Głównym powodem, dla którego Donald Trump wygrał wybory, była jego obietnica „oczyszczenia bagna” (drain the swamp). W kampanii starał się odmalować swoją rywalkę Hillary Clinton jako symbol zepsutego Waszyngtonu, a przede wszystkim obrończynię władzy Wall Street oraz bankierów odpowiedzialnych za kryzys 2008 r. Chwilę po zaprzysiężeniu okazało się, że Trump żadnego bagna nie wyczyści: ani w kontekście personalnym, ani na drodze systemowych regulacji ograniczających wpływ instytucji finansowych na politykę. Co więcej, zatrudnił w swoim rządzie miliarderów z owym bagnem silnie związanych.
Wielkim wyborczym postulatem Trumpa była likwidacja historycznej reformy ubezpieczeń zdrowotnych autorstwa poprzedniego prezydenta, zwana kolokwialnie Obamacare. „The Donald”, jak określają go zwolennicy, nie miał jednak żadnego pomysłu na to, czym ją zastąpić. Kiedy w Kongresie zaczęły się debaty na temat wprowadzenia nowego systemu, twardogłowi republikanie zaczęli się kłócić z tymi umiarkowanymi i nie udało się znaleźć 51 głosów za kompromisową wersją nowych przepisów. Nieznający się na subtelnej sztuce negocjacji Trump wezwał do pilnego głosowania i napisany na kolanie projekt upadł.
Trump kandydat obiecywał też uregulować sprawę imigracji i uszczelnić granice USA przed przybyszami, którzy chcą ją przekroczyć nielegalnie. Zapowiadał, że w ciągu pierwszych stu dni prezydentury na pograniczu z Meksykiem zacznie się budowa muru. Po dwóch latach jeszcze się nie rozpoczęła, chociaż prezydent stawia sprawę na ostrzu noża i grozi kolejnym zamrożeniem budżetu, czyli shutdownem, jeżeli demokraci z Izby Reprezentantów nie dadzą na mur pieniędzy.
Kolejną klęską związaną z imigracją, polityczną i wizerunkową, jest tzw. travel ban, zakaz wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych obywateli Iranu, Iraku, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu (dzięki wysiłkom dyplomatycznym Bagdadu Irak wypadł z listy). Przepis wprowadzono na mocy prezydenckiego rozporządzenia wykonawczego. O planach jego podpisania nie wiedziały ani Departament Spraw Wewnętrznych (Homeland Security), ani linie lotnicze i dyrekcje lotnisk. Efektem był bezprecedensowy chaos. Zaczęła się gehenna podróżnych, których odsyłano z powrotem do ojczyzny. Nie wpuszczano także posiadaczy zielonych kart – osób, które nierzadko zbudowały sobie w Ameryce całe życie i tylko czekały w kolejce po obywatelstwo.
W Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich 30 lat niewiele inwestowano w infrastrukturę. Autostrady, które wybudowano w latach 50. i 60., niszczeją. Barack Obama chciał np. budowy szybkiej kolei łączącej metropolie Wschodniego Wybrzeża. Projekt upadł. Trump szedł do władzy z dużo ambitniejszym planem: chciał w ciągu pierwszych stu dni swojej prezydentury wydać na różne programy modernizacji i naprawy infrastruktury okrągły bilion dolarów. Dotąd się za to nie zabrał.
Prezydent ma kłopoty nie tylko z rządzeniem i administrowaniem, ale i z kadrami. Jeszcze nigdy we współczesnej historii USA nie było tylu wakatów na ważnych stanowiskach w rządzie. Przepisy zobowiązują Senat do zatwierdzenia 553 stanowisk: ministrów, wiceministrów, szefów agencji federalnych, ambasadorów etc. Dotąd nie zatwierdzono jednej trzeciej z nich. Niewielu profesjonalistów chce mieć w CV pracę u Trumpa. Prezydent wiele decyzji chce podejmować osobiście. A że targają nim zmienne emocje, często w ostatniej chwili zmienia zdanie co do obsady konkretnego fotela. Jedno potrafi: zwalniać. Waszyngtońscy dziennikarze żartują, że w czwartek wieczorem wszyscy pracownicy kancelarii prezydenta mają posprzątane biurka, bo piątek tradycyjnie zaczyna się od serii dymisji.
Prócz tego mamy śledztwo w sprawie kontaktów prezydenckiego zaplecza z Kremlem, jeszcze w czasie kampanii i już w Białym Domu. Prowadzi je specjalny prokurator Robert Mueller. Kilka osób usłyszało zarzuty. Cały raport na ten temat poznamy wiosną.
Z naszej perspektywy największą klęską Donalda Trumpa jest osłabienie Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Wiceprezydent Mike Pence nieraz uspokajał w Brukseli europejskich liderów, że NATO to dla USA sojusz kluczowy i Ameryka pozostanie mu wierna. W tym samym czasie prezydent na Twitterze wzywał europejskich członków Sojuszu Północnoatlantyckiego, by płacili, jeśli dalej chcą być chronieni przez Amerykę. Trump krytykuje też Organizację Narodów Zjednoczonych, zarzucając jej, że część jej agencji chroni interesy państw nieprzestrzegających praw człowieka i jawnie zagrażających interesom USA. Jest cała lista krajów, w których Trump w dalszym ciągu nie powołał ambasadorów. Ponad rok trwały negocjacje dotyczące przyjazdu Georgette Mosbacher do Warszawy.
Sytuację na arenie międzynarodowej próbował ratować sekretarz stanu Rex Tillerson, ale po tym, jak prezydent nazwał go idiotą, odszedł w atmosferze awantury. Jego następca Mike Pompeo jest Trumpowi ideowo o wiele bliższy, ale za to europejscy partnerzy go nie szanują. Ostatnio surowo go skrytykowali, gdy Donald Trump wycofał się w zeszły piątek z zawartego jeszcze z ZSRR traktatu o likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu.