już to mamy?

Córka powoli zdrowieje. Ja z dnia na dzień nabieram coraz większej pewności, że jej choroba rzeczywiście była efektem zakażenia koronawirusem, nawet jeśli nie zakaziła się ode mnie. Gdy trzy tygodnie temu CDC w końcu zaczęło testować Amerykanów na skalę większą niż 2 tys. osób miesięcznie (bilans za luty), Kolorado natychniast znalazło się w czołówce stanów z największą liczbą zakażonych. Nie bez przyczyny: największe ogniska choroby ujawniły się w miejscowościach z ośrodkami narciarskimi. Amatorzy sportów zimowych zjeżdżający do nas co sezon z całego świata tłumnie oblegali przecież tutejsze stoki jeszcze 15 marca, kiedy gubernator Jared Polis wydał nakaz ich zamknięcia. Zanim sama zachorowała, córka opowiadała, że na niektórych lekcjach brakowało nawet połowy klasy. W czasie wywiadówek pod koniec lutego nauczyciele skarżyli się, że to najgorszy sezon grypowy, jaki pamiętają. W liceum córki uczy się ponad 2,5 tys. dzieciaków. Większość jeździ na nartach. Ile więc tak naprawdę było i jest wśród nas osób zakażonych? Jared Polis przyznaje, że najprawdopodobniej dziesiątki tysięcy. Dokładnych liczb raczej już nigdy nie poznamy, tym bardziej że problem z dostępem do adekwatnej liczby testów po tej stronie świata wciąż pozostaje nierozwiązany. Otwarty w Denver w połowie marca punkt pobierania wymazów w stylu drive-thru (bez wysiadania z samochodu) zamknął się już po kilku dniach, tak szybko skończył się przydział zestawów diagnostycznych od CDC, chociaż i tu pobierano próbki wyłącznie od chorych ze skierowaniem od lekarza.
Za niebywałych szczęściarzy mogą się uważać mieszkańcy hrabstwa San Miguel w zachodniej części Kolorado, ośmiotysięczna społeczność skupiona wokół znanego ośrodka narciarskiego Telluride. Pomieszkiwał tam swego czasu aktor Tom Cruise, a dzisiaj mieszkają prezesi firmy United Biomedical, która właśnie zaczęła produkować testy na koronawirusa. Każdy mieszkaniec hrabstwa zostanie przebadany na koszt firmy.
Innym niezawodnym sposobem na to, by załapać się na test, jest wyjazd za granicę. Przekonali się o tym Tom Hanks i jego żona Rita Wilson, których lekarz w Nowej Zelandii przetestował bez zwłoki, gdy tylko dopadła ich gorączka i suchy kaszel. Pozostałym z nas pozostaje frustracja. Zwłaszcza gdy dowiadują się, jak walka z pandemią wygląda w innych częściach świata. Pierwsze przypadki zakażenia w USA i w Korei Południowej okryto tego samego dnia, 20 stycznia. Oba kraje przetestowały do tej pory ok. 300 tys. osób. Tyle że w Korei oznacza to co siedemdziesiątego mieszkańca, a w Ameryce zaledwie co tysięcznego. 250 tys. testów wykonano tu dopiero w ostatnim tygodniu.
– Szczytowa fala zachorowań jeszcze do nas nie dotarła, spodziewamy się jej najdalej za dwa tygodnie. Mamy jeszcze dwa łóżka na intensywnej terapii i siedem wolnych respiratorów, ale zaczynają nam zwozić chorych z innych miast, gdzie już jest maksymalne obłożenie, więc ta sytuacja dynamicznie się zmienia. Już teraz brakuje nam maseczek i rękawiczek. Z przerażaniem obserwujemy, co dzieje się w Nowym Jorku, bo za chwilę to samo piekło rozpęta się i u nas. Czy będziemy zmuszeni wybierać, komu dać szansę na przeżycie, a komu nie? Nie chcę o tym myśleć – mówi dr Eric Hess, lekarz kliniczny w szpitalu Poudre Valley w Fort Collins w Kolorado.

Czy leci z nami pilot?

