Skoro PiS (a może tylko sama marszałek Elżbieta Witek, kierując się wcześniejszymi uzgodnieniami) zaryzykował odesłanie dymisji Marianowi Banasiowi, aby wymusić na nim wskazanie swojego polityka jako p.o. prezesa Najwyższej Izby Kontroli, widać jak na dłoni, o co toczy się gra. Przecież politykom obozu rządzącego naprawdę zależy, aby Banaś odszedł. Ale co najmniej równie mocno zależy im na przejęciu pełnej kontroli nad NIK. Do tego zmierzały ich ruchy w ostatnich tygodniach.
Stosunek obozu rządzącego do sprawy Banasia był sinusoidą. Najpierw lekceważenie pytań opozycji i wystawianie urzędnikowi – skąd inąd naprawdę zasłużonemu kiedyś człowiekowi – pozytywnych cenzurek. W takim samym stylu, w jakim ludzie ze zgoła innych środowisk bronili bohaterów głośnych afer. Potem w końcowej fazie kampanii wyborczej utwardzenie tonu, ale bez konkluzji („czekamy na raport CBA”). Następnie znowu złagodzenie opowieści o tej sprawie – dokładnie w momencie, kiedy Banaś decydował się na powołanie pisowskich wiceprezesów, bardziej partyjnych niż on sam: Tadeusza Dziuby i Marka Opioły. Wreszcie, kiedy już to uzyskano, wezwanie przez samego prezesa Kaczyńskiego do dymisji i głośne rozważanie „planu B”, który miałby umożliwić odklejenie niewygodnego prezesa od fotela.
Te kolejne zwody groziły wizerunkowymi stratami. Elektorat kompletnie się w tym chaosie sprzecznych komunikatów pogubił, widać to w sieci. Jedni nadal bronią Banasia, przedstawiając go jako ofiarę VAT-owskich mafii i niewiarygodnego TVN. Inni wskazują, że przecież PiS sam czyści swoje podwórko, ale muszą znosić kolejne zmiany stanowiska.