Były policjant w dwóch osobach podający się za adwokata i robiący biznesy. Andrzej upoważnia Joannę do występowania w swoim imieniu. Ale Joanna o niczym nie wie, bo wszystko jest w rękach Andrzeja. Majstersztyk.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Były policjant już przynajmniej od 11 lat zwodzi ludzi. Raz jest adwokatem, przedstawicielem międzynarodowej kancelarii, innym razem radcą prawnym. Lobbystą albo specjalistą od antyterroryzmu. Także ambasadorem współpracy polsko-ukraińskiej. Czasem występuje jako mężczyzna – Andrzej Dobrzyniecki-Cartier. Czasem jako kobieta – Joanna. Kiedyś Joanna nosiła nazwisko Dobrzyniecka. Gdy ostatnio trafiliśmy na jej/jego ślad, nazywała się Plewczyńska i zarządzała hotelem Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim.
– Wygląda jak mężczyzna, zachowuje się jak mężczyzna, pije i klnie jak chłop – opowiada Paweł (imię zmienione, dane do wiadomości redakcji, mężczyzna zapewnia, że będzie udzielał informacji instytucjom państwowym, które byłyby zainteresowane sprawą). Nasz rozmówca pracował w Pałacu przez cztery miesiące na recepcji, potem rzucił papierami. Jak mówi: Aśka nie płaciła, nawet tego, co miał w umowie, ale godzin musiał wyrabiać więcej, niż w niej zapisano. Do tego krzyki, obelgi, mieszanie z błotem. – No i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że cały ten interes jest mocno podejrzany – dodaje Paweł. Złożył wymówienie ze skutkiem natychmiastowym, bez zachowania okresu wypowiedzenia, jako powód podając niewywiązywanie się pracodawcy z umowy i nieszanowanie godności pracownika.
Jego pracodawcą był „Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości (ISWS) z siedzibą w Warszawie, Ośrodek Szkoleniowo-Hotelowy Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim”. Umowę podpisała Joanna Plewczyńska. Z upoważnienia – jak wynika z innych dokumentów – Andrzeja Dobrzynieckiego, prezesa zarządu ISWS. Instytut jest tak naprawdę fundacją zapisaną w KRS pod numerem 0000307386, zarządzaną jednoosobowo przez Andrzeja Dobrzynieckiego-Cartier. Dlatego Paweł, choć tak naprawdę kierował recepcją, został zatrudniony na stanowisku kierownika działu szkoleń, bo fundacja może prowadzić działalność gospodarczą jedynie w zakresie celów statutowych. A jak czytamy na jej stronie internetowej (ciągle w budowie): „Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości jest organizacją pozarządową działającą w zakresie kształcenia środowisk prawniczych nieprzerwanie od 2008 r. Podstawowym celem Instytutu jest podnoszenie poziomu wiedzy wśród kadr wymiaru sprawiedliwości i środowiska prawniczego. Cel ten jest spełniany przede wszystkim poprzez organizowanie specjalistycznych szkoleń, seminariów i konferencji”.
Przez ostatnie miesiące Pałac zajmował się głównie – co prześledzić można na facebookowym profilu Joanny Plewczyńskiej (bo swojej strony hotel nie ma) – organizowaniem koncertów, bali, grilli. Odbywały się tam też wesela i przyjęcia komunijne (największe dochody). Co nie znaczy, że instytut nie chciał organizować szkoleń. Jeszcze zanim na dobre wszedł w interes hotelarski (co nastąpiło według naszych informacji w ubiegłym roku), zaczął rozsyłać do osób związanych ze środowiskiem prawniczym zaproszenia do wzięcia udziału w spotkaniach, na których mecenasi czy radcowie prawni mogliby doskonalić swoje umiejętności i poszerzać wiedzę.
