Zwraca na to uwagę w swoim niedawnym tekście dla „Le Monde” Thomas Piketty. Francuz polemizuje tam z powtarzanym przez większość mediów przekonaniem, że Katalończyków doprowadziło do buntu coraz mocniejsze przykręcanie centralistycznej śruby przez Madryt – choćby w dziedzinie sądownictwa – co oznaczało wycofywanie się rządu konserwatysty Rajoya z decentralistycznych posunięć poprzednika, socjalisty Zapatero. Tymczasem – jeśli spojrzeć na sprawę od strony ekonomicznej – wszystko robi się nieco bardziej skomplikowane. Lewacka Katalonia nie tyle zbuntowała się przeciw prawackiemu Madrytowi, ile na naszych oczach zaczęły działać ekonomiczne mechanizmy uruchomione parę lat temu.
A było to tak: w 2011 r. weszły w życie przepisy czyniące z Hiszpanii jeden z najbardziej zdecentralizowanych krajów świata. Ta decentralizacja jest wyjątkowo głęboka, bo chodzi w niej o podatki. Od sześciu lat podatek dochodowy (PIT) każdego Hiszpana i każdej Hiszpanki jest dzielony między budżet federalny, a władze lokalne autonomicznych regionów w stosunku 50:50, przy czym regiony mogą ustanowić sobie własną tabelę stawek. I tak robią. W 2016 r. w regionie Madrytu lokalny PIT miał pięć stawek i układał się między 9,5 a 21 proc. (oczywiście progresywnie w zależności od dochodu). Z kolei na Balearach miał dziewięć stawek między 9,5 proc. a 25 proc. W Katalonii zaś między 12 a 25,5 proc. (sześć stawek). Dopiero do tych podatków dochodzi ogólnohiszpański federalny PIT układający się między 9 i 22,5 proc.