Już dzisiaj możemy z całą pewnością stwierdzić, że nawalił Biały Dom, podejmując decyzję, że USA nie będzie korzystać z zatwierdzonej przez WHO matrycy do produkcji testów opartej na sekwencji genomu COVID-19 dostarczonego przez Chiny. Podejrzliwa jak zawsze co do intencji Pelinu Ameryka miała stworzyć własne narzędzie diagnostyczne od podstaw.
Drugą brzemienną w skutki decyzją było przekazanie monopolu na wszystkie prace badawcze związane z koronawirusem federalnej CDC.
– Cała nasza gotowość do walki z pandemią została ograniczona do testu, który miało wyprodukować CDC – wyjaśnia Jeremy Konyndyk, ekspert z Centrum Rozwoju Globalnego i były dyrektor federalnego Biura Pomocy Kryzysowej dla Zagranicy w ramach USAID. – Gdy test okazał się wadliwy i potrzeba było dodatkowego czasu, by go naprawić, straciliśmy możliwość śledzenia dróg transmisji koronawirusa w USA na długie tygodnie. A to były tygodnie krytyczne – wskazuje Konyndyk.
Dlaczego po wpadce z testem CDC Biały Dom nie zwrócił się o pomoc do sektora prywatnego? Wiemy, że już 28 lutego 100 szefów prestiżowych laboratoriów z całego kraju zawiadomiło Kongres, że mają gotowe własne wersje testu i potrzebują tylko zielonego światła ze strony FDA, by włączyć je do obiegu. Za odpowiedź niech posłuży wypowiedź prezydenta z 6 marca. Trump szedł z wizytą do CDC, gdy dziennikarz zapytał go, co go skłoniło do wpuszczenia do portu w Kalifornii wycieczkowca „Grand Princess” z grupą pasażerów zakażonych koronawirusem. Trump oświadczył, że był tej decyzji przeciwny. – Wolałbym, by statystyki zostały takie, jakie są – wyjaśnił spontanicznie.

Ile za to leczenie?

Myli się jednak ten, kto pomyślał, że w obliczu pandemii największym wrogiem Amerykanów jest sam koronawirus i niepewność, czy w razie choroby nie znajdziemy się w grupie nieszczęśników wymagających podłączenia do respiratora. Tak myśli się w świecie, gdzie opieka medyczna jest powszechna i bezpłatna. Amerykanie za leczenie płacą duże pieniądze, więc dla wielu z nich dużo gorsza od choroby jest wizja hospitalizacji. Wyjaśniła mi to Shandy Hanlon, 45-letnia właścicielka firmy sprzątającej z miasteczka Wellington na północy Kolorado. – Nie mam ubezpieczenia zdrowotnego, bo mnie na to nie stać, a już czytałam, że pierwsi „wyleczeni” dostali ze szpitala rachunki na ponad 30 tys. dol. Dla mnie to będzie bankructwo, z którego nie podniosę się do końca życia.
W obawie przed kosztami Hanlon nie ma też zamiaru odwiedzać lekarza, nawet jeśli zachoruje i będzie miała podstawy podejrzewać, że to koronawirus. Nie może również obiecać, że gdyby choroba miała lekki przebieg, zastosowałaby się do zaleceń, by poddać się domowej kwarantannie. – Już i tak wykruszyła mi się część klientów. W tym kraju nikt mi nie zapłaci za moją stratę. Mogę za to wylecieć z mieszkania, jeśli nie zapłacę czynszu. Wybór jest oczywisty – mówi Hanlon.
10 lat po wprowadzeniu Obamacare i trzy lata od początków jej rozmontowywania przez prezydenta Trumpa liczba osób nieubezpieczonych w USA to ok. 27 mln. To wciąż nieporównywalnie mniej niż 46 mln przed rokiem 2010, ale należy wziąć pod uwagę, że rośnie grupa posiadaczy tzw. skąpych polis krótkoterminowych. To innowacja wprowadzona przez Trumpa jako sposób na oszczędności dla przedsiębiorców. Obamacare obliguje ich do opłacania pracownikom składek w ubezpieczalni, „skąpe” polisy są jednak o wiele tańsze, bo można je wykupić tylko na chwilę. No i przewidują refundację tylko najbardziej podstawowego leczenia. Pobyt w szpitalu lub na pogotowiu, przejazd karetką oraz leczenie specjalistyczne nie są finansowane.

Komu pomoże Trump?

