DGP
Ma pan świnie?
Syn ma w chlewni 20 świń matek w cyklu zamkniętym.
Czyli cały czas rodzą.
Rodzą, a młode wychowywane są do tucznika. W ramach UE dopłaca się też do tego, żeby nie ginęły rodzime rasy świń. My mamy rasę puławską.
Sto złotych na każdą z nich pan dostanie.
Jeśli nawiązuje pani do obietnic Jarosława Kaczyńskiego, to niestety nie jest to takie proste. Przecież wiadomo, że prezes PiS nie wiedział, o czym mówi, kiedy ogłaszał dopłaty do krów i świń. Ktoś musiał mu ten pomysł podsunąć. Zrobił to zresztą bardzo niechlujnie. Przecież my już dawno wynegocjowaliśmy dopłaty do krów i do młodszych grup wiekowych bydła od 300 do 380 zł za sztukę – w sumie do pierwszych 40 sztuk w każdej oborze. A to, co zaproponował prezes Kaczyński, dotyczy tylko zwierząt chowanych ekologicznie, a więc 1–2 proc. gospodarstw.
Ale PR-owo to Jarosław Kaczyński znokautował PSL, prawda?
Nie uważam tak. Rolnicy są świadomi, że od dawna dostają dopłaty do bydła. Jarosław Kaczyński bardziej się ośmieszył niż znokautował kogokolwiek, bo kiedy ludzie usłyszeli, że po 500 zł na każde dziecko, prezes chce dawać 500 plus na każdą krowę, to pomyśleli, że w tym PiS to powariowali.
Ile dotacji unijnych przyjął pan przez te 15 lat?
Nie robiłem takich obliczeń, ale wiem, ile rocznie uzyskuję z dopłat bezpośrednich. Mam 18 ha, syn drugie tyle. Ponadto dzierżawimy ziemię. W sumie uprawiamy prawie 80 ha. Zazwyczaj liczy się dopłaty hektarowe, a te w Polsce otrzymuje właściciel gruntu, a nie rolnik, który dzierżawiąc, uprawia ziemię.
Dopłaty są niższe niż w Europie Zachodniej.
Ale niewiele niższe. Przecież w obecnej perspektywie podnieśliśmy te dopłaty do średniej europejskiej. Mamy 250 euro na hektar, Niemcy i Francuzi niewiele więcej (270–280 euro). Trzeba też pamiętać, że płatności obszarowe nie są jedynymi, z jakich mogą korzystać polscy rolnicy. Za poprzedni rok, łącznie z płatnościami związanymi z produkcją, dostałem ok. 25 tys. zł.
Nie wszyscy sobie zdają sprawę, że to o wiele więcej niż było proponowane naszym rolnikom w negocjacjach akcesyjnych. Punktem wyjścia było 25 proc. kwoty dopłat.
Kiedy w 2001 r. wszedłem do rządu Leszka Millera, wiedziałem, że negocjacje unijne, szczególnie te dotyczące rolnictwa, będą trudne. Moje szczęście polegało na tym, że miałem wokół siebie ekspertów, doskonałych fachowców – wielu z nich zdobywało doświadczenie na zachodnich uczelniach, jak Czesław Siekierski, Jerzy Plewa i inni. Gdy jeździłem do Brukseli na spotkania 10 ministrów rolnictwa z krajów kandydujących z Franzem Fischlerem, komisarzem ds. rolnictwa w UE, to dzięki tym doradcom byłem świetnie przygotowany. Pamiętam, jak Fischler złożył raport podpisany przez wybitnego francuskiego profesora, że 25-procentowe dopłaty bezpośrednie są wystarczające dla Polski, że to znakomita oferta i olbrzymi wzrost dochodów dla polskich rolników. I w tym momencie ja przedłożyłem nasz raport przygotowany przez uczniów tego profesora. Nasi eksperci cieszyli się tam ogromnym poważaniem i dzięki nim druga strona wyrabiała sobie opinie o nas, o Polsce. Proszę pamiętać, że po wyborach, po odejściu premiera Jerzego Buzka, po sformowaniu rządu premiera Millera byliśmy na ostatnim miejscu spośród państw kandydujących, jeśli chodzi o zamknięte obszary negocjacyjne. Jednym z nich był budżet. Na trzy czy cztery miesiące przed posiedzeniem Rady Europejskiej w Kopenhadze w grudniu 2002 r. Polska nie zamierzała zmieniać swojego stanowiska w tej sprawie opracowanego jeszcze za rządów premiera Buzka. Na mój wniosek zostało ono jednak zaktualizowane. Skoro mieliśmy płacić składkę adekwatną do naszego dochodu, a w zamian uzyskiwać tylko 25-procentowe dopłaty bezpośrednie, to poczuliśmy się oszukani. Trzeba było dalej negocjować. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Pamiętam, że na posiedzeniu rządu było w tej sprawie wielkie spięcie.