Ale na przeszkodzie stanęło Ministerstwo Sprawiedliwości. 8 sierpnia 2016 r. resort wydał komunikat: „MS oświadcza, że nie prowadzi żadnych konsultacji, nie jest współorganizatorem, nie objęło patronatem żadnych szkoleń ani innych działań, jak również w żaden inny sposób nie współpracuje z fundacją o nazwie Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości (KRS 0000307386). Instytut ten w rozsyłanych m.in. do państwowych urzędów pismach oferuje prowadzenie szkoleń, które rzekomo są konsultowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Treść tych pism i ich forma są zbliżone do oficjalnej, urzędowej korespondencji, a nazwa organizacji – Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości –przypomina nazwę Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości (ośrodka naukowego będącego jednostką podległą Ministrowi Sprawiedliwości). Wszystko to może wywołać wrażenie u adresatów, że Ministerstwo Sprawiedliwości jest albo współorganizatorem oferowanych szkoleń, albo przynajmniej są one organizowane pod resortowym patronatem. W rzeczywistości oferta Instytutu jest całkowicie komercyjna, szkolenia są odpłatne i Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma z nimi nic wspólnego. Ministerstwo Sprawiedliwości informuje, że na skutek interwencji resortu Fundacja Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości pismem z dnia 3 sierpnia 2016 r. złożyła wyjaśnienia i poinformowała o rezygnacji z realizacji szkolenia. Ministerstwo Sprawiedliwości informuje ponadto, że Minister Sprawiedliwości wykonuje wobec Fundacji Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości jedynie uprawnieninia «ministra właściwego», o którym mowa w art. 9 ust. 2 ustawy z dnia 6 kwietnia 1984 r. o fundacjach (Dz.U. z 2016 r. poz. 40). Tym samym Ministrowi Sprawiedliwości przysługują wyłącznie uprawnienia i obowiązki wskazane w przepisach ww. ustawy”.
Model biznesowy, jaki stosuje w zarządzaniu hotelem Joanna/Andrzej, jest prosty: brać pieniądze za co się da, ale w miarę możliwości za nic nie płacić. – Mieliśmy zakaz płacenia zewnętrznym usługodawcom za wykonane prace – mówi Paweł. Ludzie wykonywali pracę i nie dostawali za nią wynagrodzenia. Jak było potrzeba znów coś zrobić, brało się kolejne firmy z rynku
Co więcej – poza oświadczeniem – zrobił resort, aby osoba wprowadzająca, nazwijmy to łagodnie, w błąd swoich kontrahentów nie mogła dalej prowadzić działalności? „Ministerstwo Sprawiedliwości po uzyskaniu informacji o możliwych nieprawidłowościach 19 sierpnia 2016 r. skierowało pismo do Prokuratury Krajowej o możliwości popełnienia przestępstwa przez osoby działające w imieniu fundacji Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości polegające m.in. na usiłowaniu doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzania mieniem oraz wprowadzaniu w błąd odbiorców poprzez nazwę instytutu, która mogła sugerować, że jest to jednostka podległa Ministerstwu Sprawiedliwości. Sprawa została przekazana do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów w Warszawie” – odpowiada biuro prasowe resortu sprawiedliwości.

Powrócił

O Andrzeju Dobrzynieckim, który przybrał przydomek Cartier, pisałam w DGP, razem z Marcinem Rybakiem z „Gazety Wrocławskiej”, 17 października 2014 r. w artykule „On + Ona = prawnik widmo” (za ten tekst zostaliśmy nominowani do nagrody Grand Press, przyznawanej przez miesięcznik „Press”, w kategorii dziennikarstwo śledcze).
Przedstawiliśmy historię byłego policjanta, który po odejściu w niesławie ze służby jako fikcyjny prawnik oszukał pokrzywdzonych przez Amber Gold. Ludzie myśleli, że walkę o odszkodowania powierzają renomowanej kancelarii mającej oddziały w Londynie, Nowym Jorku, Szanghaju i Dubaju. Ale stracili pieniądze na honorarium dla fikcyjnego mecenasa po szkole średniej. Potem Andrzej zamienił się w Joannę: sądownie zmienił płeć i zaczął występować jako radczyni prawna. I parał się tym samym. Potem znów oficjalnie został mężczyzną i już w dwóch osobach kontynuował interesy. I wydawało się nam, że tym samym awanturnicza kariera naszego bohatera została zakończona. Ale nie. Andrzej-Joanna powrócili.

