To ślad jakiegoś zbrodniczego planu wobec miasta, z całą swoją pokrętną logiką. A to otwiera nowe perspektywy badawcze – mówi varsavianista
Co pan pomyślał, widząc te dokumenty?
Poczułem, że to musi być coś bardzo cennego. Chwilę potem skonsultowałem się z doświadczonymi kolegami z branży. Jeden z nich uświadomił mnie, że taki zbiór może w każdej chwili zostać „rozparcelowany”, o czym ja nie pomyślałem. To zachęciło mnie do działania. W momencie gdy pierwszy raz przejrzałem te segregatory, moje myślenie przebiegało dwutorowo. Z jednej strony uznałem, że ten zbiór jest mniej widowiskowy, niż się spodziewałem, bo większość materiału jest bardzo specjalistyczna. Z drugiej strony uznałem, że jest on bardzo cenny właśnie dlatego, że jest spójny i jedyny w swoim rodzaju, jeśli chodzi o ścieżkę badawczą. Wpadło nam w ręce coś, czego nie oczekiwaliśmy. Ślad jakiegoś zbrodniczego planu wobec miasta, z całą swoją pokrętną logiką. A to otwiera zupełnie nowe perspektywy badawcze.
Czy coś pana zszokowało w tych zbiorach?
Reklama
Jako badacz nie użyję sformułowania, że coś mnie „zszokowało”, bo nigdy dotąd tak się nie stało. Ale rzeczywiście dużo do myślenia dało mi niesamowicie precyzyjne zestawienie planu ze skutkami. Od początku widać, że celem były trzy aspekty, czyli sterroryzowanie, sparaliżowanie i zniszczenie Warszawy.
Myśli pan, że te nowe informacje mogą się okazać przełomowe lub przynajmniej ukazać w nowym świetle wydarzenia z przeszłości?
Tak może się stać. Może to ryzykowne, ale przyrównałbym to do zbrodni wołyńskiej. Wszyscy wiedzą, co tam się stało, natomiast brakuje kluczowej sprawy – a więc dokumentu, rozkazu, który przesądził o eksterminacji polskiej ludności na Wołyniu. W tym przypadku takiego dokumentu nie odnaleźliśmy, dlatego mamy miejsce na dywagacje, czy było to planowe ludobójstwo czy szaleństwo zbrodni. Podobnie można to odnieść do sytuacji Warszawy. Wprawdzie znany jest ogólny rozkaz Hitlera, by nie oszczędzać kobiet i dzieci, by zniszczyć wszystko jak popadnie, ale do tej pory nie mieliśmy w rękach dokumentu, który by wprost nakazywał wyeliminowanie np. sieci szpitali, uniemożliwienie gaszenia pożarów czy dosięganie bombami cywili w piwnicach. Czym innym jest – wydawałoby się przypadkowe – trafienie bombą kościoła wraz ze zgromadzonymi ludźmi, a czym innym planowy wybór celów, które zostaną skutecznie zniszczone, o ile spełnione zostaną jakieś warunki. To wymaga jakiegoś rozpoznania, jakiegoś dokumentu czy raportu, który umożliwi takie zbrodnicze działania. Na razie mamy więc wierzchołek góry lodowej, który może doprowadzi nas do jakiegoś dowodu. Ale na tym etapie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jakie będą efekty. Mamy tylko skrawek dokumentu mówiącego o ludobójstwie, który sam w sobie dowodem jeszcze nie jest.
Jak na wieść o aukcji zareagowały instytucje państwowe?
Pozytywnie, ale nie miałem szansy sprawdzić stopnia skuteczności ich działania. Przypuszczam, że instytucje – może poza Muzeum Powstania Warszawskiego – nie dysponują budżetami, które mogłyby uruchomić z dnia na dzień właśnie z myślą o takich sytuacjach. Trzeba działać szybko, bez ryzyka, że ktoś zbiór wylicytuje wcześniej. ⒸⓅ