Na to wskazuje ostatnia wizyta szefa Rady Europejskiej w Azji Środkowej. Unia najwyraźniej uznała, że wsparcie dla tamtejszych dyktatorów to najlepszy sposób na stabilizację regionu. Strategia ta jest tyle niemoralna, co krótkowzroczna.
Reklama
„Panie Prezydencie, historie Polski i Tadżykistanu mają wiele wspólnego, podobnie nasza walka o wolność naszych narodów. Prawa człowieka stanowią zasadniczy element tej historii. Najwyższym celem każdego polityka jest zapewnić bezpieczeństwo, ale także przestrzeganie praw i wolności człowieka. Żeby to osiągnąć, potrzebne są siła, odwaga i dobra wola. Pan, Panie Prezydencie, ma wszystkie te cnoty” – mówił Donald Tusk do prezydenta Tadżykistanu Emomalego Rahmona, zaledwie na kilka dni przed przyjazdem do Gdańska na obchody Czerwca ’89.
Szef Rady Europejskiej pojechał do Azji Środkowej zainaugurować nowy etap współpracy pomiędzy Unią Europejską a tamtejszymi państwami. Europa, zaniepokojona dynamiczną polityką Chin w regionie, a także niesłabnącym wpływem Rosji, postanowiła także wkroczyć do gry.
Warto przypomnieć, jakim krajem jest Tadżykistan, od którego Tusk zaczął swoją trzydniową podróż. Od 1992 r. nieprzerwanie rządzi tam prezydent Emomali Rahmon. To jego rzekome cnoty tak wychwalał szef Rady Europejskiej. Rahmon, nawet jeśli faktycznie ma siłę, odwagę i dobrą wolę, dotychczas raczej nie używał ich dla zapewnienia w swoim państwie przestrzegania praw i wolności człowieka. Wręcz przeciwnie.

Reklama
Nie jest tadżyckim Wałęsą, ani nawet Tuskiem czy choćby Lechem Kaczyńskim. W czasie gdy inni tadżyccy politycy upominali się o niepodległość dla swojego narodu, on kierował kołchozem. Jego niewątpliwą zasługą jest zakończenie wojny domowej, w której wspierał komunistyczną nomenklaturę. To ona zrobiła z niego głowę państwa.
Potem jednak, po podpisaniu pokoju w 1997 r., prezydent zajmował się już tylko umacnianiem własnej władzy. Zmieniał prawo tak, aby mnożyć i przedłużać swoje kolejne kadencje. W 2015 r., z pomocą posłusznego sobie sądu, zakazał działalności Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu, która była największą i jedyną skuteczną partią opozycyjną. Jej lidera, jak wielu innych polityków i działaczy wcześniej, zmusił do emigracji, a resztę przywódców skazał na wieloletnie wyroki więzienia w procesie bardziej podobnym do moskiewskiego procesu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego niż do rozpraw przed strasburskim Trybunałem Sprawiedliwości. Uciekinierzy z Tadżykistanu co roku dostają w krajach UE, także w Polsce, status uchodźców politycznych i inne formy ochrony.
W ich ojczyźnie nagminnie łamane są prawa socjalne i polityczne. Tortury to stała praktyka w śledztwie, nawet w sprawach o pospolite przestępstwa. Media publiczne są tubą propagandową prezydenta, a prywatne ledwo sobie radzą pod ciągłą presją władzy, same często stosując autocenzurę, by w ogóle istnieć. Rodzina prezydenta jest najbogatszą rodziną w kraju, a większość biznesów należy bądź do jego dziewięciorga dzieci, bądź do reszty ziomków prezydenta z jego regionu, Kuliabu. Wystarczy pojechać do Warzobu, kurortu na północ od stolicy, by przekonać się, że przed prawie każdą z nowo wybudowanych, luksusowych willi stoi samochód z kuliabską rejestracją.
Tymczasem pozbawieni takich koneksji Tadżycy ledwo wiążą koniec z końcem. Większość dochodów obywateli stanowią transfery z zagranicy przesyłane rodzinom przez migrantów pracujących w Rosji. Miliony tadżyckich dzieci wychowują się bez ojców, zmuszonych wyjechać, żeby utrzymać rodziny. Jedyna nowa infrastruktura w kraju to ta wybudowana za pieniądze z chińskich pożyczek, na dodatek rękoma chińskich robotników, tak jakby w Tadżykistanie nie było wolnej siły roboczej.
Po co więc szef Rady Europejskiej pojechał do Tadżykistanu? Bo Tadżykistan sąsiaduje z Afganistanem i deklaruje się jako przeciwnik fundamentalizmu islamskiego. Tusk w czasie swojej wizyty obiecał, że Europa da kolejne pieniądze na uszczelnianie tadżycko-afgańskiej granicy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Unia Europejska już nie propaguje wolności i praw człowieka (o czym, choć oględnie, jest jednak mowa w przyjętej przed wizytą Tuska unijnej Strategii wobec Azji Środkowej), a tylko chce dzielić się z Tadżykistanem „wyśrubowanymi standardami, dobrymi inwestycjami, ułatwiać rozwój edukacji i handlu oraz transportu”. Takich słów bardziej można by się spodziewać po Xi Jinpingu niż po człowieku, który przyjeżdżając do własnej ojczyzny, tak precyzyjnie naświetla zagrożenia dla demokracji płynące z poczynań obecnego polskiego rządu. Czyżby na Tadżykistan patrzył przez różowe okulary i nie widział znacznie gorszych naruszeń wolności niż te, które – słusznie – wskazuje w Europie?
