- Jesteście suwerennym krajem. Stany mają bazy na całym świecie i nie pytały o zgodę NATO. Nie sądzę, by Niemcy pytali inne kraje, czy mogą zaprosić amerykańskich żołnierzy - mówi w wywiadzie dla DGP Corey Lewandowski, szef kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa 2015–2016 r.



Pracował pan z Donaldem Trumpem przy kampanii prezydenckiej. Do dziś widuje się pan z prezydentem regularnie. Jeśli zostałby pan zatrudniony do przeprowadzenia kampanii wśród amerykańskich elit na rzecz ustanowienia baz USA w Polsce, jak by pan się do tego zabrał?
Po pierwsze, potrzebne jest poparcie Polaków dla tej idei. I wydaje się, że ono faktycznie jest. Później trzeba pokazać kongresmanom korzyści z silnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. To istotne, nawet jeśli chcecie pokryć część tych kosztów. Z drugiej strony trzeba przekonać prezydenta Donalda Trumpa. To się właśnie dzieje.
Reklama
Jak Polska może wpłynąć na kongresmanów?

Reklama
Przez bezpośrednie rozmowy. Są komisje, które nadzorują kwestie militarne, i to one współpracują z Pentagonem i mają wpływ na to, gdzie nasi żołnierze stacjonują.
To są ludzie, których powinniście uświadamiać. Oczywiście ważne są też Pentagon i wojsko. Sekretarz obrony James Mattis zna sprawę bardzo dobrze. Dużo ludzi w rządzie o tym rozmawia. To się sprowadza do kilku spraw. Kwestią numer jeden są pieniądze.
Czyli jeśli my chcemy płacić, to wy chcecie przyjechać?
Nie chodzi tylko o to. USA są bardzo bogatym krajem, ale również bardzo biednym. Mamy 21 bln dol. długu publicznego. Stany Zjednoczone nie mogą być policjantem świata, bo nas na to nie stać. Jeśli są więc kraje, które chcą współpracować z naszym wojskiem, to my chętnie się zgadzamy, ale to musi być obustronne obciążenie. Widziałem prezydenta w ubiegłym tygodniu i rozmawialiśmy o wielu krajach, które chcą, by wojska USA były na ich terytorium, by go bronić, ale za to nie płacą. To niesprawiedliwe w stosunku do Stanów.
Krytycy mówią, że zanim będziemy lobbować za amerykańską bazą w Polsce, powinniśmy rozmawiać z naszymi partnerami w NATO.
To decyzja polskiego rządu. Jesteście suwerennym krajem. Stany Zjednoczone mają bazy na całym świecie i nie pytały o zgodę Sojuszu. Nie sądzę, by Niemcy pytali inne kraje, czy mogą zaprosić amerykańskich żołnierzy. Polskę wyróżnia to, że wy faktycznie wydajecie na obronność tyle, ile powinniście. Płacicie swoje 2 proc. PKB wymagane przez NATO. Nie rozumiem, dlaczego Sojusz miałby mieć coś przeciwko. Amerykańskie bazy blisko rosyjskiej granicy to nie kwestia prowokacji, lecz obrony.
Gdy pan opuścił sztab wyborczy, zatrudniony tam został Paul Manafort, który pracował m.in. dla byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza i miał powiązania z Rosją. Jak powinniśmy oceniać możliwość rozbudowy amerykańskich baz w Polsce w kontekście powiązań prezydenta Trumpa z Rosją?
Znam prezydenta Donalda Trumpa bardzo dobrze. Nigdy nie słyszałem, by powiedział, że chce być nowym najlepszym przyjacielem Rosji. On tak nie mówił. Stwierdził natomiast, że w miejscach, gdzie obie strony mogą osiągnąć korzyści, powinniśmy współpracować z Rosją. Rosja to mocarstwo. I tak np. w Syrii, USA i Rosja mogą współpracować. Czy zawsze będziemy współpracować? Zdecydowanie nie. Paul Manafort jest w więzieniu. Jego powiązania z Ukrainą były podejrzane, został skazany i wylądował za kratkami.
Jak pan ocenia szanse na to, że w najbliższym czasie USA wzmocni obecność wojskową w Polsce?
Jako duże. Polska ma silne relacje z USA. To był drugi kraj odwiedzony przez prezydenta Trumpa w oficjalnej podróży zagranicznej. Przyjechał tutaj, zanim pojechał do Izraela. A Izrael to nasz przyjaciel i sojusznik od ponad 70 lat. Ten prezydent na pewno poważnie rozważy propozycję baz i jeśli uda się wypracować środki finansowe i będzie to dobre dla obu stron, to myślę, że prezydent będzie otwarty na taką decyzję.