W Mariu Vargasie Llosie zafascynowała mnie jego żelazna autodyscyplina, jakaś taka nieliteracka konsekwencja w działaniu, licująca bardziej z jakimś biznesmenem wysokiej rangi – mówi Tomasz Pindel, wybitny tłumacz i autor biografii peruwiańskiego noblisty
Nic nie rodzi się w próżni – czy literacka eksplozja w Ameryce Południowej byłaby możliwa, gdyby nie masowe pielgrzymki tamtejszych pisarzy do Europy? Co boom zawdzięcza europejskiemu modernizmowi?
Hispanoamerykańskie literatury narodowe długo istniały obok siebie, pogrążone we własnych, lokalnych problemach, ale też były do siebie podobne. Ten sam klasyczny realizm, te same tematy: tyle że w Argentynie pisało się o pampie, w Peru o Andach, a w Kolumbii o puszczy – oczywiście upraszczam. Przełom nastąpił wtedy, kiedy nowa fala pisarzy zabrała się za szukanie nowych metod opowiadania. No i kiedy te nowe tytuły zrobiły furorę w Hiszpanii i rykoszetem wróciły za ocean. I pewnie to się absolutnie z próżni nie wzięło. Latynosi naczytali się europejskiego modernizmu, ale też, a może nade wszystko, północnoamerykańskich mistrzów. Prozaików boomu wiele dzieli, ale jednym z najmocniejszych łączników był choćby Faulkner: za mistrza miał go i Vargas Llosa, i García Márquez, tak przecież różni. On ich nauczył, jak można opowiadać, jak przełamać XIX-wieczne schematy. I tak zaczęła się ta literacka lawina.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.