Theresa May miała przyjechać dzisiaj do Brukseli po zgodę na przesunięcie daty pożegnania z UE. Zamiast tego prawdopodobnie odjedzie z kwitkiem.
Reklama
Chociaż do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostało już tylko osiem dni, a politycy po obu stronach kanału La Manche woleliby uniknąć twardego brexitu, to Brytyjczycy najprawdopodobniej nie uzyskają dzisiaj przedłużenia swojego członkostwa we Wspólnocie.
Taką informację przekazał wczoraj po południu przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Szef RE stwierdził, że liderzy państw unijnej 27 są gotowi zgodzić się na przesunięcie daty brexitu, ale pod jednym warunkiem: że brytyjski parlament przyjmie wynegocjowaną już umowę rozwodową między Londynem a Brukselą.
– W świetle konsultacji, jakie prowadziłem przez ostatnie parę dni, jestem przekonany, że krótkie wydłużenie członkostwa będzie możliwe. Pod warunkiem wszakże, że Izba Gmin w pozytywny sposób zagłosuje nad porozumieniem wyjściowym – powiedział Tusk. Zaznaczył, że z formalnego punktu widzenia nie jest problemem, że zgoda na przesunięcie brexitu nie zostanie udzielona jutro. Alternatywa jest taka, że w przyszłym tygodniu szefowie rządów podejmą taką decyzję pisemnie. Przewodniczący RE nie wykluczył jednak zwołania nadzwyczajnego szczytu, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Popołudniowa konferencja Tuska była odpowiedzią na wczorajszy oficjalny list premier Theresy May. Brytyjska premier zwróciła się w nim do szefów rządów państw Unii o przedłużenie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE do 30 czerwca. Jako przyczynę wniosku podała niespodziewaną decyzję spikera Izby Gmin Johna Bercowa z poniedziałku. Nie dopuścił on do trzeciego głosowania nad umową rozwodową. May zapowiedziała jednak w liście, że jej intencją jest po raz kolejny poddać dokument pod głosowanie w Westminsterze. Rząd może się posłużyć kilkoma różnymi trikami prawnymi, aby wymusić trzecie głosowanie pomimo decyzji Bercowa.
Nie zmienia to jednak faktu, że europejskie ultimatum stawia polityków nad Tamizą w trudnej sytuacji. Oznacza ono bowiem, że stają przed prostym wyborem: albo poprą porozumienie wyjściowe wynegocjowane przez premier May, albo staną wobec perspektywy twardego brexitu.
W szczególnie niezręcznym położeniu znajdą się posłowie Partii Pracy, którzy dotychczas głosowali przeciw porozumieniu. Jeśli bowiem parlament ma przyjąć umowę rozwodową, to ich poparcie będzie niezbędne, biorąc pod uwagę, że w Partii Konserwatywnej wciąż jest kilkunastoosobowa grupa posłów zarzekających się, że nie zagłosują za dokumentem.
Niewiadomą również jest stanowisko posłów należących do Demokratycznej Partii Unionistycznej z Irlandii Północnej. Z jednej strony porozumienie zawiera hamulec awaryjny, który stał się powodem odrzucenia przez nich dokumentu (grozi bowiem, że ta część Zjednoczonego Królestwa znajdzie się w innym reżimie prawnym niż reszta kraju). Z drugiej jednak strony wiedzą, że twardy brexit spowoduje spustoszenie gospodarcze w ich okręgach, o czym niedawno informował szef służby cywilnej Irlandii Północnej.
Donald Tusk zasygnalizował także, iż kwestia tego, o ile przedłużyć członkostwo Wielkiej Brytanii w UE, wciąż jest otwarta. To oznacza, że szefowie rządów państw unijnych dostrzegają prawdopodobieństwo, że umowa rozwodowa mimo wszystko nie zostanie przyjęta przez Izbę Gmin. W takiej sytuacji Brytyjczycy prawdopodobnie musieliby się przegrupować i przemyśleć jeszcze raz, jakiego brexitu chcą – i na jaki brexit znalazłaby się większość w Westminsterze.
– Mamy teraz prawdziwe ryzyko, że do twardego brexitu dojdzie przez przypadek. Musimy dać brytyjskiemu rządowi trochę luzu w kwestii przedłużenia – mówił wczoraj koncyliacyjnym tonem premier Irlandii Leo Varadkar.
Premier Theresa May podczas wczorajszego, cotygodniowego wystąpienia w Izbie Gmin zasugerowała jednak, że jeśli miałoby dojść do przedłużenia członkostwa Wielkiej Brytanii w UE o więcej niż trzy miesiące, prawdopodobnie poda się do dymisji. To by oznaczało jeszcze większy chaos polityczny nad Tamizą.
Przewodniczący RE nie wykluczył zwołania szczytu nadzwyczajnego