Nowy Sejm będzie najbardziej pluralistyczny od wprowadzenia progu wyborczego w 1993 r.
okładka Magazyn 18 października 2019 r / Dziennik Gazeta Prawna
Nie przepadamy za patosem, ale te wybory pokazują, że rzeczywiście stało się coś wielkiego, czego nikt się nie spodziewał. Coś, co umyka w bieżącej dyskusji – skupionej na tym, co się wydarzy w Senacie, czy na tym, ile mandatów dostaną poszczególne ugrupowania.
Polacy stali się narodem politycznym i to w kilku wymiarach jednocześnie. Do urn poszła kwalifikowana większość wyborców. Te trzy miliony osób więcej niż zwykle głosuje w wyborach parlamentarnych zrobiły nie tylko kolejny rekord frekwencji. To już duża różnica jakościowa.
Reklama
Polacy poszli masowo głosować, bo większość uwierzyła po minionej kadencji, że polityka jest sprawcza. To lekcja, którą odrobili nie tylko wyborcy PiS, lecz także opozycji. – Widać, że wybory są po coś. To nie jest tak, że głosujemy na SLD, a potem jest jak za AWS i wszystko idzie po staremu. Rozpoznajemy, że w polityce o coś chodzi, że rozstrzyga się ją w wyborach do Sejmu i że warto się w nią zaangażować. To nauczanie przez praktykę. Namawianie do głosowania nie polega na mówieniu ludziom „idźcie, bo to ważne”, ale na przekonaniu ich, że rzeczywiście mają wpływ. Czują to zarówno ci, którzy uważają, że rząd służy takim ludziom jak my, jak i ci, którzy uważają, że zagraża demokracji – zauważa politolog Jarosław Flis z UJ.

Reklama
Do tej pory częste były narzekania, że Polacy nie chcą chodzić na wybory i że w związku z tym władza, a przy tym opozycja, mają słaby mandat. Jeszcze przed niedzielnym głosowaniem w mediach społecznościowych masowo udostępniano rysunek, na którym wśród 10 osób symbolizujących 100 proc. Polaków mających prawo głosu, pięć było aktywnymi wyborcami, z dopiskiem „Jeśli nie chcesz, by tych trzech przegłosowało tych dwóch, by rządzić wszystkimi, idź na wybory”. Nie wiadomo, czy rysunek okazał się skuteczny, ale nie można już mówić, że werdykt zostały wydany przy niestawiennictwie połowy uprawnionych (choć tych nieobecnych przy urnach było 38 proc., czyli nadal sporo).
Kolejne zdziwienie dotyczy efektu wyborczego wzmożenia. Od lat 2005–2007 żyjemy w cieniu wojny polsko-polskiej oraz zmagań PiS i PO, dla których pozostali aktorzy sceny politycznej są statystami. Jednym z aksjomatów tego pojedynku było to, że wojna Tuska z Kaczyńskim, a potem Schetyny z Kaczyńskim nakręca polityczne emocje skupione wokół personaliów, co zwiększa temperaturę politycznego sporu i frekwencję wyborczą. Beneficjentami tego konfliktu są PiS i PO. Grzegorz Schetyna, wybierając polityczną drogę, liczył, że polaryzacja i związana z nią wyższa frekwencja strąci lewicę i PSL w okolice wyborczego progu. Z kolei PiS nawet w końcówce kampanii liczył, że większa frekwencja przełoży się dla niego na więcej mandatów.
Gdyby spojrzeć na wyniki obu partii, to scenariusz ten był bliski realizacji. 43,5 proc. poparcia PiS i 27,4 proc. PO to łącznie 70 proc. wyborców przy urnach. Na oba ugrupowania oddano w sumie o 10 proc. więcej głosów niż w wyborach w 2015 r. i w 2011 r., kiedy wspólnie uzyskały one poparcie przekraczające nieco 60 proc. Lepiej było tylko w roku 2007 r., w którym łączna liczba głosów oddana na PO-PiS wyniosła 73 proc.
