Autopromocja

"Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko": Z brudu powstałeś

"Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko" Fot. GREG Noo-WAK
"Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko"Media
17 września 2013

Dla tych, co teatr Agaty Dudy-Gracz znają pobieżnie, „Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko” pewnie okaże się olśnieniem. Wtajemniczeni jednak mogą poczuć zawód.

Agata Duda-Gracz zbiera owoce swojej konsekwencji. Wypracowała osobny styl, własny sceniczny język, sprawiła, że jej inscenizacje można rozpoznać szybko, czasem już w pierwszej sekwencji. Przez lata jednak pracowała poza głównym nurtem teatralnego życia. Robiła swoje – zazwyczaj rzeczy bardzo poruszające – nie doczekując się powszechnego docenienia. Znalazła jednak swe artystyczne domy – w Łodzi w Teatrze Jaracza, we wrocławskim Capitolu, nie opuszczając przy tym krakowskiego Teatru Słowackiego. Nigdy nie oglądała się za innymi i dziś wygrywa. Dosłownie. Jej wspaniały „Ja, Piotr Riviere, skorom już zaszlachtował siekierom swoją matkę, swojego ojca, siostry swoje, brata swojego i wszystkich sąsiadów swoich…” z Capitolu w październiku będzie pokazywany na wrocławskim Dialogu, krakowska „Porcelanka”, inspirowana „Troilusem i Kresydą” Williama Szekspira, zdobyła Yoricka dla najlepszej inscenizacji szekspirowskiej w poprzednim sezonie. Paradoks w tym, że oba te spektakle dzieli wiele. „Riviere” wyznacza dotychczasowy szczyt Dudy-Gracz, będąc dziełem skończonym, chwilami ocierającym się o doskonałość. „Porcelanka” zaś stanowi krok w tył i pokazuje, że musi ona zachować czujność. Bo co innego być wyznawczynią własnego stylu, a co innego stać się jego niewolnikiem.

We wrocławskim Capitolu, który pod dyrekcją Konrada Imieli z sukcesem rozszerza formułę teatru muzycznego, artystka przygotowała przedziwny łże-musical, który w istocie był chwilami misterium, a w całości układał się w przejmujący moralitet. Znalazły się w nim piosenki Piotra Dziubka jako komentarz i kontrapunkt wobec dramatycznej akcji. W historii o młodym wieśniaku, który z niewyjaśnionych przyczyn zabił swoją rodzinę (autorka dopisała jeszcze kilkadziesiąt ofiar wśród członków lokalnej społeczności), opisanej swojego czasu przez Michela Foucaulta, Duda-Gracz odnalazła szansę na archetypiczną opowieść o zbrodni i karze oraz o nadziei na odkupienie. W ogromne widowisko wpisała religijne szaleństwo i niemal modlitewne skupienie. Jeśli swój teatr widziała zawsze jako sumę sztuk, w „Ja, Piotr Riviere…” to zamierzenie zrealizowała w stopniu maksymalnym. A przy tym przedstawienie nie okazało się jedynie konglomeratem mocnych scen, wyrafinowanej plastyki i poruszającej muzyki, ale dzięki aktorskim emocjom było przez niemal cztery godziny „grane cierpieniem”. Widziałem na widowni ludzi ocierających oczy i doskonale ich rozumiałem. W „Ja, Piotr Riviere…” Agata Duda-Gracz podarowała nam wszystkim wzruszenie.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.