Z premierem Millerem?
Też. Posiedzenie Rady Ministrów to nie tylko ministrowie, lecz także duża grupa innych ludzi. Miller, doświadczony polityk, przy tak wielu świadkach nie chciał nic rozstrzygać. Zarządził przerwę. W składzie konstytucyjnym udaliśmy się do jego gabinetu. A tam głosowanie – kto jest za propozycją Kalinowskiego, żeby zmieniać nasze stanowisko w sprawie budżetu. Trzech ministrów było przeciwko. Inni za. Niebawem, 13 grudnia 2002 r., podczas negocjacji ze stroną unijną, stanęło na 55 proc. dopłat bezpośrednich. Pamiętam, że kiedy rozmawiałem z rolnikami i powtarzałem im te liczby: 25 proc. podwyższyliśmy do 55 proc., że osiągnięcie tego pułapu zajęło siedem, a nie dziesięć lat, to tylko kiwali głowami...
Bo zaczął pan mówić językiem unijnym, skomplikowanym, hermetycznym.
Zdałem sobie z tego sprawę kilka lat temu. Teraz już nie mówię o procentach i pułapach, tylko o czystych pieniądzach, czyli o tym, że dzięki naszym negocjacjom na każdy hektar rocznie rolnik dostał 200 zł więcej. Oczywiście są tacy, którzy mówią: „A co to jest 200 zł!”. Wtedy dopowiadam, że dla 10 ha to już dodatkowe 2 tys. zł rocznie, a dla 50 ha – 10 tys. zł. I tak przez dziesięć lat. Zdarza mi się zapytać rolnika, który ma 50 ha ziemi, czy łatwo byłoby mu oddać te 100 tys. zł – przecież o tyle więcej dostał z unijnych dopłat dzięki naszym staraniom. Mówię też, że swego czasu Jarosław Kaczyński był przeciwnikiem dopłat bezpośrednich. Uważał, że za te pieniądze lepiej zbudować armię europejską.
Ale to mówi pan już w ramach kampanii wyborczej.
Nie. Ludzie o tym nie wiedzą albo nie pamiętają, a jest to ważne.
Ale wieś i tak głosuje na PiS. Gdzie pan popełnił błąd?
Żałuję, że prawda tak trudno się przebija. Nie wiem jednak, czy jest to kwestia błędu mojego albo ludowców. A wracając do negocjacji przedakcesyjnych, uważam, że uczestniczyłem w czymś epokowym, historycznym, to dla mnie także osobiste szczęście, że mogłem brać udział we wprowadzaniu Polski do Unii Europejskiej.
Prezydent Andrzej Duda mówi o wyimaginowanej wspólnocie.
Dla mnie Unia to przede wszystkim strefa bezpieczeństwa i rozwoju. Przecież ja – urodzony w latach 60. – należę do pierwszego od tysiąca lat pokolenia Polaków, które nie doświadczyło wojny. Wiem, to patetyczne, ale ważne.
Patetyczne.
