Czy Boris Johnson zdecyduje się na wcześniejsze wybory?
Reklama
Kolejne odsunięcie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to efekt wczorajszego posiedzenia Izby Gmin. Posłowie odrzucili na nim rządowy wniosek, aby parlament rozpatrzył niezbędną do rozwodu z Brukselą ustawę w ekspresowym tempie. I chociaż sama umowa z Unią cieszy się poparciem silnej większości w Westminsterze (329 „za” wobec 299 „przeciw”), to jednak parlamentarzystów oburzyło, że rząd chce jej przełożenie na język brytyjskiego prawa przepchnąć w tempie niesłychanym nawet dla znacznie prostszych ustaw.
Praktyczną konsekwencją tego stanu rzeczy jest to, że Brytyjczycy 1 listopada znów obudzą się w Unii Europejskiej. Nie ma bowiem wątpliwości, że liderzy unijnej „27” zgodzą się przedłużyć członkostwo Wielkiej Brytanii – pytanie tylko, o ile. W sobotę premier Boris Johnson zwrócił się o dodatkowe trzy miesiące, czyli do końca stycznia 2020 r. – tak jak wymagała tego od niego tzw. ustawa Benna. Szefowie rządów państw członkowskich mogą jednak uznać, że to za mało, albo przyznać przedłużenie warunkowe, takie jak w pierwszej połowie roku otrzymała premier May.
Najprostszym wariantem byłoby krótkie, techniczne przedłużenie, aby Brytyjczycy w spokoju mogli doprowadzić proces legislacyjny u siebie do końca. Jednak nawet jeśli dla umowy Johnsona jest większość w parlamencie, to podczas prac w komisji opozycja i posłowie niechętni rządowi mogą wnieść do niej poprawki. Na przykład taką, która nakaże rządowi zwrócić się do parlamentu z pytaniem o to, czy Izba życzy sobie przedłużyć okres przejściowy (to zapisany w porozumieniu wyjściowym okres trwający do końca 2020 r., kiedy Unia i Wielka Brytania zachowują się tak, jakby wszystko było po staremu).
Chodzi o to, żeby zminimalizować ryzyko, że wraz z początkiem 2021 r. wciąż nie będą uregulowane kwestie handlu, co tylko odłożyłoby twardy brexit w czasie. Zresztą ryzyko to potwierdził wczoraj Michel Barnier (po stronie unijnej stał na czele ekipy negocjującej porozumienie wyjściowe z Wielką Brytanią). Stwierdził, że rozmowy o przyszłej umowie o wolnym handlu z Brytyjczykami prawdopodobnie potrwają znacznie dłużej niż do końca 2020 r. Wczoraj Komisja Europejska poinformowała także, że na czele takich rozmów z Londynem również będzie stał Francuz.
Z punktu widzenia Johnsona problem polega na tym, że poprawki mogą jego umowę z Unią pociągnąć w bardziej lub mniej eurosceptyczną stronę. A to może zaważyć na wymowie całego porozumienia – i sprawić, że wcześniej popierający je posłowie zmienią zdanie. Na przykład, przyjęcie wspomnianej poprawki o przedłużeniu okresu przejściowego bardzo nie spodoba się chcącym jak najszybszego rozstania z Brukselą brexiterom. Czy wówczas podtrzymają swoje poparcie dla umowy rozwodowej premiera? Jeśli nie, cały proces wróci do punktu zero.
Możliwy jest również scenariusz, w którym Unia Europejska zaproponuje teraz premierowi przedłużenie, ale ten je odrzuci – zmuszając do przejęcia inicjatywy przez posłów. Byłaby to zagrywka z myślą o przyspieszonych wyborach i doskonale wpisywałaby się w narrację polityka, który chciał doprowadzić do brexitu – ale nie pozwolił mu na to „żałosny” parlament.
Prawda jest taka, że Wielka Brytania potrzebuje wyborów – w tej chwili konserwatyści pod wodzą Johnsona nie dysponują większością w Izbie Gmin. Zwołanie przyśpieszonej elekcji nie jest jednak takie łatwe i w najprostszym wariancie oznaczałoby samorozwiązanie Izby – do czego potrzebne są głosy opozycji. A ta może chcieć patrzeć na premiera, który wykrwawia się w niekończących się brexitowych sporach, tak jak jego poprzedniczka.