Starsza pani w opałach

Latem 2018 r. zatelefonowała do mnie Irena Tarnowska, właścicielka hotelu Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim. Była zdenerwowana i prosiła o pomoc. Opowiedziała, jak to nachodzi ją dziwna persona przedstawiająca się jako prawniczka Joanna Dobrzyniecka i nakłania, aby dała jej pełnomocnictwo do zarządzania Pałacem. Tarnowska wpisała do internetowej wyszukiwarki jej imię i nazwisko, aby sprawdzić jej dokonania zawodowe. Jednak znalazła tylko nasz artykuł o dokonaniach Dobrzynieckiego. Umówiłyśmy się, że przyjadę i porozmawiamy, a ja będę mogła napisać ciąg dalszy historii o Andrzeju-Joannie. Jednak niespodziewanie pani Irena zmieniła zdanie. Oświadczyła, że już nie ma tematu, „prawniczka” wyjechała, a ona nie chce, aby hotel okrył się złą sławą. Musiałam odpuścić, choć z żalem, bo czekając na spotkanie w Ostrowcu, zgromadziłam nieco informacji o tym, czym zajmował się mój „bohater” w wolnym czasie.
Joanna wpadła na kolejny pomysł zrobienia interesu. Była już lobbystą, antyterrorystą, teraz postanowiła zostać bankierem. Zamierza założyć spółkę z o.o. pod nazwą SKOK – Służby Mundurowe. I świadczyć usługi finansowe osobom związanym ze służbami. Czynnym funkcjonariuszom i tym emerytowanym. – To baza bardzo wrażliwych danych osobowych – komentuje oficer jednej ze służb. I dodaje, że jeśli taka baza danych wpadnie w niepowołane ręce, to polskie państwo może ponieść wielkie szkody
Okazało się, że m.in. propagował przyjaźń polsko-ukraińską, jeżdżąc po miastach i miasteczkach naszego wschodniego sąsiada. Jako „Andrzej Dobrzyniecki, prawnik z Warszawy” wystąpił nawet w lokalnej łuckiej telewizji. Wyraził w niej ubolewanie, że wojna na Ukrainie może szkodzić biznesowi. Razem z Dobrzynieckim wystąpił Wołodymyr Pawlik, przedstawiony jako kierownik projektu międzynarodowej wymiany kulturalnej. Nic odkrywczego ani szczególnie mądrego nie padło podczas tej rozmowy w studiu, jednak udało się za pomocą magii telewizji wprowadzić Andrzeja w ukraiński „wielki świat”, bo – jak się dowiedzieliśmy – w teatrze w Łucku ma on swój fotel opatrzony złotą tabliczką z jego imieniem i nazwiskiem. Pawlik pytany przez nas o tę znajomość wykręcał się upływem czasu i niepamięcią.
Ale po pewnym czasie do hotelu Pałac Tarnowskich zaczęli przyjeżdżać goście ze Wschodu. Dowiedziałam się o tym, gdyż zareagowałam na e-maila, który 10 czerwca pojawił się w mojej skrzynce. „Jestem byłym pracownikiem Pani Joanny (Andrzeja Dobrzynieckiego-Cartier). W listopadzie 2018 r., ten Pan/Pani wydzierżawiła trzy-gwiazdkowy Hotel Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim, jako Fundacja Instytut Szkoleniowy Wymiaru Sprawiedliwości. Miałem nieprzyjemność pracować w nim na stanowisku Kierownika Recepcji. To, w jaki sposób postępuje Pani Joanna, należy stanowczo potępić. Codziennie zwracały się do mnie osoby, które świadczyły różne usługi na rzecz Pałacu, na zlecenie Pani Joanny (pralnie, serwisy techniczne piecy, ochrona mienia, firmy sprzedające artykuły, media, firmy obsługujące systemy hotelowe) o fakcie, że od kilku miesięcy faktury przez Panią Joannę nie są płacone. Te osoby nie uzyskały pieniędzy do dziś. Ja sam złożyłem wypowiedzenie w związku z niedopuszczalnym traktowaniem pracowników hotelu – personel niższego szczeblu nie posiada umów, pracuje na czarno, nie są im wypłacane pieniądze w terminie, a jeżeli wypłata już nastąpi – to nie jest to całość należnej sumy. Pracownicy traktowani są jak niewolnicy, pracują często ponad siły, po 15–16 godzin dziennie, za stawkę niższą, niż obecnie obowiązująca najniższa krajowa (10 zł. netto). Ponadto Pani Joanna posługuje się dwoma tożsamościami. Podpisuje umowy zarówno jako Joanna Plewczyńska, pełnomocnik ISWS oraz Andrzej Dobrzyniecki-Cartier, prezes ISWS. Natomiast przy kontaktach z osobami żądającymi zwrotu należnych im pieniędzy twierdzi, że ona jest tylko pełnomocnikiem, trzeba się kontaktować z Andrzejem, Prezesem (którym de facto ona jest)”.