Unia powstała po to, żeby takie okropieństwa jak wojna się nie powtórzyły. Polska leży między Niemcami a Rosją, więc musimy wspierać jedność i solidarność europejską i robić wszystko, żeby tego spokoju, tego szczęścia doświadczały następne pokolenia. Arcybiskup Henryk Muszyński mówi, że w globalnym świecie chcemy się izolować, robimy z tego cnotę i to jest nasza tragedia. Oczywiście arcybiskup do nas wszystkich adresował te słowa, ale czy nie szczególnie do pana prezydenta, premiera, prezesa?
Rozumiem, że kiedy pan negocjował wejście Polski do UE w kwestiach rolnictwa, to myślał pan też o sobie.
Oczywiście. Przecież moje gospodarstwo funkcjonowało, kiedyś tylko ja je prowadziłem. Teraz zajmuje się nim syn. Proszę pamiętać, że rolnictwo stanowiło 42 proc. budżetu unijnego. To naprawdę nasza wielka negocjacyjna wygrana. Miller ze mną nie miał łatwo. Sam mówił, że śniła mu się rzeka mleka, którą negocjowałem. Przypomnę, że Polsce zaproponowano, żebyśmy mogli przetwarzać 7,02 mln ton mleka. A moim założeniem było 11 mln ton, choć wiedziałem, że to nie do ugrania. Kiedy w Kopenhadze już wszyscy powoli kończyli negocjacje, powiedziałem Millerowi, że jak nie będzie 8,5 mln ton, to nie przyłożę do nich ręki. I z 7,02 najpierw zrobiło się 7,5 mln. Romano Prodi wyszedł do mnie i to oznajmił. Nie zgodziłem się.
Mówił pan wtedy po angielsku?
Wtedy w zasadzie w ogóle. Teraz jest trochę lepiej. Ale nigdy z angielskiego nie byłem orłem. Funkcjonuję, porozumiewam się. Na plenarnych posiedzeniach, na małych spotkaniach nie mam problemu. Na rozmowy polityczne dotyczące trudnych spraw biorę tłumacza, który musi być bardzo biegły. Wtedy też byli tłumacze. Jednak i bez mówienia było widać, że obstawiam na swoim. Zaproponowano 8 mln ton. Też się nie zgodziłem. Prawie cała nasza delegacja się na mnie obraziła. Nie rozumieli, dlaczego walczę o pół miliona ton mleka. Zadzwonił prezydent Aleksander Kwaśniewski. Przekonywał mnie, naciskał, żebym uległ, odpuścił. Z dziesięć minut rozmawialiśmy. Kiedy wiedział, że nie ustąpię, powiedział: „Tylko nie rezygnuj z rządu”.
Wstrzymywał pan sfinalizowanie negocjacji wejścia Polski do UE.
I bardzo dobrze. Premier Miller mnie ponaglał. Zaproponował, że zrobimy w naszym gronie głosowanie, czy kończymy negocjacje, czy nie. Ja się miałem wstrzymać. Nie zgodziłem się. Powiedziałem, że są sytuacje, kiedy jest się albo za, albo przeciw. Miller dopytał jeszcze, co będzie po powrocie do kraju. Ja, że nie mogę się zgodzić na to, by nasi rolnicy byli karani. On: „Co z naszą koalicją?”. Ja, że nie będzie koalicji. I wiedział, że nie blefuję. Poszedł na spotkanie z premierami unijnej piętnastki i przekazał, że musi być 8,5 mln ton mleka, bo jak nie będzie, to koalicja w Polsce się rozleci i nie wiadomo, co z unijnym referendum.
Szantaż.
Szantaż, ale miało być 7,02, a było 8,5.
Rolnicy pana na rękach nie nosili.
Moi współpracownicy czekali w Polsce. Byli dziennikarze. Był redaktor Adam Michnik. Przyszedł mi podziękować, pogratulować.
Nie ma pana na zdjęciach z Kopenhagi z 13 grudnia 2002 r.
