Wymowa „Mojego kuzyna…” ma więcej wspólnego z bajką niż z rzeczywistością, ale jej optymizm okazuje się koniec końców zaraźliwy. Dlaczego bowiem „stara” i „nowa” Europa nie miałyby spotkać się przy knajpianym stoliku i wznieść toastu za nieuniknioną, wspólną przyszłość
Brawurowy debiut Mattea Oleotta smakuje jak doskonałe wino podane w brudnej szklance przez opryskliwego barmana. Zamierzona skaza zamiast irytować dodaje filmowi autentyzmu i oswaja widza z rzeczywistością prowincjonalnych Włoch. Jednocześnie jednak „Mój kuzyn Zoran” potrafi wznieść się ponad swoją lokalność, by wykazać pokrewieństwo z amerykańskimi buddy movies i filmami drogi. Film Oleotta to spotkanie „Big Lebowskiego” i „Rain Mana” na włosko-słoweńskim pograniczu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.