Na tegorocznym Festiwalu Dwa Brzegi w cyklu „I Bóg stworzył aktora” zaplanowano retrospektywę Andrzeja Chyry
Roy Cohn miał w oczach śmierć. Zobaczyłem to wyraźnie tamtego lutowego dnia. Minęło siedem lat z okładem, a ja ciągle to widzę. W auli warszawskiej SGGW trwało premierowe przedstawienie „Aniołów w Ameryce” Tony’ego Kushnera w inscenizacji Krzysztofa Warlikowskiego. W drugiej bodajże – a swojej pierwszej – scenie w spektaklu Roy Cohn był jeszcze samym jadem, ekstraktem ze złości. Dziwnym, ekwilibrystycznym niemal sposobem podnosił jednocześnie chyba ze cztery telefoniczne słuchawki, cedząc jednocześnie przez zęby: „Szkoda, że nie jestem ośmiornicą, pieprzoną ośmiornicą”.
Po kilkudziesięciu minutach z twarzy Roya Cohna odpłynęła krew. Gdyby mógł, jego wściekłość rozniosłaby w pył lekarski gabinet. A potem mówił, prawie nie otwierając ust: „Roy Cohn nie jest homoseksualistą. Roy Cohn jest heteroseksualistą, który się zabawia z chłopakami”. A zatem AIDS nie mógł przyjąć do wiadomości, bo nie jest to choroba możnych i wpływowych. A Roy może przecież w każdej chwili zadzwonić do Białego Domu. Telefonu nie odbierze prezydent. Lepiej – zrobi to jego żona.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.