Na niektórych jestem. Ale o mały włos by mnie nie było. Był czas, że kiedy byłem posłem, w Sejmie miałem miejsce obok premiera Tadeusza Mazowieckiego. Często rozmawialiśmy. To było dla mnie wielkie doświadczenie. Mazowiecki wiedział, czym się zajmuję i właściwie to jemu zawdzięczam swój udział w negocjacjach. Na tydzień przed wyjazdem do Kopenhagi premier Miller zaprosił na obiad wszystkich byłych premierów. Wtedy Tadeusz Mazowiecki zapytał go, kto jedzie do Kopenhagi. Zdziwił się, że nie wymieniono mojego nazwiska, powiedział: „Ale jak to, przecież rolnictwo jest ważne i w sensie finansowym, i w politycznym”. Rozumiał, że w referendum unijnym wieś też musi wziąć udział. I tak znalazłem się w delegacji. Potem – to już wiem z opowieści – oglądając w telewizji program z konferencji w Kopenhadze, zapytał: „A gdzie Kalinowski? Jak jego nie ma, to znaczy, że dzieje się coś złego”. Nie zauważył mnie, bo siedziałem w tyle, z boku. Na pierwszym planie byli Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz. Kiedy wchodziłem do sali konferencyjnej, zaczepiłem o jakiś drut wystający z podłogi. Poczułem, że coś mi cieknie po nodze, że w bucie zaczyna być lepko. Usiadłem z brzegu i po prostu w kadrze się nie zmieściłem.
Z premierem Millerem się panowie po prostu nie trawili.
Nie aż tak. Ale różne rzeczy pamiętam, jak np. wizytę Güntera Verheugena w Warszawie, który przyjechał na kongres socjaldemokracji europejskiej organizowany przez premiera Millera. Nie omieszkał się ze mną spotkać. Wychodzimy z gabinetu, stajemy przed kamerami i Verheugen mówi, że wraca do Brukseli przygotować lepszą propozycję dla Polski w obszarze rolnictwa. Telewizja publiczna jednak tego nie puściła, bo nie było to korzystne dla Millera.
A pan mówi, że teraz TVP jest upolityczniona.
Zawsze była. Nie tak, jak teraz, ale była. Jeśli ktoś mówi inaczej, to znaczy, że kłamie. Dzisiaj nawet pozorów nikt nie stwarza. Dzięki sytuacjom takim, jak ta z Verheugenem wiem, że łatwiej było zabiegać o sprawy rolnictwa polskiego w Brukseli czy Kopenhadze niż na posiedzeniach własnego rządu. Pamięta pani „świński dołek”, kryzys dotyczący skupu wieprzowiny? Jeszcze nie byliśmy w UE. Trzeba było podjąć decyzję dotyczącą interwencji kryzysowej. Z centralami związkowymi uzgodniłem, że zakres tej interwencji, czyli skupu wieprzowiny z rynku, będzie większy i cena za kilogram będzie o 10 gr wyższa. To miało kosztować budżet 4 czy 5 mln zł, czyli w skali kraju w zasadzie niewielkie pieniądze. Premier Miller te środki blokował. Mówił, że mam pojechać do Poznania, bo tam rolnicy protestują, Lepper stoi na ich czele. Mówiłem, że nie pojadę, dopóki nie dostanę pieniędzy. On: „Dostaniesz, ale jedź”. Pojechałem, a ze mną, w imieniu premiera, jego bliski współpracownik. I kiedy mówiłem do rolników, to była cisza. Kiedy wyszedł wspomniany człowiek premiera, to się jaja posypały. Media potem pokazały, że jaja leciały we mnie, a nie w niego. Bardzo to przeżyłem. Potem się okazało, że było to umówione z Lepperem, wiedział, że będą jajka. Zwyczajna ustawka.
Teraz jest szansa, że premier Miller będzie europosłem w PE, to się pan odegra.
Mam rzucać w niego jajkami? Wtedy ogłosił, że wyrzucił PSL z koalicji. A tak naprawdę atmosfera była tak napięta, że nie dało się już dłużej wytrzymać. Zdecydowaliśmy, że wychodzimy z rządu. Jednak nie chcieliśmy na dwa miesiące przed unijnym referendum ogłaszać, że to przez świnie, przez 10 gr za kilogram wieprzowiny. Toż powiedzą, że Kalinowski zwariował, że wszyscy w PSL-u zwariowali. I uważam, że wtedy popełniłem błąd, mogłem powiedzieć o świniach. A powiedzieliśmy, że nie zgadzamy się z ustawą dotyczącą winiet... Trochę tego żałuję.