Tyle że choć dwie największe partie zwiększyły swój stan posiadania, nie osiągnęły tego kosztem pozostałych. Wyższa frekwencja dała polityczny tlen także ugrupowaniom, które – jak się wcześniej wydawało – mogą mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego, czyli PSL i przede wszystkim Konfederacji. Władysław Kosiniak-Kamysz przy pomocy Pawła Kukiza wywalczył 1,5 mln głosów – to najlepszy wynik ludowców od 1993 r. Konfederację poparło z kolei 1,2 mln ludzi. To były wybory, w których głosy się nie marnowały. Dlatego ich wynik wydaje się taki zadziwiający.
Wyższa frekwencja dała bardziej reprezentatywny nowy Sejm. – Do tej pory jeśli pierwsza partia miała ponad 40 proc., to druga powinna mieć około 30 proc. Wtedy nie ma miejsca dla piątej partii. Anomalia polega na tym, że teraz pierwsza partia przekroczyła 40 proc., ale druga jest wyraźnie słabsza, co zrobiło miejsce dla piątej – wyjaśnia Jarosław Flis.
Ugrupowania, które nie dostały się do Sejmu, dostały niespełna 1 proc. głosów – to rekord w Polsce od momentu wprowadzenia progu wyborczego. Zwykle za parlamentarną burtą zostawał dwucyfrowy odsetek głosów. W 2015 r. było to ponad 16 proc., w 2005 r. – 10 proc., a w rekordowym 1993 r. – ponad 30 proc. Jak widać, efektem ostatnich wyborów jest nie tylko najwyższa frekwencja, lecz także najbardziej reprezentatywny Sejm. Choć mieliśmy pięć list wyborczych, w parlamencie znalazło się aż 14 ugrupowań. Na samej liście PiS schronienie znalazły trzy. Jeśli ten stan się utrzyma, będzie to znacząca jakościowa zmiana w polskiej polityce.
Proces, w którym rosnąca polaryzacja doprowadziła do wysokiej frekwencji, a ta – do niespotykanej od lat różnorodności na scenie politycznej – ma jeszcze jedną konsekwencję: brak wyraźnego, choćby nieformalnego lidera całej opozycji. Do niedawna sytuacja była dość klarowna. Po jednej stronie Jarosław Kaczyński, po drugiej – Grzegorz Schetyna, dążący (z różnym skutkiem) do jakiejś formy konsolidacji opozycji. Teraz, przy tak spluralizowanym Sejmie, o wizerunkowego przywódcę może być dużo trudniej. Gdyby wziąć pod uwagę tylko odsetek zdobytych głosów, to liderem opozycji w Sejmie powinna zostać Małgorzata Kidawa-Błońska, która zgarnęła aż 30 proc. poparcia w Warszawie (wskazało ją ponad 416 tys. osób), podczas gdy jej rywal Jarosław Kaczyński – 18 proc. (niespełna 249 tys. osób). Tyle że Kidawa-Błońska jest przymierzana na przyszłoroczne wybory prezydenckie. Jeśli wystartuje, nie będzie w stanie kontrolować tego, co dzieje się w klubie parlamentarnym czy generalnie w sejmowej mniejszości.
Grzegorz Schetyna ma słaby mandat do bycia faktycznym liderem obozu przeciwnego Zjednoczonej Prawicy. Mimo że wciąż jest szefem partii, która zdobyła kilkakrotnie więcej mandatów niż każdy z jej sojuszników. Brutalna prawda jest taka, że Schetyna przegrał kolejne wybory (także w wymiarze personalnym, bo we Wrocławiu bez większych problemów wyprzedziła go Mirosława Stachowiak-Różecka) i nikt w Platformie nie zamierza za niego umierać. Wręcz przeciwnie – coraz wyraźniej widać dążenie do złożenia go na politycznym ołtarzu. Kolejni działacze PO, których zagadujemy na korytarzach sejmowych, nawet już nie ściszają głosu, gdy jest okazja do skrytykowania szefa ich partii. Schetyna będzie więc teraz zajęty obroną własnej pozycji.
