Po ogłoszeniu przez PiS swoich jedynek i dwójek w wyborach do Parlamentu Europejskiego ogłoszenie list wyborczych przez połączoną opozycję będzie najbardziej oczekiwanym wydarzeniem politycznym najbliższych tygodni.
Po apelu byłych premierów i szefów MSZ o wspólny start ugruntowała się koncepcja superlisty, obsadzonej dobrze znanymi byłymi szefami rządów i ministrami. Pojawili się w tym kontekście premierzy Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz czy minister Radosław Sikorski.
Przyciągnięcie znanych postaci ma oczywiście pomóc opozycji wygrać wybory. Jednak logika polityczna nie musi odpowiadać interesowi polskich obywateli i polskich firm, którzy w Brukseli przede wszystkim potrzebują posłów dostępnych, aktywnych, zaangażowanych i skutecznych. Praktyka pokazuje, że pomysł szerokiej superlisty częściowo się z tą potrzebą kłóci.
Ponieważ władzę w PE i kontrolę nad przebiegiem legislacji sprawują koalicje wokół największych grup politycznych w PE, mądre rozmieszczenie w grupach 52 posłów, którzy nam przypadają w nowej kadencji PE, jest celem strategicznym, od którego będzie zależeć nasz wpływ w Brukseli. W obecnej kadencji większość polskich mandatów zdobyły PO/PSL (razem 22, co dało im status drugiej największej delegacji w Europejskiej Partii Ludowej EPP) oraz PiS (19, druga największa delegacja w Europejskich Konserwatystach i Reformatorach). Przez słaby wynik lewicy (pięć mandatów) Polska miała mały wpływ na drugą największą grupę w PE, socjalistów (S&D). Ale mamy duży wpływ na dwie z trzech największych grup.
Szeroka koalicja do PE powoduje, że tort, który w poprzednich wyborach przypadł prawie wyłącznie PO/PSL (dzięki czemu zbudowały one silną pozycję w EPP), tym razem zostanie rozbity między PO/PSL, Nowoczesną/Teraz, SLD/Zjednoczoną Lewicę, Zielonych i może innych. Po wyborach koalicja się rozpadnie i posłowie wejdą do grup politycznych odpowiadających ich partiom. Ale PO/PSL może nie być już tak znaczące w EPP, a SLD wprowadzi zbyt mało posłów, aby wpływać na S&D, tak samo jak Nowoczesna na liberałów z ALDE. W rezultacie istnieje ryzyko, że polski głos centroprawicy i lewicy straci na znaczeniu. Jeśli Wiosna utrąci Koalicji Europejskiej część mandatów, zwiększy się łączna liczba mandatów lewicowych (SLD i Wiosna), ale kosztem mandatów centroprawicowych.
Należy się też zastanowić, czym będą się zajmować w PE byli polscy premierzy i ministrowie. Bardzo pozytywny i budujący jest przykład Jerzego Buzka, który bez wątpienia jest najbardziej wpływowym i jednym z aktywniejszych polskich posłów w PE. Niemniej jednak statystyki działalności wielu pozostałych byłych dygnitarzy w PE pozostawiają wiele do życzenia.
Polskie firmy i obywatele najbardziej potrzebują od posłów zwykłej dostępności i ciężkiej, merytorycznej pracy legislacyjnej. Czy byli premierzy i ministrowie, przywykli do zajmowania się sprawami na poziomie ogólnym, zainteresują się bardzo szczegółową i żmudną legislacją europejską? Czy polskie gwiazdy zniżą się do poziomu zwykłego europejskiego legislatora, zajmującego się przyziemnymi sprawami technicznymi, do monotonnych i długich spotkań z ekspertami czy przedstawicielami firm? Doświadczenie wskazuje, że chociaż gros pracy wnoszą asystenci, bezpośrednie zaangażowanie posła jest konieczne do sukcesu. Od tego, czy osoby wcześniej zajmujące najwyższe stanowiska państwowe odnajdą się w tej ciężkiej pracy, będzie zależeć nasz polski sukces w Brukseli.
Pracowitość obecnych posłów trzeba zweryfikować, opierając się nie na autopromocji w mediach, ale na twardych danych. Statystyki pracy nad raportami i opiniami legislacyjnymi – głównymi dokumentami stanowiącymi przedmiot pracy posłów w PE – wykazują, że najbardziej aktywni posłowie w EPP to Tadeusz Zwiefka, Michał Boni i Jarosław Wałęsa. A Dariusz Rosati udowodnił podczas prac nad rozporządzeniem nawozowym, że można zdziałać dużo dobrego nawet bez formalnych uprawnień do raportu.
Kluczowym elementem jest waga legislacji dla Polski. Dobry przykład dali premier Jerzy Buzek (energetyka), była komisarz Danuta Hübner, posłowie Janusz Lewandowski i Jan Olbrycht (budżet i fundusze). Posłowie nieaktywni nie powinni ponownie znaleźć się na listach. Tak jak i poseł Adam Szejnfeld, który oddał niesprzyjającej w tej sprawie polskim interesom posłanka Fideszu jeden z najważniejszych dla polskiego rządu raportów tej kadencji: wspomniane rozporządzenie nawozowe. Tylko połączonymi siłami posłów wybranych z list PO, PiS i KORWiN udało się zminimalizować straty. Takie sytuacje nie powinny się powtórzyć.
Polska musi myśleć o przygotowaniu nowego pokolenia europosłów: znających języki, mechanizmy legislacyjne i polityczne oraz prawo UE. Obstawienie jedynek wysłużonymi politykami, którzy jadą na jedną kadencję i z Parlamentem Europejskim mieli wcześniej mały styk, nie wysyła dobrego sygnału. Mamy jedną z najwyższych średnich wieku posłów. Wynosi ona prawie 62 lata i jest o siedem lat wyższa niż średnia UE i o 11 lat wyższa niż średnia posłów holenderskich czy włoskich.
Musimy inwestować w młodych i zdolnych. Nieprzypadkowo poseł Wałęsa, jeden z najaktywniejszych i najbardziej wpływowych polskich posłów EPP, jest jednocześnie najmłodszym z nich. Reasumując, szeroka superlista opozycji ma jej zapewnić dobry wynik wyborczy. Ale z punktu widzenia obrony wpływów Polski w Brukseli najcięższy etap zaczyna się dopiero po wyborach.