PSL zawsze w koalicji.
Nie zawsze, a o przystąpieniu do Koalicji Europejskiej decydowaliśmy demokratycznie. Było głosowanie. Wynik 86 do 8. Jednak obawiam się, że KE powstała za wcześnie, ale teraz trzeba zrobić wszystko, żeby wygrać. Myślę też, że jeśli KE przegra w wyborach europejskich, to jesienią nie pójdziemy razem. A jeśli nie pójdziemy, to PiS wygra krajowe wybory.
Załóżmy, że PiS wygrywa. Nie ma większości parlamentarnej...
Nie, nie, to nie wchodzi w grę…
Już pan wie, co chciałam powiedzieć?
W żadną koalicję z PiS-em PSL nie wejdzie. Nigdy się nie zgodzimy na łamanie fundamentalnych zasad. W 2005 r. otrzymaliśmy propozycję od PiS-u. Z naszej strony pracował nad nią zespół negocjacyjny, po czym koledzy zdawali sprawozdanie z przebiegu negocjacji i na forum Rady Naczelnej głosowaliśmy stanowisko. Wtedy prezesem PSL był Waldemar Pawlak. Mówił, że PiS chce silnego państwa. I szczerze powiem, że gdyby chodziło o silną Polskę, to może te rozmowy wyglądałyby inaczej. A PiS-owi już wtedy chodziło o silne służby i podporządkowany władzy aparat sprawiedliwości. Wincenty Witos w swoim testamencie nakreślił trzy zasady polityki ludowej: po pierwsze, niepodległe państwo, po drugie, wdrażanie w życie zasad demokratycznego państwa prawa i po trzecie, troska o nasze ludowe interesy i godność człowieka. Mówiąc o ludowych interesach nie miał na myśli PSL-u, tylko ludzi.
Przecież to PiS przejmuje wieś, a raczej już przejęło.
Wciąż próbuje to zrobić. Strategią PiS-u jest to, żeby PSL-owi jeszcze troszkę uszczknąć. Nie wyszarpnąć, tylko właśnie uszczknąć. Gra wyborcza idzie o 1–2 proc. Oczywiście to jest kwestia zaktywizowania tych, którzy potencjalnie mogą na nas zagłosować.
PiS też aktywizuje.
Wiem.
Skoro pan, rolnik, PSL-owiec mówi, że nie ma nic przeciwko związkom partnerskim, to znaczy, że PiS już wieś przejęło.
Związki partnerskie to nie tylko związki homoseksualne. A co do wsi, to owszem, PiS ma dziś tam największe poparcie i nikt wcześniej takiego nie miał. Choć były czasy, kiedy SLD, a potem Platforma miały na wsi wyższe notowania od PSL-u. Teraz PiS położył się na części naszego elektoratu i nie można go ruszyć. Wiem, że do czasu. Trzeba być cierpliwym i robić swoje, nie tylko krytykować to, co oni proponują, ale klarownie oceniać sytuację.
Sławomir Świerzyński, lider zespołu disco polo, wystąpił z PSL przez związki partnerskie.
A ma kontrakt u Jacka Kurskiego?
Nie wiem.
Przekonamy się w sylwestra.
To będzie już po wyborach.
W tym przypadku chyba działa zasada, że najpierw trzeba się wykazać, a potem czekać na wypłatę honorarium... Z całym szacunkiem, ale on dziś opowiada różne dyrdymały, jak to, że gdy miał 11 lat, to skrzywdził go ktoś, kto teraz jest w kręgach PO. Kto? Takie gadanie jest niepoważne.
Deklaracja LGBT mu przeszkadza.
I na pewno ta deklaracja nie pomaga PSL w kampanii, choć trzeba wiedzieć, że UE żadnej jurysdykcji w sprawach światopoglądowych nie ma i mieć nie będzie.
Ale pan dobrze wie, że na wsiach deklaracja LGBT raczej nie będzie obowiązywać.