Spotykamy się – ja i trójka byłych pracowników. Paweł, jak już pisałam, sam się zwolnił. Teraz Joanna rozpowiada, że zwolniła go dyscyplinarnie, bo kradł. Damian (pracował w barze) po prostu przestał przychodzić do pracy. Jak mówi – bał się, by nie zostać uznanym za współwinnego tego, co się w hotelu wyprawia. Ilona została zwolniona po trzech tygodniach. Bo zadawała pytania dotyczące faktur. – Część, i to znaczna, nie miała nadanych numerów, więc nie sposób było ich zaksięgować. Choć instytut to fundacja, i tak wystawiano faktury VAT. W dodatku błędnie naliczając podatek, mieszając stawki, bo pracownicy byli nieprzeszkoleni – opowiada.
Jeśli wierzyć relacjom moich rozmówców, model biznesowy, jaki stosuje w zarządzaniu hotelem Joanna/Andrzej, jest prosty: brać pieniądze za co się da, ale w miarę możliwości za nic nie płacić. – Mieliśmy zakaz płacenia zewnętrznym usługodawcom za wykonane prace – mówi Paweł. Ludzie wykonywali pracę i nie dostawali za nią wynagrodzenia. Jak było potrzeba znów coś zrobić, brało się kolejne firmy z rynku.
Jednym z poszkodowanych jest pan Wiesław, od lat prowadzący firmę serwisującą sprzęt AGD. – Naprawiałem im zmywarkę i kostkarkę do lodu – opowiada. Mieli mieć u siebie wesele, bardzo prosili. Nie lubił współpracować z tym hotelem, bo zawsze były problemy z zapłatą, ale zrobiło mu się żal nowożeńców, że będą mieli zepsute przyjęcie. Rachunek nie był wygórowany, 500 zł, ale pieniędzy nie ma. Joanna mówiła, że jego faktura zginęła, wystawił więc duplikat. Poszedł z nim osobiście w nadziei, że otrzyma pieniądze do ręki, ale zarządczyni oświadczyła, że musi zrobić zdjęcie dokumentu, wysłać je do prezesa instytutu w Warszawie i to on podejmie decyzję o dokonaniu przelewu. Pan Wiesław aż boi się dopominać, bo kto by chciał wchodzić w konflikt z resortem sprawiedliwości. Kiedy prostuję i mówię, że z wymiarem sprawiedliwości ta osoba ma tyle wspólnego, że pewnie wkrótce przed nim sama odpowie, mężczyzna nie posiada się ze zdumienia. – Siedemdziesiąt lat żyję, a o czymś takim jeszcze nie słyszałem – mówi.
Pan Wiesław nie jest jedynym, który nie doczekał się swoich pieniędzy. Pani Ela dostała zlecenie na wypranie tapicerki hotelowych krzeseł. Fakturę na 640 zł wystawiła w kwietniu, przed świętami. Faktura jakoby zaginęła. Wystawiła więc duplikat. Ale pieniędzy wciąż nie ma.

Kontrola za kontrolą

Dominik opowiada z kolei, że jak zepsuł się wzięty w leasing ekspres do kawy w hotelowym barze (trzeba było zamawiać co miesiąc 5 kg ziaren, zamawiano, ale rachunków nie regulowano), to Joanna wzięła z innej firmy kolejny – większy i droższy, trzeba zamawiać co miesiąc 20 kg, więc kawa jest wszędzie, bo hotel przy swoim niskim obłożeniu nie jest w stanie jej zużyć. Nieprzeszkolony pracownik wsypał do niego zamiast ziarnistej kawy mieloną i ekspres się zepsuł. Faktura za naprawę wyniosła 900 zł. Też nie zapłacili.
