Termin „lobby” budzi w Polsce negatywne skojarzenia. Szczególnie gdy mówimy o reprywatyzacji i roszczeniach społeczności żydowskiej. W USA zarówno sam temat, jak i metoda działania mają znaczenie neutralne. To po prostu próba realizowania interesów
DGP
W 2006 r. na łamach „London Review of Books” prof. John Mearshimer, politolog z Uniwersytetu Chicago, pisał: „W metodach działania lobby żydowskie niczym się nie różni od lobby rolniczego, stalowego, tekstylnego, związkowego czy reprezentującego interesy którejkolwiek etnicznej grupy. Nie ma w tym nic niewłaściwego, że amerykańscy Żydzi oraz ich chrześcijańscy sojusznicy chcą wpłynąć na politykę rządu USA. Lobbyści nie są spiskowcami jak z Protokołów Mędrców Syjonu. Robią dokładnie to samo, co ich odpowiednicy w innych sektorach. (…) Jeśli chodzi o wpływ na politykę na Bliskim Wschodzie, o sile lobby żydowskiego stanowi przede wszystkim słabość lobby arabskiego”.
Reklama
Początki procesu, który dziś możemy nazwać lobbingiem, datują się na połowę XIX w., kiedy społeczność żydowska złożona była z dwóch elementów: patrycjuszowskich rodzin wschodniego wybrzeża, którzy wywodzili się z pierwszej imigracji z XVII w. i byli mocno zasymilowani, oraz nowo przybyłych członków wspólnoty, głównie z Rosji i Austro-Węgier, żyjących z zachowaniem tradycji. Ich pierwsze sto lat w USA to przede wszystkim walka z wykluczeniem.
Pierwszym nieformalnym, ale wyrazistym liderem wspólnoty żydowskiej, który miał bezpośredni wpływ na rząd, był sędzia Sądu Najwyższego (od 1916 r.) Louis Brandeis, dziedzic przemysłowej plutokracji z Kentucky. Skończył Harvard z najlepszą średnią w historii uczelni. Pomimo jego elitarnego i na wskroś amerykańskiego zaplecza inny z sędziów z epoki – James McReynolds nie podawał mu ręki, dlatego że był Żydem. Brandeis inicjował w USA ruch syjonistyczny i próbował walczyć z antysemityzmem, który wówczas, jak pokazuje przykład jego kolegi z Sądu Najwyższego, sięgał szczytów władzy. Trzeba przypomnieć, że w 1924 r. Kongres zakazał dalszej imigracji Żydów, a w przededniu i po wybuchu II wojny światowej rząd blokował wpuszczanie żydowskich uchodźców. Choćby słynnego statku „MS St. Louis”, który zawrócił do Europy, a potem dwie trzecie jego pasażerów zginęło podczas Zagłady.

Reklama

Przeciw atomowi

O dobrze naoliwionym mechanizmie lobbystycznym możemy mówić dopiero od początku lat 60. Momentem zwrotnym było założenie AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych. Tę organizację pracującą na rzecz sprawy żydowskiej oraz Izraela zwykło się określać mianem najpotężniejszego politycznego lobby w USA. Nie bez powodu. Od dawna część radykalnych krytyków mówiła o niej jako o „agenturze rządu Binjamina Netanjahu, która trzyma w garści rzeszę amerykańskich polityków”. AIPAC przypuścił ostrą ofensywę piarowską w 2015 r., kiedy negocjowano porozumienie nuklearne z Iranem. Grupa Citizens for a Nuclear Free Iran, którą sponsorował Komitet, wydała 40 mln dol. na telewizyjne spoty w 35 stanach, w których nakłaniała kongresmenów i senatorów, żeby uniemożliwili Barackowi Obamie porozumienie z Teheranem. Przekaz tych reklamówek był fałszywy. Co więcej, Obamę porównywano w nim do brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina, który w 1938 r. roku podpisał porozumienie z Hitlerem.
W ostatniej kampanii wyborczej do Kongresu wszystkie żydowskie organizacje lobbystyczne wydały w sumie 22 mln dol. na pomoc kandydatom, zarówno republikanów, jak i demokratów. Obecna przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi została w ciągu całej swojej kariery wsparta bezpośrednio kwotą 500 tys. dol., a demokrata numer dwa w Izbie, szef klubu większości – dostał w sumie ponad milion. Według ośrodka Center for Responsive Politics, którego analitycy zbadali sprawozdania wyborcze, sam AIPAC w ostatniej kampanii wydał 5 mln dol., najwięcej od 1998 r.
Teraz lobby żydowskie wydało wojnę dwóm kongresmenkom Partii Demokratycznej: Rashidzie Tlaib i Ilhan Omar, które jawnie wspierają sprawę palestyńską. W konflikt włączył się Izrael. Obie polityczki otrzymały zakaz wjazdu do tego państwa, o czym poinformował szef ministerstwa spraw wewnętrznych Arje Deri. Postanowienie tłumaczył poparciem kongresmenek dla ruchu nawołującego do bojkotu Izraela. – Decyzja Izraela znieważa demokratyczne wartości – skomentowała sprawę Omar. Krótko przed ogłoszeniem tego postanowienia prezydent USA Donald Trump na Twitterze napisał, że władze izraelskie „okazałyby wielką słabość”, gdyby pozwoliły Tlaib i Omar na wjazd. „One nienawidzą Izraela i wszystkich Żydów i nic nie zmieni ich zdania” – ocenił.

Jak negocjowano Terezin

W 2009 r. – po zorganizowanej przez czeski rząd konferencji w Terezinie – 46 krajów zobowiązało się do uregulowania kwestii wypłaty rekompensat Żydom, którzy utracili w czasie Zagłady swój majątek. – Deklaracja terezińska zachęca państwa do tworzenia prawnych rozwiązań na rzecz restytucji i zadośćuczynienia za mienie utracone w ramach działań nazistów, faszystów i ich kolaborantów. Powinny powstawać fundusze wspierające żyjące ofiary Holokaustu, niezależnie od tego, gdzie one mieszkają. A jest ich ponad pół miliona – mówi DGP Kristen L. Nelson, współautorka wydanej na początku roku pracy „Searching for Justice After the Holocaust”. I dodaje, że chodzi głównie o Ukrainę, która od początku swojej współczesnej państwowości nie zrobiła w tej sprawie nic.
Lobbowaniu za uregulowaniem kwestii mienia żydowskiego służy amerykańska ustawa znana jako 447. Nakłada ona na Departament Stanu obowiązek weryfikowania, jak wykonywana jest deklaracja z Terezina. Efektem tego prawa jest właśnie list 58 senatorów USA do Mateusza Morawieckiego i 88 senatorów do sekretarza stanu Mike’a Pompeo w sierpniu 2019 r. Eksperci wskazują, że deklarację należy traktować jako akt niewywołujący skutków prawnych. Pogląd taki w marcu 2018 r. wyrazili również przedstawiciele władz Polski. W żadnym stopniu nie zmniejsza to jednak skuteczności – w wymiarze lobbystycznym – tego instrumentu.