Nie będzie, ale powtórzę, że i tak nam zaszkodziła.
Jeździ pan po Polsce i się tłumaczy?
Mimo że jestem w polityce od 1990 r. i wiele osób mnie kojarzy, to zaczynam od początku, od przedstawienia się, od tego, że mam gospodarstwo, że żona uczy w szkole...
Strajkowała?
Tak. Że prowadzi zespół ludowy, że mamy dzieci, że jesteśmy rodziną hołdującą tradycyjnym wartościom, ale z otwartością na świat.
Kościół polski nie wydaje się otwarty na świat.
Jest taki, jaki jest. To nasz Kościół, mój Kościół. Witos mówił, że w sprawach wiary słuchamy każdego wikarego, ale w sprawach polityki nie musimy słuchać nawet biskupa.
LGBT to polityka?
Małżeństwo jest małżeństwem, ja na inną formułę się nie godzę. Platformie ta deklaracja pomogła, bo przy wysokich notowaniach Biedronia trzeba było jakiś mur pobudować, żeby odpływu elektoratu nie było.
PSL przez to stracił.
Słyszała pani, co na konwencji PiS mówił Jarosław Kaczyński o rodzinie? Ja mam pięcioro dzieci, ośmioro wnucząt i żaden kawaler, nawet z Żoliborza, nie będzie mnie uczył, co to jest rodzina i wychowanie dzieci. To my, PSL, wpisaliśmy do konstytucji formułę dotyczącą rodziny.
O tym też na wsi nie pamiętają.
Teraz jest zupełnie inna wieś, niż była 15, 20 lat temu.
W byłych PGR-ach pan był?
Byłem.
Dwa miliony zapomnianych ludzi.
Wiem, to jest dziedziczone bezrobocie.
PSL o nich zapomniał. Pan też.
W 1997 r., kiedy pierwszy raz byłem w rządzie, to na bazie tego, co pozostało po gospodarstwach państwowych, stworzyłem projekt rekompensat dla tych ludzi i ich dzieci, które tam zostały. Niestety, po pół roku były wybory i nie udało się go zrealizować.
To było ponad 20 lat temu.
Drugi raz, kiedy w 2001 r. startowałem w wyborach prezydenckich, trafiłem do osiedla popegeerowskiego. Czułem, że mam problem w nawiązaniu kontaktu z tymi ludźmi, że nie wiem, jak z nimi rozmawiać. Zacząłem pytać, czy jest ktoś, kto skończył szkołę średnią, czy może ktoś studiuje i zaproponowałem, że ufunduję stypendium dla tego młodego człowieka, który jest na studiach. Podniosło się larum, dlaczego nie dla innych. Skończyło się na tym, że wyjeżdżając zajechaliśmy do sklepiku, zobaczyłem, że jest zeszyt, więc zapłaciłem te wszystkie długi.
Ile?
Z 5 tys. zł.
Myśli pan, że w ten sposób kupił pan sobie wyborców?
Nie sądzę. Ale wtedy tyle mogłem zrobić. Byłem bezradny.
Pan jest 10 lat w PE i nic się nie zmieniło w takich miejscach.
Przyjmuję to, co pani mówi.
Teraz pan ma okazję coś dla tych ludzi zrobić, przynajmniej im coś obiecać.
Bez wątpienia to jest grupa społeczna najbardziej skrzywdzona. Był pewien moment, kiedy PSL chciał zająć się dziećmi na terenach popegeerowskich, dać im edukację, internaty. Jak już mówiłem, nie udało się, ale dziś także uważam, że państwo powinno w pełni finansować koszty kształcenia kolejnych pokoleń dzieci z tych środowisk.
Rolników uprawiających ziemię jest tylko 500 tys.