Hotel zalega także z rachunkami za gaz, pod koniec kwietnia było to 15,8 tys. zł. Przyjechali pracownicy gazowni, aby odciąć dopływ, ale Joanna nie wpuściła ich na teren hotelu. Narobiła krzyku, wezwała agencję ochroniarską. Gazownicy odjechali, nie będą się przecież bić. To zresztą stały numer. Paweł opowiada, że kiedyś strażnicy miejscy chcieli sprawdzić, czy hotel ma koncesję na sprzedaż alkoholu. Też nie zostali wpuszczeni pod pretekstem, że obiekt jest nieczynny i nie ma osoby uprawnionej do udzielania informacji. – To kto jest uprawniony, jeśli nie pani – pytali Joanny, która wyszła do nich w swoim damskim wydaniu. – Andrzej Dobrzyniecki, prezes Instytutu Szkoleniowego Wymiaru Sprawiedliwości – odparła. – A gdzie jest prezes – indagowali dalej. – Nie wiem, gdzieś w Warszawie – Joanna rozłożyła ręce.
Zapytałam Urząd Miasta w Ostrowcu Świętokrzyskim o koncesję i kontrole, jakie były przeprowadzane w obiekcie. O tym, że jest tam sprzedawany alkohol, wiedzieli wszyscy: podawano go zarówno w barze, jak i w restauracji. Organizowane tam były imprezy, na których bywała miejscowa śmietanka z szefostwem ostrowieckiej policji włącznie. Gościł tam też prezydent miasta, którego poprosiłam o komentarz. Nie znalazł czasu, aby o tym porozmawiać. Dostaliśmy tylko odpowiedź, że placówka nie posiada koncesji na sprzedaż alkoholu. Według UM wizyta strażników odbyła się inaczej, niż relacjonują to nasze źródła: „Straż Miejska poinformowała, że w trakcie kontroli lokal gastronomiczny był zamknięty, umieszczona na drzwiach była informacja «Restauracja nieczynna remont»”.
Była jeszcze zapowiadana kontrola sanepidu. Obiekt został zamknięty dla gości, a pracownicy bez ważnych książeczek zdrowia poproszeni, aby nie pokazywali się w pracy. – W kuchni zostały więc dwie osoby – chichocze Damian. Jednak inspektorzy i tak wychwycili różne nieprawidłowości, jak przecinanie się dróg czystych i brudnych naczyń. Z moich informacji wynika, że nie dostosowano się do zaleceń zawartych w protokole pokontrolnym.
Od lutego kontrolę w Pałacu prowadzi Państwowa Inspekcja Pracy. Barbara Kaszycka, nadinspektor pracy Okręgowego Inspektoratu Pracy w Kielcach, potwierdza: inspektorzy działają, ale napotykają na trudności. Nie mogą uzyskać dostępu do niezbędnych dokumentów, zarządca Pałacu ciągle się odwołuje, procedury trwają. Ma jednak nadzieję, że do końca lipca powinny być już wnioski i zalecenia.
Jak mówi mi jeden z rozmówców, nazwijmy go Jerzym, Joanna/Andrzej umiała się znaleźć w lokalnym światku. Stawiała komu trzeba, sponsorowała lokalne imprezy, jak ostatni piknik Radia Ostrowiec podczas Dni Ostrowca (21 czerwca), gdzie Pałac Tarnowskich był wymieniany na plakatach wielkimi literami, jako Dumny Partner Strategiczny. W Pałacu mieszkała także redaktor naczelna Radia Rekord Mira Marecka. To starsza pani, której obsługa nosiła posiłki do pokoju, bo ma trudności z poruszaniem się. Jedna i druga rozgłośnia reklamowała na swoich falach Pałac. Zwróciłam się do Mareckiej z pytaniem, na jakich zasadach rozliczane były reklamy oraz czy płaciła za pobyt w Pałacu. „Łączy nas umowa handlowa, podpisana i realizowana. To cały nasz komentarz” – odpowiedziała Marecka.
Zapytałam także w Radiu Ostrowiec, ile trzeba wyłożyć, aby zostać dumnym partnerem strategicznym. Oraz czy nie przeszkadzało stacji, że ich parter zatrudnia ludzi na czarno i nie płaci za usługi. Joanna Gergont-Woś, redaktor naczelna Radia Ostrowiec, odpowiedziała, że nie może udzielić informacji dotyczących wysokości finansowych relacji z partnerami biznesowymi, bo jest to tajemnicą handlową firmy. I że nie miała nigdy kłopotów z płatnościami Pałacu Tarnowskich. Tak samo nie miała pojęcia o nieprawidłowościach dotyczących nieprzestrzegania praw pracowniczych czy nielegalnej działalności gospodarczej w Pałacu Tarnowskich.