Strach Amerykanów przed kosztami hospitalizacji jest tym większy, że dyskutowany w Kongresie kryzysowy pakiet stymulacyjny (opiewający w tym momencie na sumę 1,8 bln dol.) nie przewiduje żadnych ulg finansowych dla pacjentów leczonych w związku z powikłaniami po zakażeniu koronawirusem. Większość pieniędzy ma trafić do kieszeni pracodawców i do banków, by były w stanie udzielać intratnych pożyczek zrujnowanym przez pandemię biznesom. Za darmo ma być tylko sam test, zaś ewentualna jednorazowa zapomoga pieniężna w granicach 1,2 tys. dol. dla osoby dorosłej i 500 dol. dla dziecka – jak przewiduje obecny projekt ustawy – to kropla w morzu potrzeb. Prześwietlenie płuc mojej córki szpital wycenił na 350 dol.
W miniony weekend WHO uznało Nowy Jork za nowe światowe epicentrum zakażeń. 24 marca liczba Amerykanów, u których wykryto koronawirusa, przekraczała 52 tys. Przypomnijmy, że są to osoby w stanie poważnym i hospitalizowane, bo nikt inny nie ma szans na test. Tymczasem wciąż nie wiadomo, kiedy ustawa pomocowa wejdzie w życie, bo demokraci pod przywództwem Nancy Pelosi nie odpuszczają i wciąż walczą o wprowadzenie do niej kluczowych poprawek, w tym właśnie zwolnienia pacjentów z opłat za leczenie oraz rekompensaty za przynajmniej część zarobków dla osób, które przez pandemię straciły pracę. Tak, jak robi to wiele innych krajów na świecie, w tym Holandia, Dania i Singapur.

Co przyniesie przyszłość?

Trudno przewidzieć, jak pandemia zmieni Amerykę, choć adekwatnie do poziomu paniki rośnie odsetek przekonanych, że zmiany będą fundamentalne. Czy jest szansa, że po tylu nieudanych podchodach pandemia w końcu przywiedzie Amerykę do ustanowienia nowoczesnego, powszechnie dostępnego systemu opieki zdrowotnej dla wszystkich? Czy Bernie Sanders, nawet jeśli po raz kolejny fotel w Białym Domu przemknie mu koło nosa, ujrzy realizację swego najważniejszego postulatu? Robert Pollin, szef Instytutu Badań Ekonomii Politycznej przy Uniwersytecie Massachusetts, zgadza się, że pandemia może być kroplą, która przeleje czarę goryczy, bo w chwili zagrożenia status quo okazało się hamulcem, który uniemożliwił Ameryce efektywny wyścig z koronawirusem, powodując przy okazji dużo większy krach gospodarczy, niż to było konieczne.
– Wiemy, jak ważna dla powstrzymania pandemii jest izolacja osób chorych, tymczasem gros amerykańskich pracowników, nawet tych z objawami, dalej chodzi do pracy, bo nie mamy czegoś takiego jak płatne zwolnienie chorobowe ani na siebie, ani na członka rodziny. Ponad odpowiedzialność zbiorową rodzice przedkładają odpowiedzialność za nakarmienie swoich dzieci. Trudno to mówić, lecz wymiana obecnego systemu na model Medicare for All może zależeć od skali destrukcji, jaką pozostawi po sobie koronawirus – twierdzi profesor Pollin.
Późnym popołudniem CDC publikuje najnowsze statystyki na temat koronawirusa w USA. W Kolorado od wczoraj przybyło 200 nowych chorych, trzy kolejne osoby zmarły. Ze sklepów znikają kolejne towary, już nie tylko papier toaletowy i żele odkażające do rąk, lecz także puszki, mrożonki, ziemniaki i… filtry do odkurzaczy. Podobno to dobry materiał na maseczki własnej roboty. W moim mieście działa już kilka oficjalnych kół, których członkowie i członkinie szyją maseczki przekazywane następnie do szpitali i domów starców. Ale jesteśmy w Ameryce, więc z półek znika coś jeszcze: broń i amunicja. Stanowy wydział Biura Śledczego tylko w ubiegłym tygodniu otrzymał ponad 25 tys. wniosków o przeprowadzenie postępowiania sprawdzającego w celu wydania pozwoleń na sfinalizowanie zakupu broni. To 220-procentowy skok rok do roku. Niekwestionowanym liderem w kraju jest jednak stan Delaware, gdzie od początku marca sprzedaż broni podskoczyła o 4,5 tys. proc.! Co więc tak naprawdę mają na myśli Amerykanie, mówiąc o fundamentalnych zmianach, jakie przyniesie im popandemiczna przyszłość?
Kongres debatuje nad pakietem pomocowym. Zapomoga dla dorosłego chorego ma wynieść 1,2 tys. dol., dla dziecka 500 dol. Prześwietlenie płuc kosztuje ok. 350 dol.