W tym tygodniu zarząd PO zdecydował o „czterech krokach” na najbliższą przyszłość. Pierwszy to wybór władz Senatu, który opozycji udało się przejąć rzutem na taśmę. Z doniesień sejmowych wiemy, że nie będzie to łatwy proces. Każda partia opozycyjna ma swoje ambicje i roszczenia względem pozostałych partnerów, co sprytnie próbuje eksploatować PiS. Drugi krok to wybór władz klubu Koalicji Obywatelskiej. Tu może dochodzić do krwawych starć, bo chętnych do przejęcia sterów jest już co najmniej trzech – są to Borys Budka, Bogdan Zdrojewski i Waldy Dzikowski. Który z nich potencjalnie najbardziej zagraża pozycji Grzegorza Schetyny? – Każdy, kto nie będzie z jego wskazania – mówi nam osoba zbliżona do kierownictwa Platformy. Trzeci krok PO to wyznaczenie kandydata na prezydenta. Dopiero czwarty krok przewiduje wybory nowych władz Platformy, w tym przewodniczącego. Taki harmonogram nie podoba się wielu działaczom PO, którzy uważają, że najpierw trzeba wyjaśnić sytuację personalną w partii (czytaj: odsunąć Grzegorza Schetynę, być może nawet przed upływem jego kadencji), a następnie zająć się wyłanianiem kandydata na prezydenta. Tak czy inaczej Platformę czeka kilka miesięcy zajmowania się głównie sobą.
Władysław Kosiniak-Kamysz, mimo niewątpliwego sukcesu, jakim okazały się dla niego wybory, nie może dyktować innym warunków, mając 20 posłów i trzech senatorów. W dodatku PSL pozycjonuje się teraz jako „racjonalne centrum”. To z jednej strony sugeruje ostateczne odcięcie się od „totalnej opozycji”, a z drugiej oznacza, że ludowcy – o ile nie zostaną sprowokowani – nie będą ostro atakować PiS w tej kadencji. To może co prawda sprzyjać poprawie jakości debaty parlamentarnej, ale już niekoniecznie budowaniu wyrazistości lidera PSL.
Zapewne spore ambicje do bycia głównym anty-PiS-em będzie mieć lewica, która po czterech latach życia na politycznym marginesie w dość spektakularny sposób wróciła do ław parlamentarnych (49 mandatów w Sejmie i dwa w Senacie). Ale ją również może dotknąć podobny problem co Platformę – czyli zajmowanie się sobą. Lewicę tworzą dziś trzy ugrupowania (SLD, Razem i Wiosna), nieoficjalnie mówi się o możliwości konsolidacji co najmniej dwóch z nich (SLD i Wiosny), połączonej z politycznym rebrandingiem (zmiana nazwy np. z SLD na Lewica). Może to być proces, w który lewica siłą rzeczy będzie musiała zainwestować sporo czasu i środków. Nie wiadomo też, co ostatecznie z tego tańca wyjdzie.
Podstawowe pytanie jednak brzmi, czy opozycja w ogóle potrzebuje jakiegoś, nawet nieformalnego, lidera w Sejmie? Można przecież przyjąć, że dotychczasowy, mniej spluralizowany model funkcjonowania, nie przyniósł sukcesu, bo w końcu to PiS dalej ma władzę, nawet jeśli przez kłopoty w Senacie jest ona nieco bardziej ograniczona niż w minionej kadencji. Wszystko zależy od zdolności koncyliacyjnych liderów poszczególnych ugrupowań. Pierwszym testem będzie wybór marszałka Senatu i jego zastępców. A już doszło do falstartu. Grzegorz Schetyna próbował autorytatywnie wystawić kandydaturę Bogdana Borusewicza, jednak inicjatywa ta została w ostatniej chwili storpedowana przez PSL i lewicę. To z jednej strony dowód, że partie opozycyjne będą nadal się zaskakiwać i robić wzajemne podchody, a z drugiej – sygnał, że w razie czego każdego stać na zrobienie taktycznego kroku w tył. Polityka to w pewnej mierze sztuka negocjacji i umiejętność wznoszenia się ponad resentymenty. Dajmy więc szansę temu różnorodnemu, najbardziej demokratycznie uformowanemu parlamentowi od lat.