Dusza towarzystwa

Jerzy mówi, że jest zdumiony tym, jak łatwo Joannie było wejść w to towarzystwo, choć jej postać – nawet już sam wygląd – nie budzi zaufania. Potwierdzają tę opinię inni rozmówcy. – Mówiłem do niej proszę pana, ale się obruszyła, więc przeszedłem na pani – wspomina pan Wiesław od napraw AGD. – Zawsze tłuste włosy, rozciągnięty sweter. Za to w różowym kolorze – zauważa Paweł. Damian kiedyś przez przypadek zauważył Joannę, jak wysiada z pociągu w Warszawie. W męskim garniturze. Zresztą to, że Aśka to Andrzej, nie było dla nikogo tajemnicą. – Joanną była w Ostrowcu, w Warszawie robiła za Andrzeja – mówi Dominik. Dodali dwa do dwóch, pogooglali, trafili na tekst w DGP o Dobrzynieckim. – Nam nie przeszkadzało to, że ktoś ma problemy z tożsamością płciową, że nie wie, czy jest facetem, czy babką – zastrzega Ilona. I tłumaczy, że ich obawy budziło to, co się działo z finansami w hotelu. Te faktury, to raz. Dwa, że nikt nad niczym nie panował. Joanna przychodziła i wybierała gotówkę z kasetek. – Kiedyś potrzebowałem zapłacić za dostawę, wiedziałem, że ma 4 tys. utargu. Patrzę, a tam 150 zł. I żadnego kwitu kasowego, potwierdzenia, że ktoś zabrał pieniądze. Ktoś, czyli ona. Bo tylko ona miała klucze do wszystkiego. A przecież takie postępowanie to kryminał – zżyma się Ilona.
Swoją transpłciowością Joanna grała ich zdaniem po to, żeby używając dwóch wcieleń, skuteczniej manipulować ludźmi. – Andrzej upoważniający Joannę do występowania w swoim imieniu. Joanna jednak nic nie wie, bo wszystko w rękach prezesa Andrzeja. To majstersztyk – komentuje Paweł. Co ciekawe, Andrzej i Joanna mają dwa różne numery PESEL, oba aktywne. Łączy je data urodzenia na początku. Prawdopodobnie zawalił jakiś urzędnik: kiedy Andrzej stał się Joanną, został mu przydzielony nowy numer ewidencyjny. Kiedy Joanna ponownie zamieniła się w Andrzeja, ktoś zapomniał wykreślić jej PESEL z bazy. Andrzej legitymuje się dowodem osobistym wystawionym przez prezydenta miasta Warszawy w 2017 r., dokumentu tożsamości Joanny nikt nie widział. Oboje 12 czerwca tego roku mogli świętować 50. urodziny.
Zapytaliśmy o możliwość posiadania dwóch numerów PESEL dwa ministerstwa: spraw wewnętrznych i cyfryzacji. MSWiA odpowiedziało enigmatycznie: „Informujemy, że dostęp do danych zgromadzonych w rejestrze PESEL posiadają odpowiednie służby, które mogą z nich korzystać na potrzeby prowadzonych postępowań”. Co z tej odpowiedzi wynika, nie wiadomo. Resort cyfryzacji, w którego pieczy są bazy danych związane z numerami PESEL, nieoficjalnie obiecał sprawdzić, co się dzieje. I zablokować numer identyfikacyjny, który się Joannie lub Andrzejowi nie należy. Jak mówi osoba związana z resortem, prawdopodobnie miał miejsce błąd wynikający z nieuwagi urzędnika. Czekamy na oficjalną odpowiedź. ABW, którą także indagowaliśmy na okoliczność persony posługującej się dwoma tożsamościami, nie odpowiedziała.
Joanna próbowała się przytulić do partii Wiosna Roberta Biedronia. Lajkowała na FB ich wydarzenia, przymilała się do lokalnych działaczy – pamiętają to pracownicy hotelu. To w Pałacu odbyło się spotkanie z kandydatem do PE z ramienia Wiosny prof. Maciejem Gdulą (nie został wybrany). – Na tę imprezę nawet się w miarę przyzwoicie ubrała, uczesała i zrobiła lekki makijaż – komentuje Damian.