Popieram ścisłą współpracę Unii z Azją Środkową (nie ma co oddawać pola autorytarnym Chinom i Rosji w tym regionie). Nie sugeruję też, broń Boże, że powinniśmy tam rozpocząć operację podobną do tej, jaką USA prowadziły w Afganistanie w 2001 r. czy w Iraku w 2003 r. Przykład tych dwóch państw aż za dobrze pokazuje, że wolności i demokracji nie da się zaprowadzić z zewnątrz czy zapewnić poprzez interwencję zbrojną.
Jednak zamykanie oczu na postępki władz, które wzmacniają poparcie dla ekstremistów i powodują napływ migrantów do innych krajów, to krótkowzroczność. To hodowanie mafii, która za nic ma światowy pokój i bezpieczeństwo, a jedynie dba o napychanie własnych kieszeni. Rahmon tak niby uszczelnia granicę z Afganistanem, a dziwnym trafem co chwilę przenika przez nią jakiś oddział bojowników Państwa Islamskiego i robi to, co władzy jest na rękę. Każdy kolejny atak rzekomych bojowników jest pretekstem do zaostrzenia kursu wobec wszystkich obywateli, którym już dziś nawet nie wolno wyjechać na pielgrzymkę bez zgody władz, a liczbę weselników muszą deklarować w urzędzie. Nie dalej jak dwa tygodnie temu miał miejsce bunt w tadżyckim więzieniu. Kogo, oprócz strażników więziennych, zabili rzekomi zbuntowani sympatycy Państwa Islamskiego? Członków zakazanej Partii Islamskiego Odrodzenia, która stanowiła przeciwwagę nie tylko dla władzy, ale i dla ekstremistów muzułmańskich.
Można dopatrzeć się w cytowanym powyżej przemówieniu Tuska delikatnego upomnienia, że prawa człowieka i wolności też trzeba zapewniać, a nie tylko stabilizację. Jednak wyraźnie widać, że stabilizacja, która od tak dawna jest na ustach wszystkich postsowieckich dyktatorów, stała się ulubionym słowem także przywódców Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że przynajmniej w prywatnej rozmowie szef Rady Europejskiej wymienił nazwiska przywódców politycznych gnijących w tadżyckich więzieniach, upomniał się o ofiary policyjnych prowokacji, potępił procesy szyte na miarę w myśl starej stalinowskiej zasady dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie.
Sygnałem dla całego tadżyckiego społeczeństwa i dla światowej opinii publicznej pozostaje jednak oficjalne przemówienie. Czemu w nim Tusk nie upomniał się wyraźniej o rządy prawa w odwiedzanym kraju? Tadżycy mniej zasługują na demokrację niż Polacy?
Dzisiejszy świat to system naczyń połączonych. Napływ uchodźców, z którym radzić sobie musi Unia, wynika także z tego, że w ojczyznach tych ludzi rządzą skorumpowane reżimy, za nic mające wolność słowa, pluralizm, wolne wybory, prawa mniejszości i wolność wyznania. Cieszę się, że Unia i Tusk osobiście tak uważnie patrzą na ręce rządowi pisowskiemu. Jednak czemu nie chcą widzieć znacznie gorszych przewin rządów z Azji Środkowej? W Kazachstanie, gdzie pojechał z Duszanbe, Tusk ani słowem nie wspomniał, że w nadchodzących wyborach jego rozmówca, prezydent Tokajew, namaszczony w marcu przez ustępującego Nazarbajewa, będzie jedynym liczącym się kandydatem. W Uzbekistanie z kolei chwalił prezydenta Mirziojewa za nowy, reformatorski kurs, zupełnie jakby nie wiedział, że mimo licznych ostatnio faktycznie zwolnień, w uzbeckich więzieniach wciąż siedzą zastępy niesprawiedliwie osądzonych przeciwników reżimu, dziennikarzy, polityków i obrońców praw człowieka.
Sama ochrona granicy z Afganistanem nic nie da, jeśli po drugiej stronie, w Tadżykistanie i Uzbekistanie, będzie rządzić skorumpowana klika, której każdy kolejny rok u władzy przysparza nowych adeptów Państwu Islamskiemu i innym fundamentalistycznym ugrupowaniom zagrażającym też Europie i jej wartościom.
Demokratyczny świat już raz popełnił ten błąd. Dziś Europa chce wspierać środkowoazjatyckie satrapie, by za ich pomocą zwalczyć fundamentalizm islamski. W latach 80. wspierano afgańskich mudżahedinów, żeby osłabić Sowietów. Pomagać w tym miał Pakistan, który sam był państwem niedemokratycznym. W efekcie pakistański wywiad wojskowy, za pieniądze USA, wyhodował talibów, Al-Kaidę i całą siatkę światowego dżihadu, która okazała się równie niebezpieczna jak Sowieci. Dziś to uczniowie tamtych dżihadystów wysadzają się w miastach Iraku, Afganistanu, ale także w miastach Europy. Warto, żeby Zachód wreszcie zaczął uważniej dobierać sobie sojuszników. Bo pozorna stabilizacja, okupiona torturami, cierpieniem i niesprawiedliwością, nie przyniesie nigdy prawdziwego pokoju.
Nie można bronić demokracji na własnym podwórku, a gdzie indziej wspierać dyktatorów.