Ale 1,3 mln ludzi składa wnioski o dopłaty. Jeżdżę po całej Polsce i wiem, że wielu przekazuje swoją ziemię sąsiadowi mówiąc: „Ty orz i siej, a ja wezmę dopłaty”. Moja wieś rodzinna to są 32 numery. A z rolnictwa utrzymuje się pięciu, sześciu sąsiadów. Kiedyś – większość. I jeśli taki człowiek usłyszał, że PiS podwoi dopłaty, wie, że rząd dał 500 zł na każde dziecko, a w TVP mówią, że ta Unia to diabeł wcielony, a opozycja to zdrajcy, i jeszcze ksiądz z ambony to wszystko potwierdzi, to nam jest trudno cokolwiek zrobić. Telewizja stała się instrumentem perfidnie i skutecznie wykorzystywanym przez rządzących.
Przecież pan ostatnio jest gościem w TVP. Rozumiem, że to też w ramach kampanii.
Mam świadomość, że czasami moja obecność w TVP bywa wykorzystywana do uwiarygodnienia kłamstw, które stamtąd się sączą. Kiedy się zaczynał strajk nauczycieli, zostałem zaproszony do popularnego wieczornego programu publicystycznego. Okazało się, że tuż przed programem dość długo na temat nauczycieli przemawiała pani Beata Szydło, a po programie z moim udziałem debatowano o tym, jacy to nauczyciele są leniwi, nie chcą pracować i biorą uczniów jako zakładników.
To po co pan chodzi do TVP?
Liczę, że ktoś posłucha tego, co mówię i zasieję w nim ziarenko niepokoju, że ktoś zacznie myśleć, a nie bezrefleksyjnie przyjmować tę propagandę.
Pan od 10 lat siedzi w Brukseli.
W Parlamencie pracuję od poniedziałku do czwartku, trzy dni w tygodniu mogę więc być w Polsce i dokładnie wiem, co się tu dzieje. Wiem, co można zrobić i dla prawdziwych rolników, i dla mieszkańców wsi. Z drugiej strony przecież PSL nie opiera się tylko na elektoracie rolniczo-wiejskim. Nie rezygnujemy z kilku procent w miastach, nawet największych.
Lubi pan tam być?
W Brukseli? To jest zupełnie inna perspektywa.
Drugie życie.
Życie jedno i to samo. W Brukseli wynajmuję mieszkanie kilometr od Europarlamentu, 300 m od stacji metra, w której trzy lata temu był zamach. Różnica pomiędzy Parlamentem Europejskim i naszym krajowym jest taka, że tam nie ma podziału na większość rządzącą i opozycję. Komisja Europejska składa się z delegowanych osób, owszem, zatwierdzanych przez PE, ale np. w poprzedniej kadencji komisarzem był nawet komunista z Cypru. Zdecydowana większość frakcji politycznych w PE ma swoich przedstawicieli w KE.
Pytałam o życie, nie o politykę. Żona, dzieci, wnuki tu, a pan tam.
Wszyscy już zdążyliśmy się przyzwyczaić do mojej pracy na odległość. Jak wspomniałem, mam to szczęście, że nie jestem w Brukseli na stałe, a by dostać się z Okęcia do domu, potrzebuję niecałej godziny. Pamiętam jednak 2004 r., gdy odbywały się pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego. Prezesem PSL-u był wtedy Janusz Wojciechowski. Zapadła obligatoryjna decyzja, że wszyscy posłowie startują. W tym prezes. Uważałem, że nie powinien, że lider partii musi być na miejscu, w Polsce. Jako przewodniczący Rady Naczelnej naszej partii użyłem tego argumentu, by nie startować. Nie chciałem zostawiać gospodarstwa, dzieci jeszcze niesamodzielnych. Syn dopiero studiował. Pięć lat później sytuacja się zmieniła, syn zaczął prowadzić gospodarstwo. Ale to nie jest tak, że ja na nim nic nie robię.
Patrzę na pana ręce. Wypielęgnowane, dobry manicure.
Tak pani myśli? U nas w gospodarstwie najbardziej pracochłonnym okresem jest jesień. Mamy produkcję ziemniaka skrobiowego.
Na mąkę?
Tak, na skrobię ziemniaczaną.
Taką, którą dosypuje się do placków ziemniaczanych?
Jeśli pani będzie smażyć, to proszę zobaczyć, czy produkowana w Łomży. Jeśli tak, to znaczy, że z moich ziemniaków.