Małgorzata Diana Marenin, która koordynowała struktury Wiosny w Świętokrzyskiem, dziś odcina się od Joanny Plewczyńskiej. Mówi, że, owszem, Joanna była sympatyczką Wiosny, że spotkanie przedwyborcze zostało zorganizowane w obiekcie przez nią zarządzanym, ale lokalizację wskazał Krzysztof Adamski, ostrowiecki działacz Wiosny, pracownik urzędu miasta. Ten z kolei wyjaśnia, że proponując Pałac, kierował się tylko atrakcyjnością obiektu. Joanny bliżej nie zna, unikała z nim kontaktu, ale impreza się udała. Zapłacili, dostali pokwitowanie. Ale nie vatowską fakturę, tylko zwykły rachunek. Adamski przyznaje, że zdawał sobie sprawę, iż Joanna to Andrzej z nieciekawą przeszłością, ale się tym nie interesował.
Warto przy tej okazji wrócić do faktur wystawianych przez Pałac pod zarządem Joanny, działającej z upoważnienia Andrzeja Dobrzynieckiego, prezesa Instytutu Szkoleniowego Wymiaru Sprawiedliwości (ISWS) z siedzibą w Warszawie, Ośrodek Szkoleniowo-Hotelowy Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim. Udało nam się dotrzeć do raportów kasowych opiewających za okres od 30 listopada 2018 r. do 16 czerwca 2019 r. To zestawienie transakcji gotówkowych płaconych przelewem bankowym oraz kartą. Kwota obrotów brutto to 295 214,44 zł. Netto – 269 883,25 zł. Należność za VAT wynosi 25 331,19 zł. Przypomnijmy: instytut jest fundacją, więc nie jest płatnikiem VAT. Zapytaliśmy KAS, czy instytut lub ewentualnie Pałac Tarnowskich nie łamie prawa. Jak odpowiada rzeczniczka KAS Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału ds. komunikacji Krajowej Administracji Skarbowej, tego typu informacje podlegają tajemnicy skarbowej. I nie może się odnosić do indywidualnej historii.
Z naszych informacji wynika, że skarbówka zablokowała konta Pałacu i prowadzona jest tam kontrola krzyżowa. Polega ona na tym, że sprawdzane są nie tylko dokumenty płatnika, ale również wszystkich firm z nim powiązanych, analizowane są przepływy pieniężne pomiędzy nim.

Nowy biznes

– Joanna zawsze dużo piła, ale ostatnio przechodzi samą siebie – opowiada jeden z pracowników Pałacu. Picie Joanny zaczynało się od rana, kiedy „dla zdrowotności” sączyła Amol, specyfik uśmierzający m.in. bóle głowy, o zawartości etanolu w stężeniu 67 proc. – Gdzie jest moja buteleczka – miała krzyczeć, kiedy flaszka jej się zapodziała. Po południu przechodziła na whisky. Jak przesadziła, działy się rzeczy dziwne i gwałtowne zarazem. Opowiada Paweł: „Kiedyś się nagrzmociła i złapała agresora. «Wyp...ć, wszyscy wyp...ć . Wszyscy jesteście zwolnieni. Nie pracujecie już tutaj. Nie ma żadnego hotelu. Goście też niech wyp…ją». To goście zebrali swoje bagaże i poszli do hotelu znajdującego się naprzeciwko. A ekipa zatrudniona w Pałacu także się ewakuowała. Na drugi dzień Joanna przepraszała, że emocje, że kłopoty, że ją poniosło”.
Tak nawiasem mówiąc, Pałac Tarnowskich, choć w reklamach przedstawiany jest jako hotel trzygwiazdkowy, nie ma ani jednej gwiazdki – jak twierdzi nasze źródło. Zostały odebrane po kontroli inspekcji budowlanej, kiedy okazało się, że część pokoi hotelowych umieszczono, na zasadzie samowolki, w przebudowanych garażach.
Jerzy: „Zastanawiałem się nieraz, jak to możliwe, że Joanna czy Andrzej przez tyle lat mogła działać bezkarnie. I mam nieodparte wrażenie, że ktoś ją chroni” – mówi mężczyzna, zastrzegając, że nie ma na to twardych dowodów, ale jego intuicja, nos, mówią mu, że coś jest na rzeczy.
Uwagę pracowników Pałacu zwróciły tajemnicze wizyty obcokrajowców w hotelu. Chodzi o obywateli Ukrainy, Armenii, Słowacji, Czech i Słowenii. Scenariusz był taki, że zjawiali się w Pałacu, Joanna ostro z nimi piła na umór, a na drugi dzień na koncie bankowym Pałacu pojawiała się gotówka. Większa niż marne obroty z tytułu usług hotelowych. Jeden z moich rozmówców opowiada, że kiedyś zagadnął pewnego Czecha, który rankiem miał nietęgą minę i kiepskie samopoczucie, jakie interesy robi z Joanną. Miał odpowiedzieć, że już sam nie wie, ale musi jej płacić, gdyż jest szantażowany. Innym razem personel hotelowy został postawiony do pionu informacją, że w Pałacu będzie gościć prezes banku ze Lwowa. Jerzy: „Mam doświadczenie w biznesie, w Pałacu tylko pomagałem na prośbę kolegi. I bardzo się zdziwiłem, kiedy usłyszałem, że ten prezes przyjedzie autobusem, a ja mam go odebrać z dworca. Jednak razem z żoną przyjechali samochodem. Takim małym volvo, prezesi takimi nie jeżdżą. Pili z Joanną, na drugi dzień odjechali. Ten niby-prezes przedstawiał się jako Aleksander, nie był zadowolony. Powiedział, że nici z interesu”.
Kiedy Jerzy dopytywał, jaki bank reprezentuje, usłyszał, że to mała instytucja finansowa Onyx, ma wszystkiego cztery oddziały. Skontaktowaliśmy się telefonicznie z Aleksandrem, przedstawianym jako prezes ukraińskiego banku. Powiedział, że Polska mu się bardzo podoba, że zamierza robić tutaj interesy, ale na kupno hotelu Pałac Tarnowskich w Ostrowcu Świętokrzyskim go nie stać.
I ta cała historia nie warta byłaby wzmianki, gdyby nie jeden fakt. W nocy z 4 na 5 czerwca, kiedy Aleksandr z żoną gościli w hotelu, Joanna zrobiła na stronie FB Pałacu awanturę, domagając się, by ktoś z obsługi przyszedł i uruchomił terminal, bo się rozładował. „Korwa mać, za pół godziny trzeba przyjąć płatność. Jeśli jej nie przyjmę, obciążam recepcję. Chodzi o 300 tys. zł”. Paweł: „Groziła, że za...li w ryj i takie tam. Nie poszedłem. Poradziłem, żeby podłączyła ładowarkę. I faktycznie, na drugi dzień na koncie hotelu pojawiła się kwota 300 tys. zł. Ale potem znikła”.
Jerzy tłumaczy to tak: Jest ustawa z 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. Mówi ona, ogólnie rzecz biorąc, że wszystkie transakcje powyżej 15 tys. euro są monitorowane przez odpowiednie służby. Bank blokuje takie transakcje do momentu pełnego uwierzytelnienia, które jest kilkuskładnikowe. Tak więc jeśli nawet ktoś, działając w pomroczności jasnej, dokonał przelewu, to bez problemu mógł go cofnąć. To, jak było faktycznie, kto komu płaci i za co, to pytania do specjalnych służb RP.
Mogą one zostać postawione przed kolejnym wyzwaniem. Joanna wpadła bowiem na kolejny pomysł zrobienia interesu. Była już lobbystą, antyterrorystą, teraz postanowiła zostać bankierem. Zamierza założyć spółkę z o.o. pod nazwą SKOK – Służby Mundurowe. I świadczyć usługi finansowe osobom związanym ze służbami. Czynnym funkcjonariuszom i tym emerytowanym. – To baza bardzo wrażliwych danych osobowych – komentuje oficer jednej ze służb. I dodaje, że jeśli taka baza danych wpadnie w niepowołane ręce, to polskie państwo może ponieść wielkie szkody.
Kontaktowaliśmy się z Andrzejem Dobrzynieckiem telefonicznie, aby poznać jego wersję zdarzeń. Udawał, że to nie on – mówił kobiecym głosem: „Kobitko, ale o co tobie chodzi”. Nie jestem do końca pewna, czy Andrzej zwany Joanną jest przypadkiem klinicznym, którym powinni się zająć specjaliści z dziedziny psychiatrii, czy też zwyczajnym oszustem, który, wykorzystując podwójną tożsamość, okrada ludzi. Jest także trzecia możliwość, że to osoba, która działa na niekorzyść państwa, współpracując z obcymi wywiadami. Wierzę, że odpowiednie jednostki państwowe się tym zajmą.